Kategoria: drogi

  • Tęsknota duszy

    Tęsknota duszy

    Zaczęło się na Alasce – to osobliwe uczucie, jakby moja dusza się rozszerzyła. Czułam je bardzo wyraźnie, ale nie miałam wtedy pojęcia, co oznacza, więc pozwoliłam mu być. Coś między tęsknotą za czymś, czego nigdy nie miałam a zakochaniem w czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale wprowadziło mnie w stan pewnego wyczulenia na znaki, których szukać było o tyle ciężko, że nie wiedziałam, jak mają wyglądać, ani do czego mają mnie doprowadzić. Więc czekałam, pielęgnując tę nową przestrzeń w sercu w nadziei, że odezwie się do mnie znowu w odpowiednim czasie.

    Tak też się stało ponad pół roku później w przypadkowy styczniowy poniedziałek. Nie zdarzyło się nic konkretnego. Obudziłam się otoczona betonem, z łoskotem tramwajów za oknem, wsiadłam do samochodu i w sznurku innych do mnie podobnych pojechałam do pracy, żeby zarobić na popołudniowe zakupy w Lidlu, żeby otoczyć się przedmiotami w domu, okryć swoje ciało materiałem z H&Mu, a później przeczytać książkę o tym, że życie jest absurdem i poczuć to spadające na moje myśli całym swoim ciężarem, wywołując ciche, ale już niemożliwe do zignorowania „nie chcę tak”.

    Ale życie, życie jest nowelą i następnego dnia w mojej rodzinie zdarzył się wypadek, który sparaliżował całe moje myślenie, a wszystkie działania sprowadził do prostego „przetrwać”. Na szczęście przetrwałam, wszyscy przetrwaliśmy i wróciłam do rutyny – samochód, praca, Lidl, mieszkanie, karmiąc się w przerwach Kafką i Camusem, słysząc znowu zakradające się do mojej świadomości „nie chcę tak”.

    Z okazji dnia kobiet i długo wyczekiwanej wiosny pojechałam z przyjaciółkami i siostrą na Maderę. Ta wulkaniczna wyspa zrobiła na mnie, na nas wszystkich zresztą, piorunujące wrażenie. Nie byłyśmy w stanie powstrzymać zachwytów, „boże patrzcie na ten widok” padało z naszych ust średnio co pięć minut, a God Is Kanye leciało na zapętleniu, jeśli nie z głośników w aucie, to z naszych gardeł. Dla mnie to było coś więcej niż długo wyczekiwane, piękne wakacje. Pomiędzy oniemiająco soczystą zielenią, jakby wyjętą rodem z powieści Marqueza, malowniczymi klifami, o które majestatycznie rozbijały się fale a czarnym piaskiem pod moimi stopami na plaży odnalazłam tę przestrzeń duszy, która stworzyła się na Alasce, a może od zawsze we mnie tkwiła uśpiona, po prostu Alaska zaczęła ją przywoływać, a Madera dokończyła dzieła.

    Czułam, że znowu oddycham w pełni i nie była to kwestia słońca (którego przed wyjazdem solidną dawkę otrzymałam w Polsce), braku obowiązków (których wcale jeszcze nie mam tak wiele) czy nawet kawy z nieodzownym pastel de nata za 2 euro (zero kontrargumentu, tego w Polsce mi bardzo brakuje). To była kwestia tego poczucia, że mogę żyć inaczej, że nie jest to nieosiągalne, że są miejsca, gdzie ludzie tak żyją – prościej, wolniej, spokojniej, bliżej natury. Wysuszony słońcem dziadek opłukujący swoje kalosze w lewadzie po zejściu z małej plantacji bananów, babuleńka w lokalnym sklepiku na końcu świata, w którym były jedynie paczki chipsów, papierosów i liczne figurki Dzieciątka Jezus, młode dziewczyny pokazujące nam drogę na migi, tłumy lokalnych mieszkańców siedzących w południe w obskurnych snack barach, gdzie możesz dostać i kawę, i wódkę – oni wszyscy byli dla mnie niemą poezją wypełniającą tę nowo odkrytą przestrzeń mojej duszy.

    W dzień powrotu czułam ogromną niezgodę. Znowu budzenie się w świecie z betonu, stanie w korku i udawanie, że pieniądze, jakaś kariera, zdrowe nawyki tzw. ogólnożyciowy sukces człowieka XXI wieku to jest to? Że to jest ten sens życia? Że do tego zostałam stworzona i przeznaczona? Każda cząstka w moim wnętrzu ulegała konwulsjom na skutek tych myśli. Chcę mieszkać w naturze, budzić się przy dźwiękach lasu, chodzić boso, mieć kury, umieć rozpoznawać drzewa i uprawiać owoce. Nie chcę żyć dla walidacji szefowej, współpracowników, słuchaczy na konferencji, nie chcę żyć dla karmienia swojego ego, gdy znajomi zazdroszczą mi mieszkania z widokiem czy kolejnej zagranicznej podróży. To wszystko jest ulotne, to wszystko jest nieprawdziwe. Ulegamy temu tak łatwo, biegniemy w wyścigu do mety, która nawet nie jest tym miejscem, które nas interesuje. I tak oto sztuka, natura, prawdziwe połączenie z drugim człowiekiem i z samym sobą stają się czymś pomiędzy, czymś co robimy w przerwie od… No właśnie od czego? Od budowania swojej osobowości z przedmiotów, z osiągnięć, z momentów, które dobrze wyglądają na zdjęciu, od tworzenia fasady człowieka, zamiast faktycznego bycia człowiekiem.

    Czuję, że coś zaczęło się we mnie łamać, w bardzo dobry sposób, ale jednocześnie przerażający. Bo co mam teraz zrobić ze swoim życiem młodej, obiecującej kobiety? Jak je prowadzić tak, żeby ta część mojej duszy przywołana przez Alaskę i Maderę znalazła na stałe ukojenie i rozwijała się, zamiast pozostawać w ukryciu? Konwencjonalne życie odpada, ale nie chcę robić zwrotu o 180 stopni i dołączać do hipisowskiej komuny odrzucającej wszelki dobrobyt, zdobycze współczesnej medycyny i ogólne zasady funkcjonowania w społeczeństwie, jak Chris w Into the wild. Nie chcę też zostawać cyfrowym nomadem, bo w tej tęsknocie nie chodzi o bycie w wiecznej podróży, a poza tym za bardzo lubię być blisko domu i pielęgnować swoje małe rutyny, żeby zdecydować się na taki sposób życia. Zniknięcie z instagrama na jakiś czas i poświęcenie więcej czasu na sztukę i literaturę trochę pomogło, ale to było bardziej jak naklejenie plastra, gdy rana wymaga szycia. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, nie mam odpowiedzi, ale mam już bardzo konkretne pytanie, którym mogę oświetlać sobie drogę.

    Widzę też ten trend w naszym pokoleniu, w rozwijającej się branży surf&yoga retreats, w najnowszej modzie na powrót do analogowych rozrywek, na czytanie książek, na detoks od social mediów i zmianę iphone’a na flip phone. Chcemy żyć wolniej, nauczyć się być tu i teraz, doświadczać życia zamiast jego fasady, ale tak bardziej na wakacje, bardziej w przerwie od normalności, bardziej jako ciekawy eksperyment, bo chyba nikt do końca nie wie, jak to zrobić tak naprawdę. Mam wrażenie, że wszyscy trochę boimy się odrzucić komfort i ciężar życia, do jakiego się przezwyczailiśmy, bo jest on łatwiejszy niż stanięcie przed pytaniem „co teraz?”. I nie mogę nikogo winić, bo ja też się go boję, ale jednocześnie nie potrafię dłużej ignorować, tego przeczucia, że ta tęsknota to coś ważnego, coś dobrego, coś co mnie poprowadzi do życia, jakiego pragnę.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Nie spodziewaj się

    Nie spodziewaj się

    Spontaniczność. To coś z czym zawsze miałam problem. Ci z Was, którzy słabiej mnie znają mogą się zdziwić, bo z pozoru wydaję się bardzo spontaniczna – często podróżuję, czasem wyjeżdżam nagle, znajduję się w, z pozoru, niespodziewanych sytuacjach z niespodziewanym towarzystwem, czasem na imprezie, czasem w pociągu do Krakowa. Ale znaczna większość wszystkich tych wydarzeń jest poprzedzona rozległym planem w mojej głowie, którym często się z nikim nie dzielę, żeby „wyszło naturalnie”.  Moje „filmowe” spojrzenie na życie sprawia, że wiele zdarzeń jest wyreżyserowanych i ja jestem reżyserem. I ma to swoje dobre strony – scenariusz jest dobrą ramą, chęć dobrym motorem napędowym, ale czasem bywa też ogromną wadą. Bo ja chcę wypić kawę z tej kawiarni dokładnie w tym paryskim parku i zagryźć dokładnie tym makaronikiem, a więc ciągnę moich przyjaciół wzdłuż Sekwany, a oni zatrzymują się pod Notre Dame, żeby zrobić zdjęcia. I zanim docieramy do parku nikt już nie ma ani kawy, ani makaronika, a mnie przepełnia bezbrzeżne rozczarowanie. Stale muszę się mierzyć z rozczarowaniem, na które sama się skazuje, przygotowując idealną wizję w swojej głowie – bo ja chcę popływać właśnie na tej plaży, bo ja chcę, żeby ta nowa relacja w moim życiu potoczyła się w określony sposób, bo ja chcę, żeby spodobało mi się w Holandii, bo ja…

    Zawsze mam plan. Nie było w moim życiu momentu, w którym nie miałam bliższego lub dalszego (a szczególnie dalszego) planu na to, co chcę zrobić i jak to coś ma wyglądać. Spontaniczny roadtrip? Tak, ale musimy wrócić między 5 a 7 sierpnia i po drodze zahaczyć o 5 różnych miejsc. Obsesja kontroli, powiecie? Obsesja kontroli, powodowana brakiem poczucia stabilności w dzieciństwie? Tak, wiem, odrobiłam zadania domowe z terapii. I chociaż jestem tego świadoma, chociaż jest lepiej, chociaż jestem bardziej elastyczna, mniej planuje, mniej się skupiam na przyszłości i pozwalam sobie na niewiedzę, to nadal często ciężko mi odpuścić.  I ostatnio złapałam się na czymś, co bardzo łatwo byłoby przeoczyć i co myślę, że wiele ludzi może przeoczyć w codziennym życiu.

    Klasyczny plan, wpajany mi, wpajany nam wszystkim od dziecka – studia, praca, małżeństwo, dzieci, dom. W moich nastoletnich planach, w wieku 24 lat miałam brać ślub, 25 lat – być w ciąży i do 30stki (bo tak najzdrowiej) urodzić 3 lub 4 dzieci. Nie jestem ani trochę bliska spełnienia tych planów, a dotrzymanie ich ram czasowych już zdecydowanie przeminęło. I w tym momencie, nawet gdybym mogła, nie chciałabym ich dotrzymać. A jednak, zauważyłam, że żyję wśród duchów swoich planów. Ustatkowałam się sama ze sobą. Stworzyłam sobie życie, w którym jestem szczęśliwa, ale jednocześnie zbudowałam sobie klatkę. Wygodną, miłą i przyjemną, ale jednak klatkę. A klatka ma to do siebie, że ogranicza wzrost osobnika się w niej znajdującego.

    „Teraz przez 4 lata na pewno siedzę na miejscu, chcę trochę stabilności” mówiłam wszystkim bliskim, gdy zaczynałam doktorat. W trakcie niespodziewanej rozmowy zrozumiałam, że uwięziłam samą siebie w fazie plateau rozwoju – popracowałam nad sobą, zdobyłam doświadczenia, stworzyłam sobie szczęście – ale tylko na tyle, by móc odpocząć, by móc komfortowo się rozłożyć na szczycie i powiedzieć „już to mam, to jest to”. Ale życie tak nie działa. Szczęście nie jest stanem danym nam raz na zawsze. Te same czynniki, które cieszą nas teraz, mogą nie dać nam szczęścia za kilka miesięcy. Jasne, warto stanąć na szczycie i cieszyć się widokiem, na który się zapracowało, ale po jakimś czasie i tam wieje wiatr, i tam zachodzi słońce. Po jakimś czasie trzeba znaleźć nowy szczyt i spróbować go zdobyć. W moim planie na najbliższe lata nie było kolejnego stażu za granicą, nie było przeprowadzki, nie było innych zmian, których pewnie nawet się nie spodziewam. Ale w planie nie było też zakochania się w Alasce, nie było założenia bloga, nie było fotografii analogowej i nie było tego, że w wieku 25 lat pokocham się wystarczająco, żeby wieczorami nie karmić się fantazją o tym, jak pokocha mnie ktoś inny…

    Myślę, że tak często wmawiane nam jest, że czas na rozwój się kończy. Studia są określane, jako złoty okres, kiedy uczymy się najwięcej, rozwijamy się najbardziej, stajemy się tym, kim będziemy w tym życiu. A to nieprawda. Rozwój nie ma ram czasowych, a inspiracja czeka na nas w najmniej spodziewanych miejscach. A może nawet nie czeka? Może powstaje dopiero, gdy damy jej szansę?

    Ten tekst piszę dlatego, że porozmawiałam z osobą, z którą nie myślałam, że jeszcze będę rozmawiać. I dlatego,  że na wykładzie, na którym zamierzałam czytać książkę pod ławką, spijałam z ust każde słowo prowadzącej. Najlepsze rzeczy w życiu są nieplanowane. I ja wiem, że to brzmi banalnie, ale wydaje mi się, że mimo znajomości tej formułki niewiele ludzi jest naprawdę otwartych na to, co może się stać. Myślimy, że znamy samych siebie, myślimy, że wiemy, co nas uszczęśliwi. Jak często docieramy tam i nie jesteśmy wcale bardziej szczęśliwi niż wtedy, gdy obraliśmy cel? Jak wiele cudownych rzeczy po drodze omijamy?

    Moi znajomi po tym samym wykładzie, po którym ja piszę ten tekst, powiedzieli, że nic z niego nie wynieśli. Oczywiście nie wszystkich inspiruje to samo, dlatego mamy tak rozmaite formy sztuki. Ale pomyślałam w tamtym momencie, jak łatwo ja mogłam przeoczyć coś inspirującego.  Jest coś naiwnego, coś bezbronnego w romantycznym podejściu do życia. I uwielbiam ten stan, kiedy w moim ciele nie ma grama cynizmu, ale jest to trudne do osiągnięcia. Wymaga wrażliwości, otwartości i szczerości. I to wszystko naraża nas na zranienie. Odsłaniamy się i nie wiemy, czy nie zaboli. Ale jeśli się nie odsłonimy, nie połączymy się naprawdę z drugą osobą. I nie odbierzemy w pełni tego, co może nam przekazać. A to jest najprawdopodobniej najpiękniejsza część bycia człowiekiem.

    I wiem, że byłam o milimetry, żeby to przegapić. Chwilę wcześniej usiłowałam znaleźć połączenie gdzieś, gdzie go nie było. Usiłowałam poczuć coś, czego nie czułam, bo „byłoby dobrze, gdyby…”. Myślę, że mogłabym wiele stracić, gdybym została dłużej w tym miejscu. I myślę, że właśnie to jest to, co stanowi klatkę, dla wielu osób. Szukając magii, tam gdzie jej nie ma, przestajemy w nią wierzyć, zamiast po prostu zmienić miejsce poszukiwań. Łatwiej uwierzyć, że miłość (w jakiejkolwiek formie) nie istnieje niż myśleć, że jest niedostępna właśnie dla nas. Cynizm – gruba skorupa ochronna, ale w końcu klatka też chroni, prawda?

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Powrót do przeszłości

    Powrót do przeszłości

    „It’s so weird being happy for such a long time” powiedziałam do mojego byłego współlokatora,  jadąc nocą rowerem (a jakby inaczej) do miejsca, które w pierwszym kwartale tego roku nazywałam domem.

    Zawsze lubiłam powroty. Uwielbiam z nostalgią chodzić po dobrze znanych mi uliczkach, kupować chleb w tej samej piekarni, co zwykle i przyglądać się duchom swojego poprzedniego życia. Zapewne wracanie do tego samego hotelu w Kołobrzegu i do tego samego miasteczka w Chorwacji przez całe moje dzieciństwo,  w takiej postaci zbiera swoje żniwo. Ogromna chęć stabilizacji i bezpieczeństwa, którą muszę przezwyciężać przy każdej życiowej zmianie, pewnie też macza w tym palce. Ale nie przeszkadza mi to. Uwielbiam słodko-gorzki smak nostalgii, a ten, który poczułam w trakcie wizyty w Holandii był najintensywniejszym z doświadczanych dotychczas.

    Skłamałabym, mówiąc że Holandia była moim miejscem albo że za nią tęskniłam. Pierwsze dwa miesiące po przeprowadzce czułam się tam fatalnie. Nigdy w moim 24 (na tamten moment) letnim życiu nie czułam się tak samotna. Płakałam wszędzie i ciągle. Mój wcześniej wspomniany współlokator, anioł nie człowiek, zbierał mnie z podłogi w kuchni kilka razy w listopadzie 2024 roku. Czułam, jakby ktoś wyrwał mnie z korzeniami i rzucił na skalisty, kompletnie niepodatny grunt. Niedługo przed wyjazdem, w Polsce, wyrwałam się z toksycznej znajomości, która zatrzęsła posadami mojego zaufania. Trudno mi było otworzyć się przed nowymi ludźmi, trudno mi było wpasować się w holenderski tryb pracy. Nie lubiłam swojego projektu, nie lubiłam języka, nie lubiłam zimnego pokoju i dzielenia kuchni z 4 obcymi osobami. Ciągle wiał wiatr i padał deszcz, zarówno na dworze, jak i we mnie. „I wasn’t sure you’re gonna come back, but you look different now” powiedział mój współlokator, gdy wróciłam po świętach do naszego domu. Wyglądałam inaczej, bo czułam się inaczej. Podczas świątecznych trzech tygodni w Polsce, czułam że jestem zawieszona gdzieś pomiędzy. Pomiędzy Holandią a Polską, pomiędzy starą a nową mną. Czułam, że powinnam zobaczyć dokąd zaprowadzi mnie holenderska droga, to nie był moment, żeby zawracać. Wtedy powoli wszystko się zmieniło, nawiązałam głębsze relacje, drzewa zaczęły się zielenić, zmieniłam projekt, wreszcie wyszło słońce – dosłownie i w przenośni.

