myśli wiele


Drugi bis

Warszawa, marzec 2025, koncert Skunk Anansie. Nie martwcie się, jeśli nie wiecie kto to (czapki z głów, jeśli ktoś zna), średnia wieku widowni 45+, ludzie, którzy byli młodzi, gdy zespół miał swoje największe przeboje – w tym mój tata, dzięki któremu znam połowę swojego obecnego Spotify. Skin nie zapowiada bisu, schodzi ze sceny, część ludzi wychodzi, ale część skanduje, więc jest bis. Prawdziwy bis, bo powtarza piosenki.

Poznań, czerwiec 2025, festiwal Zorza. Tutaj sytuacja przedstawia się całkowicie inaczej. Dawid z Rojkiem schodzą ze sceny, nikt nie skanduje, przecież nie zaśpiewali „Długości dźwięku samotności”, przecież Dawid przed chwilą sam powiedział, że będzie bis. Tłum czeka, bo bis się należy, nie? Za to zapłacili, za Długość dźwięku samotności (nie wspominając o tym, że co poniektórzy analfabeci zapłacili za „Nie ma fal” na koncercie piosenek Myslovitz, ale to lepiej pomińmy). Wychodzą, jest bis z osobną aranżacją i efektami. Jest Długość dźwięku samotności, tłum zadowolony, piosenka się kończy, przez kilka sekund tłum skanduje na drugi bis, przez kilka sekund wierzę w to pokolenie, ale iskra szybko znika, wszyscy idą do domu.

Gorzów, listopad 2013, koncert Curly Heads. Pierwszy koncert w moim życiu. Młodzieżowy Dom Kultury w Gorzowie, maleńka sala, maleńka scena, wielkie wspomnienie. Po koncercie fani czekają, żeby zrobić sobie zdjęcie ze wschodzącą gwiazdą Dawidem Podsiadło. Ja nie czekam, bo tata goni do domu, bo „jeszcze będą okazje”. Okazji nie było.

Co się z nami stało? Czy naprawdę w dupach nam się poprzewracało od tego dobrobytu? Czy naprawdę musimy wychodzić z koncertu piosenkę wcześniej, „żeby nie stać w kolejce do szatni/korku na wyjeździe”? Czy naprawdę tak znormalizowaliśmy chwile, które niegdyś były najbardziej wyjątkowymi wydarzeniami w życiu? Momentami, które się wspomina całe lata? Przychodzimy na styk lub wbiegamy spóźnieni, wciskając koncert między obiad z przyjaciółką a drinka z chłopakiem. Gdzie oczekiwanie pod sceną? Gdzie zostawanie po koncercie, bo a nuż ktoś będzie dawał autografy? Gdzie gwizdanie na bis? Dlaczego sami odzieramy wyjątkowe rzeczy z całej magii? Koncerty, wakacje, spotkania z przyjaciółmi. Będąc gdzieś, już planujemy kolejny krok. Już myślimy o parkingu, o tym, że trzeba wstać na poranną jogę, a przedtem wykonać dziesięcio etapową wieczorną rutynę. Będąc w Chorwacji myślimy o Grecji, a będąc w Grecji myślimy o domu, za to w domu wspominamy Chorwację, nie zdając sobie sprawy, że coś nam ucieka.

Czy jesteśmy straconym pokoleniem? Każde pokolenie, może poza Hemingwayowskim, tak o sobie myśli, wiem. Ale myślę, że naprawdę źle nam w tym nadmiarze. Nie umiemy doceniać małych rzeczy, to żadna nowość. Ale to, że nie umiemy doceniać dużych? To, że możemy przeżyć jedno z potencjalnie najlepszych wspomnień, ale myślami jesteśmy gdzieś indziej? To jest zatrważające. Przezwyczailiśmy się, że życie musi być piękne i instagramowe cały czas i nawet nie potrafimy docenić tego, co przeżywamy. Wyjeżdżamy na wakacje, idziemy na koncert, odwiedzamy restauracje, nie żeby przeżyć swoje doświadczenia, tylko, żeby skopiować cudze. Idziemy „odhaczyć” pewne punkty wycieczki, bo widzieliśmy ludzi na tik toku przeżywających tu pięknie wykadrowane chwile i chcemy tego samego.

W kwietniu pojechałam z przyjaciółką do Keukenhof, to takie ogrody tulipanów obok Amsterdamu, holenderski klasyk wiosną. Była tam rzeźba cebulki tulipana, która do złudzenia przypominała pupę, więc będą sobą oczywiście zapozowałam tyłkiem wypięta do telefonu przyjaciółki i zaczęłyśmy się śmiać. „Wow this is so not MY experience of this place” jakaś młoda dziewczyna obok nas przewróciła oczami  i ustawiła się do niepozowanego zdjęcia w morzu ludzi robiących dokładnie to samo.  Zdjęcie z tulipanami jest, jeszcze tylko zdjęcie z wiatrakiem, stroopwafel i można wracać do domu. I nie zrozumcie mnie źle, nie widzę nic złego w planowaniu wycieczki i w posiłkowaniu się przy tym tik tokiem czy jakimkolwiek innym social medium. Ale jest różnica między doświadczeniem czegoś, a próbą odtworzenia czyjegoś doświadczenia. I ta różnica coraz bardziej się zaciera. I dziewczyny koło mnie na koncercie piosenek Myslovitz krzyczą „Nie ma fal”, bo chciały przeżyć to, co sobie zaplanowały, kompletnie zamknięte na to, co właśnie tak naprawdę przeżywają.

Dajmy sobie przeżyć swoje własne piękne chwile. Nie jesteśmy tablicą z Pinteresta, a nasze doświadczenia nie są tylko (o ironio, mówię jako fotografka) galerią zdjęć. Dajmy sobie wyolbrzymić koncert, dajmy sobie w ekscytacji słuchać piosenek kilka dni przed, dajmy sobie ominąć poranną jogę, żeby zostać do końca i śpiewać pod sceną piosenkę, której artyści nie zaśpiewali, a którą tak kochamy. Dajmy sobie być głupimi fanami, dajmy sobie sami radość. Może nawet z przesadą, może nawet na wyrost. Bo co? Co się stanie? Ktoś krzywo spojrzy? Niech patrzy. My będziemy mieli lepsze doświadczenie, my przeżyjemy więcej, my zapamiętamy lepiej. Krzyczmy, śpiewajmy i płaczmy ze szczęścia. Pomnóżmy swoją radość, wierzmy w drugi bis.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *