Jednym z moich postanowień na 2025 rok było „więcej czytać i odnaleźć swój czytelniczy styl”. Jako nastolatka pochłaniałam książki jedna za drugą, spędzałam popołudnia w bibliotece, a moim ulubionym sklepem był (i nadal pozostał) empik. Potem stało się to co zwykle się dzieje – lektury mnie zmęczyły, po nauce do matury czy sesji nie miałam ochoty patrzeć na słowo pisane i na kilka lat całkowicie zarzuciłam czytanie. W pewnym momencie zaczęło mi brakować łatwości, z jaką niegdyś pracowała moja wyobraźnia, kreatywności, którą zawsze się odznaczałam w szkole, a którą scrollowanie instagrama zabijało we mnie z każdym dniem małymi kroczkami. I tak oto zwykle, gdy chciałam dostać swoją dzienną dawkę dopaminy – sięgałam po książkę.
Jako, że skończyłam poprzedni rok z 38 książkami na koncie, a minut spędzonych na czytaniu miałam więcej niż wiele moich znajomych minut słuchania na Spotify, uznaję, że czytelnicze postanowienie spełniłam z nawiązką. I nie wcale dlatego, że istotne jest jak wiele się czyta, tylko dlatego, że udało mi się zastąpić wiele scrollowania, bezsensownego overthinkingu i generalnie angażowania się w rzeczy niewarte mojego czasu, czytaniem. A co ważniejsze, na nowo zakochałam się w tym, co kiedyś sprawiało mi tyle przyjemności.
Odkryłam też, że mój „czytelniczy styl” to według goodreads „coffee contemporary life crisis”, a oznacza to właściwie tyle, że lubuję się w historiach prezentujących bliski portret bohatera przechodzącego osobistą przemianę w wyniku zwyczajnych, życiowych, lecz trudnych emocjonalnie wydarzeń. Akcja osadzona jest zwykle w czasach współczesnych i podkreśla społeczne problemy, obecne w życiach nas wszystkich. Nie są to książki, które trzymają w napięciu, fabuła nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, bo często nawet nie chodzi tak bardzo o wydarzenia rzeczywiste, jak o wewnętrzne doświadczenia bohatera. Oczywiście nie znaczy to, że tylko takie książki czytam, nie zawężam swojego horyzontu, ale te zwykle są dla mnie najbardziej przełomowe i sprawiały mi najwięcej przyjemności.
Oto kilka książek, które z takiego czy innego powodu były dla mnie (w tym roku) przełomowe (pozytywnie lub negatywnie):

„Witaj piękna”, Ann Napolitano
Jest to moja ulubiona z książek, które przeczytałam w 2025. Rzadko płaczę podczas czytania, a przy niej płakałam 3 razy. To historia rodziny czterech sióstr, która rozgrywa się między ich nastoletniością a późną dorosłością. Możemy poznać wiele charakterów, których ewolucję obserwujemy przez cały czas. Moim zdaniem postaci zostały tu bardzo dobrze i wiarygodnie napisane, czujemy ich głębie, widzimy ich motywy, możemy wnioskować skąd wynikają dane zachowania. Była to dla mnie fascynująca i wzruszająca przygoda.

„Wtorki z Morriem”, Mitch Albom
Jakbym miała polecić jedną książkę do przeczytania w ciągu całego życia każdemu człowiekowi, to byłaby ta książka. Jest to krótki, treściwy, momentami wręcz nagi zapis ostatnich rozmów umierającego profesora z jego ulubionym studentem. Nie ma tu żadnych zbędnych metafor czy owijania w bawełnę, tylko szczery, prostolinijny przekaz. To książka, do której na pewno będę co jakiś czas wracać, żeby przypominać sobie, co w życiu jest najważniejsze.

„Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz”, Matthew Perry
Szczerze mówiąc, gdy ta autobiografia się ukazała, myślałam, że będzie to mdły zbiór wynurzeń znudzonej hollywoodzkiej gwiazdy, skok na kasę mocno zredagowany przez osoby trzecie. Matthew całkowicie mnie zaskoczył swoim talentem pisarskim. Nigdy tak się nie śmiałam podczas czytania książki. Były też oczywiście fragmenty (gdy uzależnienie przejmowało nad nim kontrolę całkowicie), które były tak czarne, że prawie od samego czytania można popaść w depresję. Cudownie napisane, czuć w tym zupełną szczerość i masę emocji. Czytanie tej książki po jego śmierci, także zmienia perspektywę na niektóre fragmenty.

„Conversations on love”, Natasha Lunn
O tej książce wspominałam już na blogu dwukrotnie. To jest moja biblia. Ten poradnik, pierwszy jaki kiedykolwiek przeczytałam, wydaje się być stworzony dla mnie. Jest napisany w formie niedługich wywiadów z psychologami, ekspertami od miłości w różnych postaciach. Nie jest to poradnik dla par typu „jak mieć szczęśliwy związek”. Rodzaje miłości tam opisane dotyczą wszystkich – miłość rodzicielska, przyjacielska, między rodzeństwem, do Boga, do samego siebie. Niesamowicie dużo cennych myśli i pytań (polecam czytać ze znacznikami, aby móc do nich wracać).

„Niezwykle szlachetne stworzenia”, Shelby Van Pelt
Ta książka należy do typu, który jest moim drugim ulubionym, czyli książki o małym miasteczku, małej wspólnocie, które sprawiają, że czujesz się mentalnie owinięta ciepłym kocykiem. Zwykle głównym bohaterem takich książek są osoby starsze, co uważam za bardzo wzbogacające, będąc młodym odbiorcą. Często też do grona bohaterów dołącza jakieś zwierzę. Tak też jest w tej książce – to historia przyjaźni między starszą panią a ośmiornicą z miejscowego oceanarium. Można poczuć wagę życzliwości i podstawowych połączeń międzyludzkich. Historia jest wzruszająca, ciepła i przyjemna. (Inna świetna książka w tej kategorii to „Wieloryb i koniec świata”)
Dwie książki, które znienawidziłam w tym roku i które zdecydowanie zasługują na jakieś anty-polecenie (odlecenie??) to „Małe życie” i „Normalni ludzie”.
„Małe życie” opisywane przez wielu jako wybitnie przełomowe dzieło, moim zdaniem nie niosło za sobą nic tylko poczucie bezradności, beznadziei i nieuchronności cierpienia. I nie zrozumcie mnie źle, ja słucham Radiohead dla rozrywki, naprawdę lubuję się w odczuwaniu smutku szeroko pojętego. Ale to nie był smutek, to była po prostu psychologiczna katastrofa. Nie wiem komu potrzebne jest poczucie, że „nigdy nie będzie lepiej i jesteśmy skazani na cierpienie zawsze”, ale na pewno nie mi. W dyskusji ze znajomą doszłyśmy do wniosku, że może ta książka ma czytelnika nauczyć, jak rozległe może być cierpienie, ale ja zdecydowanie nie potrzebowałam się tego uczyć, już to wiem.
„Normalni ludzie” to z kolei wszystko, co jest złe z naszym (jako pokolenie) postrzeganiem romantycznych relacji. Całkowita romantyzacja toksycznego związku, bez rozwoju bohaterów i bez jakichkolwiek głębszych przemyśleń – tak bym to podsumowała. I rozumiem, że celem (prawdopodobnie) miało być danie młodym ludziom czegoś, z czym będą się mogli utożsamiać, by nie czuć się tak zgubieni i połamani, ale ja tego nie kupuję bez rozwoju bohaterów.

„Duchy”, Dolly Alderton
Tę książkę co prawda skończyłam w 2026, ale uwzględnię ją tu jako dodatek, bo zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Książka opowiada o zwyczajnym życiu trzydziestodwuletniej singielki, która z dużą dozą szczerości i spostrzegawczości opisuje swoje przyjaźnie, relacje rodzinne, małżeństwa swoich znajomych i rollercoaster randkowania we współczesnym świecie. Książka jest przesycona nostalgią i ironią, co stanowi niezwykle upojne połączenie. Bardzo podobała mi się wnikliwość, z jaką bohaterka postrzegała upływający czas i następujące zmiany, skłaniała do przemyśleń.
Miłego czytania!

Dodaj komentarz