    Odwiedzając znajome zakamarki prawie rok po tym, gdy poznawałam je po raz pierwszy, widziałam starą siebie, tak inną, tak niepewną, tak przestraszoną. Pamiętam, że moja dawna przyjaciółka odwiedziła mnie wtedy i powiedziała wprost, że straciłam my spark. To był moment, w którym byłam niemal pewna, że na zawsze. Ale oto jestem, szczęśliwsza niż kiedykolwiek, spokojniejsza niż kiedykolwiek i bardziej pewna siebie niż kiedykolwiek. Zrobiłam ten trudny i odważny skok i zawsze będę z siebie dumna, że nie poddałam się wtedy w grudniu. Nie wiem, czy jakiekolwiek doświadczenie w moim życiu nauczyło mnie tyle, ile to pół roku w Holandii.

    Łatwo jest wracać, gdy jest dobrze. Łatwo jest wracać, gdy czujesz, że się rozwinąłeś jako człowiek. Na wszystkie pytania „how are you?” od wielu osób, z którymi przez ten weekend miałam przyjemność się spotkać, mogłam z czystym sumieniem i wielkim uśmiechem odpowiadać „great, really great”. Mieszkając w swoim wymarzonym mieszkaniu, po dostaniu się na dokładnie ten doktorat, na który chciałam, po naprawdę przecudownym, chyba dotychczas najlepszym lecie mojego życia, jestem ogromnie szczęśliwa i spełniona. Life is good. Wizyta w miejscu, w którym przeżyłam tyle niepokoju, tylko utwierdziła mnie w tym poczuciu.

    Z wielką przyjemnością, stwierdziłam też, że poza mną, niewiele się zmieniło. Gdy spędzałam czas z przyjaciółmi, honorując nasze stare rytuały, jak picie buble tea czy poniedziałkowy pub quiz, czułam, jakbym nigdy nie wyjechała. To zabawne – gdy jesteś daleko od ludzi, przeżywasz swoje życie, oni swoje, czujesz tęsknotę i czujesz, że wszystko się zmienia, a później jesteście razem i nie czujesz żadnego dystansu w waszej relacji, wszystko jest dokładnie tak, jak było 5 miesięcy wcześniej. To mnie zaskoczyło. I to, jak często podczas 3 dni można mieć w oczach łzy i gardło ściśnięte ze wzruszenia, także.

  • W poszukiwaniu Alaski

    W poszukiwaniu Alaski

    Siedziałam na nocnym rejsie po rzece Hudson i oglądałam brzeg magicznego Nowego Jorku. Byłam zachwycona złotymi światłami otulającymi miasto i delikatną bryzą na moich nagich ramionach, a mimo wszystko, nie czułam Tego. Grupka nastoletnich dziewczyn koło mnie robiła mnóstwo zdjęć z flashem. „Może to mi zaburza wczucie się?” pomyślałam i przeszłam na drugą stronę pokładu, gdzie było spokojniej, a dla zintensyfikowania klimatu wsadziłam słuchawki do uszu i włączyłam piosenkę „Manhattan” Kings of Leon, a potem Cat Power o tym samym tytule. Ta druga, piosenka otwierająca film Materialiści, idealnie wkomponowywała się w moment, w którym się właśnie znajdowałam. Słuchając jej przed wyjazdem myślałam, jak cudownie będzie oglądać to miasto, słuchając jej. A więc słuchałam, zatapiałam spojrzenie w rozświetlonym brzegu, a jednak nie działo się nic. Może to straciłam? Może już taka nie jestem? Przed wyjazdem przeżyłam kilka trudnych momentów, z których pomogła mi się oswobodzić moja cudowna rodzina, ale może…może nie do końca mi przeszło? Może pozostałości kumulacji tamtych przykrych emocji, powstrzymują mnie przed poczuciem Tego. Myślałam i myślałam, kiedy ostatnio To czułam. Skończył się rejs, skończył się dzień, wsiedliśmy do samolotu, wylecieliśmy z miasta Empire State Building, a ja nadal nie mogłam sobie przypomnieć. W Holandii? Chyba nie. Podczas codziennych spacerów po Malcie? Nie, też nie. Poprzedniego lata na pewno nie… Nie mogłam znaleźć żadnego wspomnienia z ostatniego roku, które przyniosłoby mi odpowiedź. „W sumie bardzo się zmieniłam w ciągu tego roku, może To też zniknęło, jako wypadkowa zmian” myślałam. Wiedziałam jedno – na siłę się nie uda. Próbując uchwycić uczucie, odbierasz mu magię. Oczekując go, sprawiasz, że nie nadejdzie. Uczucie to płochliwy bezdomny kot, a nie wytresowany owczarek niemiecki. Odpuściłam więc, z bólem godząc się z tym, że ta podróż może się odbyć bez Tego.

    Polecieliśmy na Alaskę. Jak to się w ogóle stało? Jakiś rok wcześniej tata powiedział, że jego znajomy był na Alasce i zdecydował, że nie równa się to z niczym, co widział. Alaska nie była nigdy na mojej liście, zimna i odległa, nie wydawała się stanowić dobrego celu podróży dla miłośniczki upalnego lata, jaką byłam. Ale w myślach taty, pomysł ten zagnieździł się na dobre, a gdy z siostrą zaczęłyśmy czytać i planować, też się w nim zakochałyśmy. Lodowce na wyciągnięcie ręki? Misie brunatne łowiące łososie? Wielkie przestrzenie wypełnione polami kwiatów? Wydry, orki, wieloryby, łosie? Wszystko to brzmiało jak bajka. A rzeczywistość okazała się jeszcze lepsza.

    Na początku oniemiała mnie zieleń Alaski. Ta zieleń była najbardziej intensywnym kolorem, jaki widziałam w życiu. Gdy zamykałam oczy, zostawała pod powiekami. Nie mogłam oderwać wzroku od okna podczas pierwszej jazdy samochodem. Następnego dnia rejs. Wszystkie obiecane zwierzęta, cudownie błękitne lodowce i ogrom fiordów otaczających zatokę Alaskańską. Później wyprawa po górach i długie rozmowy z moją siostrą. Było cudownie, byłam taka szczęśliwa, czułam, że piękno tego miejsca przelewa się przeze mnie, jednocześnie mnie napełniając. Alaska, której nigdy nie planowałam, której początkowo nawet nie chciałam, okazała się spełnieniem marzenia, które nie wiedziałam, że mam. Dzień w Parku Narodowym Katmai, który cechuje się największym zagęszczeniem występowania niedźwiedzi brunatnych, wypełnił moje serce dziecięcą radością. Czułam się, jak reporter National Geographic, którym przez wiele lat chciałam zostać, gdy byłam mała. W najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że zobaczę misie łowiące łososie na wodospadzie, ani że będę lecieć awionetką, ani oglądać łosie z helikoptera, ani chodzić po lodowcu. To wszystko było przecudną bajką, nigdy nie czułam się tak po brzegi wypełniona szczęściem, jak tam. Coś w prostocie tego miejsca, tego życia, uwalniało moje schematy myślenia. Wizja, że można prościej, można bardziej w zgodzie z naturą była porywająca. Przestrzeń powstająca w mojej głowie, sprawiała, że mogłam oddychać głębiej. Pozwalała na doświadczenie tak wielu niesamowitych emocji. Kompletnie zapomniałam, że nadal nie poczułam Tego. Gdybym sobie o tym przypomniała, pewnie nie poświęciłabym tej obserwacji więcej, niż jednej sekundy. Było tyle pięknych emocji, które mnie wypełniały, nie warto było koncentrować się na braku.

