Tag: powroty

  • Powrót do przeszłości

    Powrót do przeszłości

    „It’s so weird being happy for such a long time” powiedziałam do mojego byłego współlokatora,  jadąc nocą rowerem (a jakby inaczej) do miejsca, które w pierwszym kwartale tego roku nazywałam domem.

    Zawsze lubiłam powroty. Uwielbiam z nostalgią chodzić po dobrze znanych mi uliczkach, kupować chleb w tej samej piekarni, co zwykle i przyglądać się duchom swojego poprzedniego życia. Zapewne wracanie do tego samego hotelu w Kołobrzegu i do tego samego miasteczka w Chorwacji przez całe moje dzieciństwo,  w takiej postaci zbiera swoje żniwo. Ogromna chęć stabilizacji i bezpieczeństwa, którą muszę przezwyciężać przy każdej życiowej zmianie, pewnie też macza w tym palce. Ale nie przeszkadza mi to. Uwielbiam słodko-gorzki smak nostalgii, a ten, który poczułam w trakcie wizyty w Holandii był najintensywniejszym z doświadczanych dotychczas.

    Skłamałabym, mówiąc że Holandia była moim miejscem albo że za nią tęskniłam. Pierwsze dwa miesiące po przeprowadzce czułam się tam fatalnie. Nigdy w moim 24 (na tamten moment) letnim życiu nie czułam się tak samotna. Płakałam wszędzie i ciągle. Mój wcześniej wspomniany współlokator, anioł nie człowiek, zbierał mnie z podłogi w kuchni kilka razy w listopadzie 2024 roku. Czułam, jakby ktoś wyrwał mnie z korzeniami i rzucił na skalisty, kompletnie niepodatny grunt. Niedługo przed wyjazdem, w Polsce, wyrwałam się z toksycznej znajomości, która zatrzęsła posadami mojego zaufania. Trudno mi było otworzyć się przed nowymi ludźmi, trudno mi było wpasować się w holenderski tryb pracy. Nie lubiłam swojego projektu, nie lubiłam języka, nie lubiłam zimnego pokoju i dzielenia kuchni z 4 obcymi osobami. Ciągle wiał wiatr i padał deszcz, zarówno na dworze, jak i we mnie. „I wasn’t sure you’re gonna come back, but you look different now” powiedział mój współlokator, gdy wróciłam po świętach do naszego domu. Wyglądałam inaczej, bo czułam się inaczej. Podczas świątecznych trzech tygodni w Polsce, czułam że jestem zawieszona gdzieś pomiędzy. Pomiędzy Holandią a Polską, pomiędzy starą a nową mną. Czułam, że powinnam zobaczyć dokąd zaprowadzi mnie holenderska droga, to nie był moment, żeby zawracać. Wtedy powoli wszystko się zmieniło, nawiązałam głębsze relacje, drzewa zaczęły się zielenić, zmieniłam projekt, wreszcie wyszło słońce – dosłownie i w przenośni.

    Odwiedzając znajome zakamarki prawie rok po tym, gdy poznawałam je po raz pierwszy, widziałam starą siebie, tak inną, tak niepewną, tak przestraszoną. Pamiętam, że moja dawna przyjaciółka odwiedziła mnie wtedy i powiedziała wprost, że straciłam my spark. To był moment, w którym byłam niemal pewna, że na zawsze. Ale oto jestem, szczęśliwsza niż kiedykolwiek, spokojniejsza niż kiedykolwiek i bardziej pewna siebie niż kiedykolwiek. Zrobiłam ten trudny i odważny skok i zawsze będę z siebie dumna, że nie poddałam się wtedy w grudniu. Nie wiem, czy jakiekolwiek doświadczenie w moim życiu nauczyło mnie tyle, ile to pół roku w Holandii.

    Łatwo jest wracać, gdy jest dobrze. Łatwo jest wracać, gdy czujesz, że się rozwinąłeś jako człowiek. Na wszystkie pytania „how are you?” od wielu osób, z którymi przez ten weekend miałam przyjemność się spotkać, mogłam z czystym sumieniem i wielkim uśmiechem odpowiadać „great, really great”. Mieszkając w swoim wymarzonym mieszkaniu, po dostaniu się na dokładnie ten doktorat, na który chciałam, po naprawdę przecudownym, chyba dotychczas najlepszym lecie mojego życia, jestem ogromnie szczęśliwa i spełniona. Life is good. Wizyta w miejscu, w którym przeżyłam tyle niepokoju, tylko utwierdziła mnie w tym poczuciu.

    Z wielką przyjemnością, stwierdziłam też, że poza mną, niewiele się zmieniło. Gdy spędzałam czas z przyjaciółmi, honorując nasze stare rytuały, jak picie buble tea czy poniedziałkowy pub quiz, czułam, jakbym nigdy nie wyjechała. To zabawne – gdy jesteś daleko od ludzi, przeżywasz swoje życie, oni swoje, czujesz tęsknotę i czujesz, że wszystko się zmienia, a później jesteście razem i nie czujesz żadnego dystansu w waszej relacji, wszystko jest dokładnie tak, jak było 5 miesięcy wcześniej. To mnie zaskoczyło. I to, jak często podczas 3 dni można mieć w oczach łzy i gardło ściśnięte ze wzruszenia, także.