W trakcie jednego z ostatnich muzycznych kryzysów wróciłam do słuchania podcastów przy pracy. W połowicznym skupieniu, jakie jest wymagane w hodowli komórkowej, byłam w stanie słuchać tylko mało poważnych rozmów w języku polskim, więc oczywistym wyborem został Podsiadło Kotarski Podcast. Kilka odcinków przesłuchanych w przeciągu paru dni wywołało we mnie jakieś uczucie tęsknoty i pustki, którego nie potrafiłam na początku zdefiniować. Z czasem jednak stało się jasne, że to uczucie wywołuje śmiech obu redaktorów.
Śmiech – tak mało doświadczałam go ostatnio w moim życiu. Bynajmniej dlatego, że jestem smutna czy przechodzę gorszy okres, bo kilka minionych miesięcy było najszczęśliwszymi od dawna. Mimo tego, czegoś mi brakowało. Lekkości, poczucia dziecięcości, rozmowy o czymś bardziej abstrakcyjnym niż plany po studiach i śmianie się z czegoś bardziej niewinnego niż nieudane randki.
Wyjechałam na 2-dniowy wypad do przyjaciół z Warszawy. Zaprosili mnie na składanie kanapy i wybieranie farb w nowym mieszkaniu. Brzmi to poważnie, brzmi to dorośle, a jakimś cudem tego dnia czułam więcej dziecięcej radości niż w ciągu wszystkich dni minionego miesiąca razem wziętych. Z czego ona wypływała?
Jakiś czas temu niesiona na fali poznawania nowego chłopaka, wymyśliłam koncept dnia dziecka. Tak, wiem, że taki dzień już istnieje, ale mi chodziło o Dzień Dorosłego Dziecka. Zasady miałyby być następujące: brak wszelkich „wygód” dorosłego życia, takich jak samochód, nielimitowany internet w telefonie, pieniądze w portfelu przekraczające wartość 7 złotych; brak obowiązków ludzi dorosłych – pracy, zakupów, prania itd., rozmowy jedynie na poniższe tematy: marzenia, zwierzęta, kolory i najważniejsze – zabawa, dużo zabawy bez substancji, bez wspomagaczy o składzie bardziej złożonym niż wata cukrowa. Delikwent, który był inspiracją dla tego konceptu, zmył się z horyzontu zanim zdążyłam to zwerbalizować. Ale pomysł został ze mną i krążył nad moją głową boleśnie przypominając, że nie mam go z kim zrealizować.
Dzień składania kanapy w Warszawie był kompletnym przeciwieństwem mojego Dnia Dorosłego Dziecka. Wybieraliśmy farby do mieszkania, byliśmy w prawdziwej restauracji, ja miałam na sobie białą koszulę, Artur loafersy, a Kasia debatowała nad wyborem lamp, gdy Janek wiózł nas autem przez Bielany. Do filmowej pełni dorosłości brakowało nam martini w jednej ręce i kija golfowego w drugiej. A jednak to był dzień jakiego szukałam. Czułam się, jakby był początek lipca, a ja właśnie otrzymałam promocję do następnej klasy w postaci uśmiechu czy gwiazdki zamiast oceny w skali 1-6.
Zaskoczył mnie ten kontrast. Patrząc wieczorem w sufit próbowałam go uchwycić i zdefiniować. Ale chyba nie ma tutaj większej definicji niż ponadczasowa prawda, że wszystko zależy od towarzystwa. Z właściwymi ludźmi składanie kanapy jest jak najlepsza zabawa w przedszkolu. Z właściwymi ludźmi nie czujesz ciężaru poważnych rozmów, a jedynie ekscytację tym, że możecie je prowadzić.
***
Tydzień później w rozmowie z Jankiem dowiedziałam się, że on przeżył swoje dni dziecka w czasie majówki. Krótka wymiana zdań między nami sprawiła, że ponownie odwiedziłam ten pokój w mojej głowie i wróciłam do tego tekstu, który wcześniej uznałam za niedokończony.
„Został słodko-kwaśny posmak utraconej sielanki i dziecięcej miłości” tak to podsumował Janek po wysłaniu mi fotorelacji z podróży na Litwę. Poczułam w tym zdaniu ogrom tęsknoty, który mnie też przytłaczał od jakiegoś czasu – tęsknoty za dzieciństwem, tęsknoty za beztroską. Może to co pomaga nam odnaleźć to znowu to właśnie ta wspólna tęsknota? Może, gdy spotykamy człowieka, który tęskni do tego samego, chcąc mu to dać dajemy to samym sobie? Może 0+0 to tak naprawdę 2, tylko z tego prostego względu, że się wspólnie staramy to odnaleźć? Może czułam moją dziecięcą radość przy Janku, bo on też jej szukał i poczęstował mnie nią zanim sam mógł jej skosztować, zupełnie nieświadomie. A może tak bardzo staramy się znaleźć to czego szukamy, że przy odrobinie pomocy od bliskiej osoby jesteśmy w stanie nieświadomie rozdmuchać okruchy pozytywnych uczuć, które przeżywamy?
A może chodzi też o poczucie bezpieczeństwa? Myśląc o procesie odnajdywania beztroski, dochodzę do wniosku, że najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Dopiero, gdy znajdujemy się w kompletnie bezpiecznym otoczeniu nasze wewnętrzne dziecko jest w stanie uchylić drzwi w naszej podświadomości i obdarzyć nas wyjątkowo prostym szczęściem. Brzmi to tak prozaicznie, a w rzeczywistości jest tak zaskakująco trudne. Ucząc się jako dziecko słowa „bezpieczeństwo” zestawiamy je z „niebezpieczeństwem”, które jest wojną, mordem, gwałtem i innymi strasznymi słowami mówionymi półgłosem w rozmowach dorosłych. Ale potem dorastamy i uczymy się, że prawdziwym przeciwieństwem bezpieczeństwa jest po prostu jego brak, który jest o wiele częstszy niż niebezpieczeństwo w codziennym życiu wielu z nas. Wystarczy trochę toksyny w znajomości, wystarczy trochę za dużo oceniających spojrzeń lub gestów, wystarczy trochę stresu, trochę niespełnionych oczekiwań i kilka słów wypowiedzianych w gniewie, żeby dziecko zamknęło swój pokój w naszej głowie i nie wychodziło się z nami bawić przez kilka dni, miesięcy lub nawet lat. Jesteśmy winni to jemu i sobie, żeby stale zabezpieczać naszą przestrzeń. Wybierać starannie ludzi i dbać o zdrowe relacje z nimi, ale też, a może przede wszystkim (co jest dla mnie personalnie wybitnie trudne) budować między nimi a nami zdrowe granice, żeby nie dotykały nas ich drobne humorki lub okazjonalna krytyka, która też jest przecież częścią prawdziwych relacji.
Z chłopakami z Warszawy zawsze czułam się bezpiecznie.
„Przy was w ogólne nie zużywam swojej baterii społecznej” powiedziałam im kiedyś po wspólnie spędzonym letnim dniu. „Ja mam wrażenie, że moja mi się przy Was wręcz ładuje” powiedział Janek , co wywołało szczery uśmiech na twarzy mojej i Artura. Chyba właśnie tak jest, gdy człowiek jest w pełni sobą i nie ma żadnej „samokontrolującej myśli”. Na swój własny użytek nazwałam tak myśli typu: „jak oni mnie teraz odbierają?”, „co oni pomyśleli o tej wypowiedzi?”, „czy jestem wystarczająco fajna?”, „czy to co przed chwilą powiedziałam nie było głupie?”, czyli wszystkie myśli o obrazie mnie w głowach innych osób. Dla mnie zawsze miały one znaczenie większe niż powinny. Z tego względu samokontrolujące myśli pojawiają się czasem w mojej głowie nawet w kontaktach z bliskimi i zaufanymi osobami. Starając się je zniwelować i być w pełni sobą w relacjach z innymi ludźmi trzeba spełnić w zasadzie jedynie dwa, ale dosyć trudne warunki. Po pierwsze trzeba faktycznie zaakceptować samego siebie, aby nie bać się pokazywać żadnej ze swoich stron, żadnej z emocji i nie warunkować ich wartości na podstawie tego, jak zostaną odebrane. A po drugie trzeba uwolnić się z szufladek, w których trzymają nas inni ludzie i my sami. To jest najtrudniejsze w relacjach w młodości, w latach dwudziestych – ciągła zmiana. Trzeba aktualizować swój obraz przyjaciół i obraz samych siebie u swoich przyjaciół przez dopuszczanie ich do nowych myśli i miejsc w naszej głowie i naszym życiu, zarówno jak pozwalać im prowadzić się po ich głowach.
Te zmiany i tę pracę, którą czasem jest ciągłe poznawanie się od nowa, przetrwa niewiele relacji. I myślę, że wyznacznikiem tego (chociaż nie zawsze), czy dana relacja przetrwa taki szereg zmian, jest polubienie się z właściwych powodów. Jeśli lubimy naszych przyjaciół za sposób myślenia, za ich duszę, za to co jest głęboko, to nie będziemy się bać, że ich bądź nasze zmiany wpłyną na naszą relację. Myślę, że właśnie tak mamy z chłopakami. Nie siedzimy w żadnych szufladach, spacerujemy po swoich głowach i dlatego mogę się przy nich czuć tak bezpiecznie nawet, a może właśnie szczególnie, w okresie wielu zmian w moim życiu.
Chcę częściej odwiedzać z dobrymi ludźmi dobre miejsca – szczególnie ten dziecięcy pokój w mojej głowie.
***
Ponad rok później, 1 czerwca, jestem w Warszawie. Leżymy z chłopakami na hamakach w parku i z lekkim sercem prowadzimy głęboką rozmowę. Później siedzę w pociągu i odnajduję ten tekst, napisany jeszcze zanim miałam odwagę założyć bloga. Przypomniałam sobie o nim, bo dziś Dzień Dziecka, idealny moment, żeby go opublikować. Wertuję go wzrokiem, nie pamiętając za bardzo, co tu napisałam i uśmiecham się sama do siebie. Nie mogę uwierzyć, że rok później idealnie w Dzień Dziecka przeprowadzamy zupełnie przypadkiem rozmowę o tym wszystkim, co czułam i myślałam rok temu. Rozmawiamy o updatowaniu obrazu swoich bliskich, o powodach polubiania nowych ludzi i nadrzędności zauroczenia czyimś sposobem myślenia. „Wiesz, bo to nie chodzi o to, żeby mieć obok siebie tylko osoby z podobnym sposobem myślenia” mówię do Janka, gdy prosi, żebym sprecyzowała „Jak dla mnie największą wartość ma relacja z kimś, kto ma trochę inny sposób myślenia. Taki, który nadal się zgadza z moimi wartościami i jakimiś fundamentalnymi myślami, ale sama bym w ten sposób nie pomyślała, rozumiesz? Wtedy mogę się czegoś od tej osoby nauczyć, mogę się rozwijać, możemy nawzajem uzupełnić i poszerzyć swój horyzont, to jest dla mnie najlepsze”. Artur kiwa głową z hamaka. Rozmawiamy długo, o tym i na wiele innych tematów. Po raz kolejny ich poznaję i po raz kolejny nie mogę się przestać uśmiechać, bo tak bardzo lubię odwiedzać ich głowy.
