Moja „przygoda” z bezsennością zaczęła się razem z wyprowadzką z rodzinnego domu i przez lata nasilała się, ale tej zimy osiągnęła stan krytyczny. Noc w noc budziłam się po 4 godzinach snu, nie mogąc już zasnąć i operowałam na takim deficycie tygodniami. Próbowałam wszystkiego – leków, medytacji, jogi na sen. Wieczorną rutynę doprowadziłam do perfekcji – roleta zaciemniająca, wietrzenie sypialni, skręcone grzejniki, brak ekranów 3 godziny przed snem, brak jedzenia 2 godziny przed snem, brak picia na godzinę przed snem, joga, medytacja, leki, joga, medytacja, powtórz … Nic nie działało. Miałam już nawet namiary na terapeutę snu. I mniej więcej wtedy znajomi z pracy zaproponowali wyjście na miasto, a ja stwierdziłam „no co mi szkodzi, i tak się nie wyśpię, gorzej nie będzie, a przynajmniej potańczę”.
I wiecie co? Potańczyłam I SIĘ WYSPAŁAM. Zaczęliśmy wychodzić regularnie, a ja zaczęłam (prawie) normalnie spać. I nie mówię oczywiście o nocy bezpośrednio po imprezie, bo alkohol i późne powroty wysypianiu się nie sprzyjają, ale w ogólnym rozrachunku – spałam.
Jeszcze pół roku temu myślałam, że czasy cotygodniowych imprez przeminęły bezpowrotnie i nie było mi z tym ani trochę źle. Wręcz się krzywiłam, słysząc od typów z tindera, że oni to lubią tak co piątek na miasto. Uważałam, że z tego wyrosłam, że mi to niepotrzebne, że jestem dalej w życiu. Ale gdy zaczęła się moja obecna party girl era, zrozumiałam, jak bardzo byłam w błędzie. Wpadłam w pułapkę naszego pokolenia – optymalizację życia. Według badań generacja Z, do której niestety się zaliczam, pije znacznie mniej alkoholu i uprawia znacznie mniej seksu (i wchodzi w mniej relacji międzyludzkich różnego typu) niż poprzednie pokolenia. I nie mówię, że trzeba chlać i się puszczać, żeby się dobrze bawić, ale fakty są takie, że odstawiliśmy hedonizm na daleki tor. Medytujemy, uprawiamy sport, jemy zdrowo, odstawiamy używki, piszemy dzienniki wdzięczności i skupiamy się na zarabianiu i utrzymaniu poziomu życia – i to wszystko jest bardzo wartościowe i ważne, ale gdzieś po drodze odrzuciliśmy zabawę i nabraliśmy do swoich żyć garście samotności.
Świat się nie zawali, jak się jedną noc nie wyśpisz, świat się nie zawali, jak zjesz na mieście fast food, świat się nie zawali, jak będziesz mieć raz kaca w niedzielę, ani się nie zawali, gdy poflirtujesz z uroczym barmanem i dostaniesz kosza.
Najśmieszniejsze i najbardziej pamiętne chwile młodości nie przydażą się podczas siedzenia z książką na kanapie i mimo, że kocham czytać, chcę znajdować balans między niegroźnym hedonizmem a samorozwojem, bo przecież w końcu nie jestem buddyjskim mnichem, wyrzekającym się wszystkich przyjemności.
„Jesteśmy na to za starzy”, „już nie te czasy” słyszę często od znajomych w moim wieku, „jestem przed 30stką” mówią 25latkowie. Przepraszam, ale jak ostatnio sprawdzałam to przed 30 było 29, a nie 25. A nawet 30stka to nie jest żadna starość, ani nie powinna być wymówką, żeby rezygnować z zabawy. No właśnie – wymówką. Wydaje mi się, że wiele osób potyka się o własne myśli na temat swojego wieku. Może ich rozczarowała dorosłość i może nie wiedzą, co z tym zrobić, więc, jak to ludzie, wolą nie robić nic. Ja wypowiadam się z uprzywilejowanej pozycji, bo lubię swoją pracę oraz swój związek (a raczej jego brak), a problemy w tych materiach to zazwyczaj główne czynniki poczucia szarego życia. Jeśli nie lubisz swojego partnera albo zawodu, który wykonujesz to wątpię, że wyjście w piątek na Wrocławską i pokręcenie dupą Ci pomoże (może na chwilę, ale nie na dłuższą metę), ale ja nie jestem terapeutą i to nie tekst o tym. Jednakże jeśli, mimo braku takich podstawowych problemów, przytłacza Cię monotonia – idź na tę imprezę, idź na ten koncert, idź do tego baru, idź na to piwo nad Wartę, załóż coś fajnego, wypij coś fajnego, poflirtuj, potańcz. Imprezowanie to nic innego, jak tylko uaktualniona forma wyjścia na plac zabaw, a nasze pokolenie ma przecież obsesję na punkcie inner child. A więc powiem Wam, że wasze wewnętrzne dziecko poza terapią i leczeniem traum, potrzebuje też, a może nawet przede wszystkim, zabawy.
Jestem przecież najstarsza, jaka byłam w całym swoim życiu, a jednocześnie czuję się najmłodziej od lat, bo zamiast optymalizować życie, przeżywam je. Zamiast próbować pochwycić i naprawić swoją osobowość, tworzę ją. Tworzę nowe znajomości, tworzę nowe wspomnienia, tańczę, czuję, doświadczam i smakuję. Myślę, że to właśnie nazywają pełnią życia. I może nie zawsze jest ona estetyczna, może czasem to oznacza zlew pełen naczyń, zakurzoną lekturę odłożoną na półkę na tak długo, że zapominasz fabułę, a czasem pojawienie się spontanicznie w barze w dresach i bez makijażu zamiast w nowym starannie przemyślanym outficie, ale może właśnie o to chodzi. Nie mamy być zawsze piękni, zawsze zorganizowani, zawsze rozplanowani co do minuty. Nie musimy codziennie z rana iść na pilates, ani wieczorem zapisywać pięciu stron w pamiętniku, wygrzebując spod paznokci resztki miałkich przeżyć mijającego dnia. Musimy żyć, musimy wyjść do ludzi nawet w naszej nieidealnej formie i bawić się, musimy przestać odchudzać nasze własne osobowości do postaci pracy i estetycznych, nijakich spotkań w instagramowych kawiarniach. Musimy wypić o drinka czy dwa za dużo, zarwać noc, tańcząc z przyjaciółmi, pominąć wieczorną rutynę, wyjść na piwo w poniedziałek, powłoczyć się po mieście bez planu, pojechać na weekend pod namioty czy na kajaki, nie z całą ekipą planując rok wcześniej, tylko z tą jedną kumpelą, która akurat ma wolne. W skrócie robić rzeczy, które się „nie opłacają”, które we wstępnej kalkulacji nie dają nam nic poza niewygodą, a później okazują się najlepszymi wspomnieniami. Spontaniczność to wolność, spontaniczność to nowy rodzaj luksusu dla naszego pokolenia. W naszym świecie indywidualizmu oznacza ona nieprzewidziane koszty, niekontrolowany przebieg, nieokreślone zyski i potencjalnie wysokie ryzyko, ale życie to przecież nie strategia marketingowa. Jesteśmy ludźmi, a nie wykalkulowanym projektem. Moim życzeniem byłoby nie słyszeć już od rówieśników „jestem na to za stara/y”, ale to niemożliwe, więc moim życzeniem jest, żeby to zdanie nie padało z moich ust, dopóki faktycznie nie będzie prawdą (może po 60tce).

Dodaj komentarz