    Usiłując zwalczyć jet lag zabrałam się za lekturę wciągającego kryminału (żeby nad nim nie zasnąć). Chciałam zobaczyć alaskańską noc. Czy w ogóle jest noc? Kładłam się spać, gdy było jasno i budziłam się, gdy było jasno, nie wiedziałam jak ciemna jest tu noc o tej porze roku, a moje wewnętrzne dziecko aspirujące do posady w National Geographic, bardzo chciało to odkryć. W pewnym momencie podniosłam wzrok znad książki i otuliło mnie czerwone światło zachodu odbijające się od gór nad zatoką w Homer. Wybiegłam na dwór, jak oparzona. Feeria barw, która tańczyła po górskich szczytach i wiszących nad nimi chmurach sprawiła, że napłynęły mi łzy do oczu. Próbowałam obudzić siostrę, która tylko przekręciła się na drugi bok. Chwyciłam analoga, zrobiłam wiele zdjęć, a potem siedziałam i chłonęłam i płakałam i pozwoliłam, by mnie to porwało. I wtedy poczułam To, poczułam To jak nigdy wcześniej, okraszone wieloma innymi cudownymi emocjami – poczucie, że życie jest wielkie. To moje ulubione zdanie, to moje ulubione uczucie. Życie jest wielkie – wypełnione ogromem szczęścia, ogromem cierpienia i wszystkim co pomiędzy. Miłość, przyjaźń, rozmowy, gwiazdy, trudności, płacz, księżyc, lęki, uśmiechy, objęcia,dom, praca, sukcesy, porażki, sztuka, muzyka, miejsca, ludzie, wybory, drogi, wszystko, wszystko, cała masa doświadczeń i wspomnień przepływa przeze mnie w tym momencie, który wydaje się być doświadczeniem co najmniej religijnym. Może to moja nirwana? Nieważne, nie musi mieć nazwy, nie musi być dzielone z innymi ludźmi, nie musi być wyjaśnione. Jest moje i nigdy nie czułam go tak bardzo, jak tam na Alasce.

    Znalazłam To i wiele innych uczuć, dla których słowa jeszcze we mnie dojrzewają. Uczuć, których nie szukałam, których się nie spodziewałam, które nie wiedziałam, że istnieją. Minął miesiąc od tego zachodu, a ja mam wrażenie, że moje serce nadal jest oblane jakimś nowym rodzajem szczęścia. Coś we mnie się zmieniło. Czuję że  na Alasce moja dusza rozszerzyła się, jakby dopasowując się do przestrzeni, do wolności, jakiej tam doświadczyłam. Powrót – upchnięcie duszy między ciasno upakowane bloki naszego świata, przestrzeń, w której nagle się nie mieszczę. Odczuwam jakiś nowy rodzaj tęsknoty i chociaż trochę boli, jest to cudowne doświadczenie. Sprawia, że myślę o wszystkim, co jeszcze poczuję, a o czym teraz nie mam pojęcia.

    ***

    Cała twórczość Sigur Ros (dla mnie) opowiada o złożoności życia, a ten utwór wyraża dokładnie To uczucie, że życie jest wielkie.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Kogo to obchodzi

    Kogo to obchodzi

    Miałam zacząć już wiele razy i za każdym z nich coś stawało na mojej drodze. Albo raczej ja stawałam na swojej własnej drodze z moją wiecznie aktywną głową.  

    Na początku przeraziła mnie permanentność internetu, mój digital footprint. A przecież mam już go tak wiele. Każdy widział moje, udolne bądź nie, próby taneczne na instagram story, każdy mógł odnaleźć moje zdjęcia z aparatem na zębach i śmiać się z moich niewyszukanych opisów sprzed lat, tak jak moja młodsza kuzynka w ostatnie święta. Jeśli ktoś naprawdę chciałby się ze mnie pośmiać, daję ku temu bardzo dużo okazji , zarówno na żywo, jak i w przestrzeni internetowej. Od dziecka byłam wystawiona na sporą dawkę śmiechu ze strony mojej rodziny. Miałam przezwisko “lama”,  co teraz jest dla mnie śmieszne i urocze, a w tamtym czasie nauczyło mnie dystansu do siebie (ale oczywiście nie bez strat moralnych). Z tego względu zwykle, jako dorosły człowiek miałam poczucie, że stać mnie, by być autentyczną, by po prostu być sobą i pokazywać siebie w każdej przestrzeni, w jakiej się znajdywałam. Ale z pisaniem jest inaczej. Nie ma żadnej bariery między moimi myślami, a światem – najbardziej bezpośrednia z form ekspresji. Musiałam wypracować sobie nową przestrzeń bez lęku przed oceną. 

    Znajduję nieopisywalną rozkosz w byciu dziwną osobą w miejscach publicznych – tańczę w parku, jestem pierwsza na parkiecie w klubie, śmieję się głośno i ogólnie jestem tak bardzo daleka od bycia nonszalancką i tajemniczą, jak to tylko możliwe. I uwielbiam to w sobie. Nie mam żadnych obaw przed tym, co pomyślą nieznani mi ludzie. Po co miałabym je mieć? Zupełnie mnie nie obchodzi, że ktoś, kogo nie znam i kto nie zna mnie, osądzi mnie w jakikolwiek sposób. Także jeśli jesteś obcą mi osobą, czytającą to – nie boję się w żaden sposób tego, co pomyślisz. 

    Jeśli czytasz to, jako jedna z bliskich mi osób z grona rodziny lub przyjaciół – do pewnego stopnia wszystkie te rzeczy o mnie wiesz i mimo wszystko jesteśmy blisko, więc to też nie jest główne źródło mojego lęku przed upublicznieniem swojego wnętrza na użytek świata.  

    Myślę, że grupą, która powstrzymywała mnie w moich myślach najdłużej, jest jakże osobliwa i szeroka grupa ludzi, którzy znają mnie w małym stopniu i tylko z jednej strony. Ta ekipa, z którą się imprezowało na studiach, ale nic poza tym, ten chłopak, z którym byłam na dwóch randkach i nawet nie zdążyliśmy się przed sobą otworzyć, dziewczyny, z którymi myślałam, że się zaprzyjaźnię, a wyszło inaczej, ludzie, którzy znają mnie z poprzednich żyć, gdy nosiłam wyżej wspomniany aparat na zęby. Krótko mówiąc – ludzie, którzy nigdy nie poznali prawdziwej mnie albo nie znają obecnej mnie, ale nasze drogi gdzieś się przecięły. Myśl o tym, że któraś z tych osób odczytuje innym fragment tego tekstu i wspólnie się z niego śmieją napawała mnie lękiem wystarczająco paraliżującym, żeby powstrzymać mnie od upubliczniania swoich myśli. Potem stała się rzecz wyjątkowo prozaiczna – przeprowadziłam się kompletnie sama do innego kraju i po paru miesiącach, zauważyłam, że mam to gdzieś. Te myśli zniknęły. Skoro mogłam sama odnaleźć się w innym kraju, to mogę też mieć w dupie, co pomyśli o mnie tamta dziewczyna z liceum. Jakże uwalniające uczucie. Nie obchodzi mnie to. I w całym swoim egoizmie pominęłam to, że pewnie tych ludzi też to wcale nie obchodzi. Bo czemu w sumie by miało?  

    Ale wtedy pojawiła się druga strona medalu: kogo to obchodzi? 

    Skoro nikogo w sumie to nie obchodzi, to po co ja w ogóle piszę ten tekst? 

    W całej swojej cynicznej powłoce, nadal wierzę w pokrewieństwo dusz, nadal wierzę w sztukę i w wielki wpływ przypadkowych niekiedy ludzi na nasze życie. Bo przeczytałam tekst Karoliny i poczułam, że część mnie, która nigdy nie czuła się zrozumiana, dostała siostrę. Bo tyle razy słuchałam piosenek, które potrafiły opisać dokładnie, co czuję. Bo zobaczyłam obraz Georgii O’Keeffe Abstarction blue w nowojorskiej MoMie i się rozpłakałam. Bo tak bardzo potrafię poczuć tak wiele momentów i to piękne, i trudne, i może ktoś poczuje się zrozumiany. 

    Oraz egoizm. Jak zwykle egoizm. Robię to głównie dla siebie, tak jak wszyscy artyści przede mną i wszyscy po mnie i nie ma w tym nic szokującego, ani złego. 

    Także oddaję na Wasze ręce moje myśli, te piękne i brzydkie,  ale wszystkie prawdziwe. I pewnie zaprzeczę sobie milion razy, i drugie milion – zmienię zdanie. I będę myślała, że już coś zrozumiałam, coś odkryłam, a później okaże się, że jestem nadal na początku drogi. 

     I to zabrzmi,  jak banał, ale powiem to i tak: czas leci szybko, a ja nie chcę choć przez minutę nie być w pełni sobą. 

    (Perfect places od Lorde, bo przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że tak, jak w tej piosence, jestem osobą, która stwarza sobie piękne miejsca i piękne życie. Do teraz to najlepszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. Nie mogę się zgodzić w pełni, ale może coś w tym jest, bo właśnie stwarzam sobie tu nowe, piękne miejsce). 

    Komentarze

    2 odpowiedzi do „Kogo to obchodzi”

    1. Awatar zolti
      zolti

      Piękny tekst! Napisałem komentarz na Ig ale chyba masz zablokowane 🙁 w każdym razie szacunek za odwagę i mega fajnie się to czytało 😁

      1. Awatar admin

        Rzeczywiście muszę mieć coś zablokowane, bo nic nie dotarło :/ Dziękuję pięknie <3

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *