Tag: relacje

  • Przedświąteczna lista

    Przedświąteczna lista

    Zbliżają się święta, a ja w całej swojej próżności pozwolę sobie dołączyć do twórców reklam allegro i do Johna Lennona, i spytać: „a ty co zrobiłeś?”.

    Polujemy na przeceny na Black Friday, tłoczymy się w przeludnionych galeriach, żeby zdobyć „idealny prezent”, odhaczamy kolejne pozycje, nie myśląc o tym, że na liście brakuje tego, co najważniejsze.

    Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że żyjemy w dobie ogromnego konsumpcjonizmu. Ale póki się nad tym nie zastanowiłam, myślałam, że ten problem za bardzo mnie nie dotyczy. Nie kupuję na shien, na zakupy chodzę raz na kwartał i tylko, gdy rzeczywiście czegoś potrzebuję, a jedyna nadkonsumpcja, jaką uprawiam to ta z filmami do analoga.

    Ale nagle przychodzą święta i największą wartością w otaczającym mnie świecie wydaje się być najbardziej użyteczy, praktyczny, potrzebny, ale też estetyczny, jakościowy i oczywiście pięknie (ręcznie!) zapakowany prezent, który zarezerwowaliśmy na przygotowanej wcześniej przez odbiorcę liście. Chwała kapitalizmowi, że nie musimy wykazać się najmniejszą myślą i najmniejszą inicjatywą przy obdarowywaniu prezentami naszych najbliższych – osób, które przecież znamy i kochamy. Po raz kolejny ktoś pomyślał za nas, po raz kolejny interakcja międzyludzka traci na wartości. Bo już nie musisz z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem słuchać uważnie mamy w rozmowie, starając się wyłowić szczegół, który nakieruje Cię na jakiś pomysł, co masz włożyć pod choinkę. Możesz odetchnąć spokojnie, życie jest łatwiejsze, dostaniesz listę.

    To teraz ja mam dla nas trochę inną przedświąteczną listę: ile razy zadałeś swoim bliskim pytanie „jak się czujesz?”? Nie „co tam?” tylko „jak się czujesz?”.  Ile razy byłeś obecny w rozmowie, a nie uciekałeś myślami do swoich problemów? Ile razy zatrzymałeś się na ulicy, żeby pomóc nieznajomej osobie? Ile razy pojawiłeś się u przyjaciela w potrzebie, mimo że miałeś inne, bardziej atrakcyjne plany? Ile razy, wiedząc, że ktoś ma trudny czas, sięgnąłeś po telefon? Ile razy pozwoliłeś komuś się otworzyć bez oceniania?

    Wśród moich przyjaciół wywiązała się ostatnio dyskusja o tym, jak trudno jest być starszym, samotnym człowiekiem. A ja przechodząc następnego dnia przez ulicę byłam świadkiem tego, jak starszy pan cofnął się z przejścia dla pieszych, żeby przywitać się z panią idącą w inną stronę. Pomyślałam wtedy „a my co zrobimy?”. Co zrobi na starość nasze pokolenie, które już nawet ze sobą nie rozmawia na ulicy, pokolenie, które nie zna swoich sąsiadów, pokolenie, które wiecznie się spieszy, goniąc za doświadczeniami dookoła świata, za zdjęciami, za pinezkami na mapie, za nowymi hobby na liście, wszystko po to, żeby stale i w kółko zapominać o najważniejszej i najpiękniejszej rzeczy, jaką możemy sobie, jako ludzie ofiarować – obecności.

    Dlaczego tak trudno jest nam zapytać „jak się czujesz?”. Mam wrażenie, że każdy w tych czasach broni swojego świętego spokoju i swojej energii, jakby to właśnie była najwyższa wartość. I zgadzam się, bo byłaby to najwyższa wartość w świecie, w którym ludzie byliby samotnikami. Ale wszyscy, nawet ci najbardziej introwertyczni, jesteśmy zwierzętami stadnymi.

    ’Love is a frequency we can either tune into or ignore.’ We can decide to move through the world in a loving way. We can look at our phone while ordering a coffee in the morning, or make a connection. We can walk past the woman crying in a Soho doorway, or stop to ask, ‘Are you ok?’ We’re all in it together, this life, and when we go through it with our individual missions, never looking up or out, we miss so much.

    „Conversations on love”, Natasha Lunn

    Każdy z nas ma jakiś swój cel. I jemu oddaje najwięcej swojej energii. Chcemy kupić mieszkanie, zbudować dom, założyć firmę, nauczyć się włoskiego, zdobyć wykształcenie, skończyć studia, dostać awans. To wszystko jest istotne, ale czy po drodze zostaje nam czas i energia, żeby wybrać dobro? Żeby być człowiekiem? Kiedyś zapytałam mojego najlepszego przyjaciela „Wolałbyś, żeby twoje dziecko było szczęśliwym człowiekiem czy dobrym człowiekiem, gdy dorośnie?”. Jako dwudziestoletni idealiści oboje odpowiedzieliśmy „dobrym”. Kilka lat później w swoim depresyjnym epizodzie powiedziałam, że zmieniam swoją odpowiedź na „szczęśliwym”, bo nie chcę, żeby musiało przechodzić przez to, co ja. Ale może właśnie o to chodzi? Może powinniśmy przestać się za wszelką cenę chronić przed bólem? To jest nieodłączna część życia. I może właśnie dlatego tak rzadko pytamy „jak się czujesz?”, bo nie jesteśmy gotowi na szczerą odpowiedź. Jeśli nie przywykliśmy do swojego bólu, nie będziemy w stanie się obejść z cudzym. Wolimy, żeby ktoś nam opowiedział o problemach w pracy czy książce, którą ostatnio czytał, zamiast o tym co przeżywa, bo nie mamy na to odpowiedzi. I zapominamy, że nie chodzi o odpowiedź, chodzi o bycie. Chodzi o to, żeby wysłuchać kogoś, a gdy nie masz żadnej rady powiedzieć „jestem” i to jest największy dar, jaki możemy sobie ofiarować. I wymaga to ogromnej otwartości, a to wiąże się z ogromnym ryzykiem. Gdy jesteśmy autentyczni, gdy jesteśmy prawdziwi, najłatwiej nas zranić. Ale może właśnie powinniśmy podejmować to ryzyko? Może czasem musimy być zranieni? Może czasem nasze przeterapeutyzowane pokolenie, które postawiło sobie za życiowy cel „bycie szczęśliwym”, musi się zmierzyć z tym, że szczęście nie oznacza radości i spokoju 24/7, a prawdziwą bliskość i stawanie się lepszym człowiekiem z dnia na dzień. I to, że czasem trzeba zburzyć domek z kart, żeby postawić dom z cegieł.

    Więc może w te święta podarujcie komuś uwagę, przestrzeń i obecność. Podarujcie komuś prawdziwych, autentycznych siebie i bądźcie gotowi na konsekwencje. Połóżcie na szali swój święty spokój, żeby zyskać coś, co może okazać się o wiele cenniejsze niż myślicie.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *