Nie zaskoczę chyba nikogo, gdy powiem, że żyjemy w coraz bardziej zindywidualizowanym społeczeństwie (do którego popycha nas our beloved kapitalizm, ale to już inna rozmowa, a ja wiem za mało, by publikować eseje polityczne). Nadrzędnym celem młodych ludzi dookoła mnie jest znaleźć kogoś z kim nie tyle spłodzą potomstwo, ile wezmą kredyt na mieszkanie. Wszechobecne w socjalach (tak, będę je nadal winić za wszystko, bo naprawdę są winne) obrazy młodych osób odnoszących „życiowy sukces” w postaci freelancerskiej pracy, pięknych wnętrz KUPIONEGO mieszkania i miesięcznej podróży, co cztery tygodnie, stoją nam przed oczami we śnie i ością w gardle. Pokolenie naszych rodziców chciało mieć pieniądze, a my chcemy mieć czas, a ściślej mówiąc, chcemy mieć tyle pieniędzy, żeby pozwolić sobie mieć czas, bo przecież doba ma niezmiennie 24 godziny. Nie chcemy czekać do pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki, żeby się dorobić i „zacząć żyć”. Chcemy tego już teraz, a więc dążymy do tego zaoferowanym nam przez świat sposobem – produktywnością (nie mylić z ciężką pracą). W naszym pokoleniu większą niż kiedykolwiek wagę przykłada się do samorozwoju. W swoich latach dwudziestych musisz pracować i zarabiać, ale sprytnie, dużo i małym nakładem czasowym, podróżować jak najdalej i jak najczęściej, pójść na terapię i się „naprawić” do ostatniej nadszarpniętej struny, mieć pasję, a najlepiej kilka i najlepiej jakieś nietypowe i czytać, bo czytanie jest teraz hot, a no i jeszcze w międzyczasie poznać miłość swojego życia, tą z którą weźmiesz kredyt na mieszkanie i oczywiście też kupić to mieszkanie i urządzić tak, żeby przyjaciołom kapcie spadły… tylko no właśnie, kogo Ty tam zaprosisz? Bo w całej tej wyliczance zgubiliśmy przyjaźnie, zgubiliśmy wspólnotę i bycie aktywnym członkiem społeczności, w której żyjemy.
Gdy umawiam się z moimi przyjaciółmi, żyjącymi w tym samym mieście, pada termin „za miesiąc” raz za razem. Nie jest to dla mnie żadna nowość, mam wrażenie, że żyję w tym schemacie już od dość dawna. Zawsze byłam zorganizowana, pamiętam o planach, urodzinach, potrafię zgrabnie balansować między życiem zawodowym, socjalnym i swoimi osobistymi projektami i pasjami, dlatego takie odległe terminy przyjmowałam przez długi czas, jako coś normalnego. Ale potem pomyślałam o „Przyjaciołach”, o opowieściach z młodości moich rodziców, a wreszcie o moim czasie spędzonym w Holandii, gdzie często co drugi dzień robiliśmy wspólny obiad czy wychodziliśmy na spacer i jakoś każdy z nas (pracujących na pełen etat ludzi!) znajdował na to czas. Na instagramie ten koncept nazywają „doorbell friends”, a moja koleżanka ostatnio nazwała to „kumpelą od peta”, kiedy to w liceum przychodziło się pod czyjś blok, tylko po to, żeby pół godziny pogadać, paląc przysłowiowego peta. I nie było szkoda nikomu czasu na dojazd, bo chwila z przyjacielem po prostu była taka cenna. „Bo mieliśmy więcej czasu” powiedzieliby moi przyjaciele. Ale nie wiem, czy to prawda, bo przecież już nie mamy sprawdzianów i sesji, a jeszcze nie mamy dzieci, nie mieszkamy pod miastem, większość z nas nie ma nawet psa, którego musi wyprowadzić, a jakimś cudem jesteśmy chronicznie zajęci. Nie wychodzimy z przyjaciółmi na spontaniczne spacery, bo świeci słońce, wychodzimy wtedy, kiedy mamy wpisane w kalendarz, nawet gdy pada deszcz (bo przecież miesiąc temu nie dało się przewidzieć pogody). Nie przychodzimy wypić razem herbaty, bo przyjaciółka miała ciężki tydzień. Nie dzwonimy, czasem nawet nie odpisujemy, generalnie nie pojawiamy się wtedy, kiedy nie jest to dla nas wygodne. A jak jesteśmy umówieni i nie mamy tego dnia humoru? Odwołujemy, bo przecież musimy za wszelką cenę chronić swój święty spokój. Szanujemy swoje własne „granice”, zapominając, że to przyjaciel może poprawić nam humor, że może ten telefon lub spotkanie, do którego w pierwszym momencie musimy się zmusić może zrobić nam dzień, a nawet jeśli nie, to możemy się podzielić z kimś bliskim naszym smutkiem czy gniewem.
„Ale przecież ja nie chcę się spotykać z kimś, żeby nie było fajnie”. No jasne, nikt nie chce. Najlepiej jak jest fajnie, też mi nowość. Ale życie nie składa się tylko z przyjemnych elementów. Jeśli chcemy z kimś dzielić tylko przyjemności i oczekujemy od kogoś tylko pozytywnych emocji, to nie jest to prawdziwa przyjaźń. Przyjaciele są na dobre i na złe. Chyba trochę o tym zapomnieliśmy, karmiąc się filmikami z przygód obcych ludzi w Internecie, gdzie wszyscy wyglądają na szczęśliwych i zgodnych. Więc zamiast spędzić z kimś bliskim czas, który może nie będzie najpiękniejszy, najmilszy, może będzie trochę trudny, może będzie trochę nudny (ale może temu komuś bardzo potrzebny), wolimy poczytać książkę, oddać się swojej pasji, poscrollować instagrama, jako substytut życia społecznego, posłuchać samorozwojowego podcastu. Przecież to da mi więcej k o r z y ś c i niż pokazanie komuś, że jestem, kiedy ten ktoś nie czuje się najbardziej rozrywkową wersją siebie, prawda?
Sprzedają nam tę produktywność opakowaną w piękny papier, przewiązaną wstążką – self-love, self-development, me time – i my to wszystko z radością kupujemy i ustawiamy na półkach naszej duszy, którą prezentujemy coraz mniejszej liczbie osób, bo „oni nie są tego warci”, bo chronimy „swoją energię”, bo nie chcemy, nie daj Boże, zmarnować piątkowego wieczoru na pomoc koleżance w przeprowadzce. Wybieramy skrajną produktywność, licząc że te pieniądze, ta pasja, ta terapia, ten samorozwój, ta książka i podcast nas naprawią, że wreszcie będziemy wystarczająco wartościowi, tylko dla kogo? Skupiając się tak bardzo na sobie tracimy relacje z osobami, które chcemy do siebie przekonać – a ostatecznie od zawsze musieliśmy tylko przekonać samych siebie. Zamiast skupiać się na projektowaniu konkretnego wizerunku, tworzenia obrazu siebie w oczach innych, powinniśmy się odważyć być sobą, otwierać się, pielęgnować przyjaźnie i osobę, którą jesteśmy, gdy jesteśmy wśród bliskich nam ludzi. Nie zostaliśmy stworzeni do życia samemu, jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy siebie nawzajem.




Dodaj komentarz