myśli wiele


Lek na samotność

Zawsze myślałam, że to, co uratuje mnie przed samotnością, to co ratuje przed nią wszystkich ludzi według Garcii Gabriela Marqueza to wielka, romantyczna miłość. Poniekąd nadal tak myślę – odpowiedzią jest miłość. Ale brak tej romantycznej, nie musi oznaczać samotności – to wiedziałam już wcześniej. Ale przecież miałam świetną rodzinę, miałam świetnych przyjaciół i nadal czułam się dobitnie samotna. Aż tego lata w książce (wybitnej swoją drogą, bardzo polecam!) „Conversations on Love” Natashy Lunn, przeczytałam fragment mówiący o byciu samotnym w związku:

„No one really wants to be idealized – we want to be seen and  accepted and forgiven, and to know that we can be ourselves in our less edifying moments. So to be on the recieving end of somebody’s idealizing feelings is alienating. It looks like we’re being seen and admired like never before, but actually, many import ant parts of us are being forgotten.”

Czytając to przeniosłam się myślami do chwili, gdy bezgłośnie płakałam u przyjaciółki pod prysznicem pół roku temu. Nie chciałam, żeby słyszała, ale jej obecność za ścianą tylko podkreślała moją samotność tego wieczoru. Dopiero po przeczytaniu tych zdań, dotarło do mnie, że mimo że nie prezentuję przed swoimi bliskimi jakiejś wyidealizowanej wersji siebie, większości wcale nie dopuszczam też do tej pełnej, prawdziwej, bardzo emocjonalnej. Dorastałam w przekonaniu, że jestem trudna i że powinnam sobie z tym sama poradzić, a nie obarczać tym osoby trzecie. Często czułam, że moje całe życie będzie wyglądało, jak wers z „Hyper-ballad” Björk :

„I go through all this

Before you wake up

So I can feel happier

To be safe up here with you”

Sama sobie budowałam ten mur między mną a ludźmi, którzy mnie kochają.

Test praktyczny z nowo zdobytej wiedzy, przyszedł szybciej niż zakładałam.

Pojechałam z przyjaciółmi i rodziną do Chorwacji, żeby uczcić tam moje 25 urodziny, leżąc razem na mojej ulubionej plaży, w „moim szczęśliwym miejscu”.  Kojarzycie, gdy się stresujecie albo macie trudniejszy moment i ktoś wam mówi, żebyście wyobrazili sobie jakieś miejsce, w którym czujecie się bezpieczni i szczęśliwi? Tak, ta plaża to właśnie takie moje miejsce. Jeździliśmy do tego samego miasteczka w Chorwacji na wyspie Brač co roku odkąd skończyłam 10 lat. Znam jego każdy zakamarek i czuję się tam, jak w domu. W sklepach uparcie mówię „Dober dan” i „Hvala, dobro jutro”, żeby wszyscy wiedzieli, że ja nie jestem turystką, ja jestem u siebie. Dlatego właśnie tam zaprosiłam moich bliskich i właśnie tam chciałam rozpocząć swoje nowe ćwierćwiecze po 5 latach od ostatniej wizyty.

Niewiele jest w życiu perfekcyjnych chwil. A ja miałam ogromne szczęście przeżyć perfekcyjny tydzień. I nie mówię, że przez tydzień nie odczułam ani razu smutku czy frustracji, bo to byłoby kłamstwo. Perfekcją dla mnie nie jest wychuchany, idealny, jakby odegrany ze scenariusza czas. Jednak nadal uważam, że to był najlepszy tydzień w moim 25 letnim życiu i był tak bliski perfekcji, jak tylko może być bliskie perfekcji ludzkie życie. Pływaliśmy razem na wyprawy supami, łowiliśmy muszelki, jedliśmy lody, tańczyliśmy do piosenek Pitbulla i czytaliśmy książki. Rankiem, zanim jeszcze zrobiło się gorąco, chodziłam z siostrą na długie spacery, wieczorami jedliśmy pyszne jedzenie, a pomiędzy chłonęliśmy słońce i dużo się śmialiśmy. Jakimś cudem, ludzie, którzy za bardzo się wcześniej nie znali, a niektórzy nawet widzieli po raz pierwszy, zgrali się lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. „Osoby, które Cię otaczają to świadectwo tego, jaką jesteś osobą, a ty jesteś świetna i takich ludzi przyciągasz” powiedziała mi przyjaciółka po tym wyjeździe. I nawet chyba trochę zaczęłam jej wierzyć. Nigdy wcześniej nie czułam tak bardzo ogromu miłości od tak wielu osób na raz. Czułam się tak wdzięczna, że wszyscy tam znaleźli się dla mnie. Jednego dnia nawet wszyscy wstali wcześnie, żeby zorganizować mi (stout out to my sister) niespodziankowe śniadanie na plaży rodem z pinteresta. No czy można mieć lepszych przyjaciół i rodzinę?

Jednak mimo tych wszystkich przecudownych, lekkich jak piórko chwil, jedną z najważniejszych dla mnie pozostanie trudniejszy moment. Wynikiem zlepku kilku głupich powodów od rana tego dnia czułam się źle. Wznosiłam mur milczenia między mną a bliskimi, bo twierdziłam, że nie chcę nikomu psuć zabawy i powinnam poradzić sobie sama. Mimo tylu kochających mnie ludzi dookoła, poczułam znajomy oddech samotności na karku. I wtedy przyjaciółka mnie przytuliła, a ja zmęczona swoim własnym murem, postanowiłam zrobić coś innego niż zwykle – powiedziałam jej, co czuję. Powiedziałam jej wszystkie wątpliwości, które zagościły w mojej głowie, o tym, że może na to nie zasłużyłam i może nie jestem wystarczająco dobra. I, o dziwo, to wszystko wcale nie brzmiało tak przerażająco w rzeczywistości, jak brzmiało w mojej głowie. Brzmiało to ludzko. Dopuściłam kogoś (innego niż siostrę) do swoich, jak o nich myślałam najczarniejszych, myśli i nic złego się nie stało, a ja przestałam czuć się samotna.

Po latach poszukiwań, po godzinach przemyśleń, po wielu książkach, wreszcie znalazłam furtkę, wreszcie odkryłam lek na samotność. Jest to lek, który wymaga ciągłej reaplikacji, jedna dawka nie wystarczy. I pewnie to podróż na całe życie i pewnie jeszcze poczuję się samotna nie raz. Ale teraz wiem, co robić. 25 urodziny dały mi odpowiedź. Może to rzeczywiście, jak powiedział mój tata w czasie mojego urodzinowego toastu, między 25 a 50 rokiem jest najlepsze 25 lat życia. Może Bob z Lost in translation ma rację, może „it does get easier”, gdy zaczynasz wiedzieć kim jesteś. Wszystko, co wiem na ten moment, to to, że nigdy nie byłam tak wypełniona miłością i tak pozytywnie nastawiona do przyszłości, jak jestem teraz i to uczucie wraca za każdym razem, kiedy wspominam ten cudowny, perfekcyjny tydzień w Chorwacji.

***

Z archiwum (rok wcześniej, fragment tekstu)

[…]

Od pięciu lat jestem permanentnie samotna. Oczywiście bywają momenty, kiedy się tak nie czuję – gdy spędzam czas z bliskimi, głównie. Ale w ogólnym rozrachunku odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego nie przestałam czuć się samotna. A teraz, siedząc w moim maleńkim pokoju na poddaszu nieogrzewanego domu w Holandii, czuję brzemię samotności jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Pięć lat, a ja nadal jej nie oswoiłam. Jest tak samo czarna i obezwładniająca, jak za pierwszym razem, gdy powitała mnie w trakcie spaceru po Arenie we wrześniu 2019 roku przy akompaniamencie „Ribs” Lorde w słuchawkach.

To z czym całkiem dobrze sobie poradziłam to bycie samej. Lubię być sama, lubię spędzać czas sama, lubię swoje własne towarzystwo, lubię czytać, pisać, malować, tańczyć w swoim pokoju. Tym bardziej przytłaczający wydaje mi się paradoks mojej samotności. „Polub swoje towarzystwo, a nigdy nie będziesz samotny” co za bzdura. Pracowałam (i nadal pracuję) ciężko by polubić swoje towarzystwo i nie przestałam być samotna. Te dwie rzeczy powinny być tożsame, a dzieli je przepaść nie do pokonania. Czy wszyscy się tak czują? Czy to po prostu fundamentalna część ludzkiej egzystencji? I większość społeczeństwa po prostu to ukrywa? Pewnie tak. Książki, filmy, muzyka i moje kilka doświadczeń życiowych podpowiadają, że tak. A więc co? Co jest odpowiedzią? Proste: miłość. Tak przynajmniej stwierdził Marquez w „Stu latach samotności”. Ale czy ja mam wierzyć, że miłość wszystko naprawi?

[…]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *