Tag: rozwój

  • Egoizm świętego spokoju

    Egoizm świętego spokoju

    Nie zaskoczę chyba nikogo, gdy powiem, że żyjemy w coraz bardziej zindywidualizowanym społeczeństwie (do którego popycha nas our beloved kapitalizm, ale to już inna rozmowa, a ja wiem za mało, by publikować eseje polityczne). Nadrzędnym celem młodych ludzi dookoła mnie jest znaleźć kogoś z kim nie tyle spłodzą potomstwo, ile wezmą kredyt na mieszkanie. Wszechobecne w socjalach (tak, będę je nadal winić za wszystko, bo naprawdę są winne) obrazy młodych osób odnoszących „życiowy sukces” w postaci freelancerskiej pracy, pięknych wnętrz KUPIONEGO mieszkania i miesięcznej podróży, co cztery tygodnie, stoją nam przed oczami we śnie i ością w gardle. Pokolenie naszych rodziców chciało mieć pieniądze, a my chcemy mieć czas, a ściślej mówiąc, chcemy mieć tyle pieniędzy, żeby pozwolić sobie mieć czas, bo przecież doba ma niezmiennie 24 godziny. Nie chcemy czekać do pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki, żeby się dorobić i „zacząć żyć”. Chcemy tego już teraz, a więc dążymy do tego zaoferowanym nam przez świat sposobem – produktywnością (nie mylić z ciężką pracą). W naszym pokoleniu większą niż kiedykolwiek wagę przykłada się do samorozwoju. W swoich latach dwudziestych musisz pracować i zarabiać, ale sprytnie, dużo i małym nakładem czasowym, podróżować jak najdalej i jak najczęściej, pójść na terapię i się „naprawić” do ostatniej nadszarpniętej struny, mieć pasję, a najlepiej kilka i najlepiej jakieś nietypowe i czytać, bo czytanie jest teraz hot, a no i jeszcze w międzyczasie poznać miłość swojego życia, tą z którą weźmiesz kredyt na mieszkanie i oczywiście też kupić to mieszkanie i urządzić tak, żeby przyjaciołom kapcie spadły… tylko no właśnie, kogo Ty tam zaprosisz? Bo w całej tej wyliczance zgubiliśmy przyjaźnie, zgubiliśmy wspólnotę i bycie aktywnym członkiem społeczności, w której żyjemy.

    Gdy umawiam się z moimi przyjaciółmi, żyjącymi w tym samym mieście, pada termin „za miesiąc” raz za razem. Nie jest to dla mnie żadna nowość, mam wrażenie, że żyję w tym schemacie już od dość dawna. Zawsze byłam zorganizowana, pamiętam o planach, urodzinach, potrafię zgrabnie balansować między życiem zawodowym, socjalnym i swoimi osobistymi projektami i pasjami, dlatego takie odległe terminy przyjmowałam przez długi czas, jako coś normalnego. Ale potem pomyślałam o „Przyjaciołach”, o opowieściach z młodości moich rodziców, a wreszcie o moim czasie spędzonym w Holandii, gdzie często co drugi dzień robiliśmy wspólny obiad czy wychodziliśmy na spacer i jakoś każdy z nas (pracujących na pełen etat ludzi!) znajdował na to czas. Na instagramie ten koncept nazywają „doorbell friends”, a moja koleżanka ostatnio nazwała to „kumpelą od peta”, kiedy to w liceum przychodziło się pod czyjś blok, tylko po to, żeby pół godziny pogadać, paląc przysłowiowego peta. I nie było szkoda nikomu czasu na dojazd, bo chwila z przyjacielem po prostu była taka cenna. „Bo mieliśmy więcej czasu” powiedzieliby moi przyjaciele. Ale nie wiem, czy to prawda, bo przecież już nie mamy sprawdzianów i sesji, a jeszcze nie mamy dzieci, nie mieszkamy pod miastem, większość z nas nie ma nawet psa, którego musi wyprowadzić, a jakimś cudem jesteśmy chronicznie zajęci. Nie wychodzimy z przyjaciółmi na spontaniczne spacery, bo świeci słońce, wychodzimy wtedy, kiedy mamy wpisane w kalendarz, nawet gdy pada deszcz (bo przecież miesiąc temu nie dało się przewidzieć pogody). Nie przychodzimy wypić razem herbaty, bo przyjaciółka miała ciężki tydzień. Nie dzwonimy, czasem nawet nie odpisujemy, generalnie nie pojawiamy się wtedy, kiedy nie jest to dla nas wygodne. A jak jesteśmy umówieni i nie mamy tego dnia humoru? Odwołujemy, bo przecież musimy za wszelką cenę chronić swój święty spokój. Szanujemy swoje własne „granice”, zapominając, że to przyjaciel może poprawić nam humor, że może ten telefon lub spotkanie, do którego w pierwszym momencie musimy się zmusić może zrobić nam dzień, a nawet jeśli nie, to możemy się podzielić z kimś bliskim naszym smutkiem czy gniewem.

    „Ale przecież ja nie chcę się spotykać z kimś, żeby nie było fajnie”. No jasne, nikt nie chce. Najlepiej jak jest fajnie, też mi nowość. Ale życie nie składa się tylko z przyjemnych elementów. Jeśli chcemy z kimś dzielić tylko przyjemności i oczekujemy od kogoś tylko pozytywnych emocji, to nie jest to prawdziwa przyjaźń. Przyjaciele są na dobre i na złe. Chyba trochę o tym zapomnieliśmy, karmiąc się filmikami z przygód obcych ludzi w Internecie, gdzie wszyscy wyglądają na szczęśliwych i zgodnych. Więc zamiast spędzić z kimś bliskim czas, który może nie będzie najpiękniejszy, najmilszy, może będzie trochę trudny, może będzie trochę nudny (ale może temu komuś bardzo potrzebny), wolimy poczytać książkę, oddać się swojej pasji, poscrollować instagrama, jako substytut życia społecznego, posłuchać samorozwojowego podcastu. Przecież to da mi więcej  k o r z y ś c i  niż pokazanie komuś, że jestem, kiedy ten ktoś nie czuje się najbardziej rozrywkową wersją siebie, prawda?

    Sprzedają nam tę produktywność opakowaną w piękny papier, przewiązaną wstążką – self-love, self-development, me time – i my to wszystko z radością kupujemy i ustawiamy na półkach naszej duszy, którą prezentujemy coraz mniejszej liczbie osób, bo „oni nie są tego warci”, bo chronimy „swoją energię”, bo nie chcemy, nie daj Boże, zmarnować piątkowego wieczoru na pomoc koleżance w przeprowadzce. Wybieramy skrajną produktywność, licząc że te pieniądze, ta pasja, ta terapia, ten samorozwój, ta książka i podcast nas naprawią, że wreszcie będziemy wystarczająco wartościowi, tylko dla kogo? Skupiając się tak bardzo na sobie tracimy relacje z osobami, które chcemy do siebie przekonać – a ostatecznie od zawsze musieliśmy tylko przekonać samych siebie. Zamiast skupiać się na projektowaniu konkretnego wizerunku, tworzenia obrazu siebie w oczach innych, powinniśmy się odważyć być sobą, otwierać się, pielęgnować przyjaźnie i osobę, którą jesteśmy, gdy jesteśmy wśród bliskich nam ludzi. Nie zostaliśmy stworzeni do życia samemu, jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy siebie nawzajem.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Tęsknota duszy

    Tęsknota duszy

    Zaczęło się na Alasce – to osobliwe uczucie, jakby moja dusza się rozszerzyła. Czułam je bardzo wyraźnie, ale nie miałam wtedy pojęcia, co oznacza, więc pozwoliłam mu być. Coś między tęsknotą za czymś, czego nigdy nie miałam a zakochaniem w czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale wprowadziło mnie w stan pewnego wyczulenia na znaki, których szukać było o tyle ciężko, że nie wiedziałam, jak mają wyglądać, ani do czego mają mnie doprowadzić. Więc czekałam, pielęgnując tę nową przestrzeń w sercu w nadziei, że odezwie się do mnie znowu w odpowiednim czasie.

    Tak też się stało ponad pół roku później w przypadkowy styczniowy poniedziałek. Nie zdarzyło się nic konkretnego. Obudziłam się otoczona betonem, z łoskotem tramwajów za oknem, wsiadłam do samochodu i w sznurku innych do mnie podobnych pojechałam do pracy, żeby zarobić na popołudniowe zakupy w Lidlu, żeby otoczyć się przedmiotami w domu, okryć swoje ciało materiałem z H&Mu, a później przeczytać książkę o tym, że życie jest absurdem i poczuć to spadające na moje myśli całym swoim ciężarem, wywołując ciche, ale już niemożliwe do zignorowania „nie chcę tak”.

    Ale życie, życie jest nowelą i następnego dnia w mojej rodzinie zdarzył się wypadek, który sparaliżował całe moje myślenie, a wszystkie działania sprowadził do prostego „przetrwać”. Na szczęście przetrwałam, wszyscy przetrwaliśmy i wróciłam do rutyny – samochód, praca, Lidl, mieszkanie, karmiąc się w przerwach Kafką i Camusem, słysząc znowu zakradające się do mojej świadomości „nie chcę tak”.

    Z okazji dnia kobiet i długo wyczekiwanej wiosny pojechałam z przyjaciółkami i siostrą na Maderę. Ta wulkaniczna wyspa zrobiła na mnie, na nas wszystkich zresztą, piorunujące wrażenie. Nie byłyśmy w stanie powstrzymać zachwytów, „boże patrzcie na ten widok” padało z naszych ust średnio co pięć minut, a God Is Kanye leciało na zapętleniu, jeśli nie z głośników w aucie, to z naszych gardeł. Dla mnie to było coś więcej niż długo wyczekiwane, piękne wakacje. Pomiędzy oniemiająco soczystą zielenią, jakby wyjętą rodem z powieści Marqueza, malowniczymi klifami, o które majestatycznie rozbijały się fale a czarnym piaskiem pod moimi stopami na plaży odnalazłam tę przestrzeń duszy, która stworzyła się na Alasce, a może od zawsze we mnie tkwiła uśpiona, po prostu Alaska zaczęła ją przywoływać, a Madera dokończyła dzieła.

    Czułam, że znowu oddycham w pełni i nie była to kwestia słońca (którego przed wyjazdem solidną dawkę otrzymałam w Polsce), braku obowiązków (których wcale jeszcze nie mam tak wiele) czy nawet kawy z nieodzownym pastel de nata za 2 euro (zero kontrargumentu, tego w Polsce mi bardzo brakuje). To była kwestia tego poczucia, że mogę żyć inaczej, że nie jest to nieosiągalne, że są miejsca, gdzie ludzie tak żyją – prościej, wolniej, spokojniej, bliżej natury. Wysuszony słońcem dziadek opłukujący swoje kalosze w lewadzie po zejściu z małej plantacji bananów, babuleńka w lokalnym sklepiku na końcu świata, w którym były jedynie paczki chipsów, papierosów i liczne figurki Dzieciątka Jezus, młode dziewczyny pokazujące nam drogę na migi, tłumy lokalnych mieszkańców siedzących w południe w obskurnych snack barach, gdzie możesz dostać i kawę, i wódkę – oni wszyscy byli dla mnie niemą poezją wypełniającą tę nowo odkrytą przestrzeń mojej duszy.

    W dzień powrotu czułam ogromną niezgodę. Znowu budzenie się w świecie z betonu, stanie w korku i udawanie, że pieniądze, jakaś kariera, zdrowe nawyki tzw. ogólnożyciowy sukces człowieka XXI wieku to jest to? Że to jest ten sens życia? Że do tego zostałam stworzona i przeznaczona? Każda cząstka w moim wnętrzu ulegała konwulsjom na skutek tych myśli. Chcę mieszkać w naturze, budzić się przy dźwiękach lasu, chodzić boso, mieć kury, umieć rozpoznawać drzewa i uprawiać owoce. Nie chcę żyć dla walidacji szefowej, współpracowników, słuchaczy na konferencji, nie chcę żyć dla karmienia swojego ego, gdy znajomi zazdroszczą mi mieszkania z widokiem czy kolejnej zagranicznej podróży. To wszystko jest ulotne, to wszystko jest nieprawdziwe. Ulegamy temu tak łatwo, biegniemy w wyścigu do mety, która nawet nie jest tym miejscem, które nas interesuje. I tak oto sztuka, natura, prawdziwe połączenie z drugim człowiekiem i z samym sobą stają się czymś pomiędzy, czymś co robimy w przerwie od… No właśnie od czego? Od budowania swojej osobowości z przedmiotów, z osiągnięć, z momentów, które dobrze wyglądają na zdjęciu, od tworzenia fasady człowieka, zamiast faktycznego bycia człowiekiem.

    Czuję, że coś zaczęło się we mnie łamać, w bardzo dobry sposób, ale jednocześnie przerażający. Bo co mam teraz zrobić ze swoim życiem młodej, obiecującej kobiety? Jak je prowadzić tak, żeby ta część mojej duszy przywołana przez Alaskę i Maderę znalazła na stałe ukojenie i rozwijała się, zamiast pozostawać w ukryciu? Konwencjonalne życie odpada, ale nie chcę robić zwrotu o 180 stopni i dołączać do hipisowskiej komuny odrzucającej wszelki dobrobyt, zdobycze współczesnej medycyny i ogólne zasady funkcjonowania w społeczeństwie, jak Chris w Into the wild. Nie chcę też zostawać cyfrowym nomadem, bo w tej tęsknocie nie chodzi o bycie w wiecznej podróży, a poza tym za bardzo lubię być blisko domu i pielęgnować swoje małe rutyny, żeby zdecydować się na taki sposób życia. Zniknięcie z instagrama na jakiś czas i poświęcenie więcej czasu na sztukę i literaturę trochę pomogło, ale to było bardziej jak naklejenie plastra, gdy rana wymaga szycia. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, nie mam odpowiedzi, ale mam już bardzo konkretne pytanie, którym mogę oświetlać sobie drogę.

    Widzę też ten trend w naszym pokoleniu, w rozwijającej się branży surf&yoga retreats, w najnowszej modzie na powrót do analogowych rozrywek, na czytanie książek, na detoks od social mediów i zmianę iphone’a na flip phone. Chcemy żyć wolniej, nauczyć się być tu i teraz, doświadczać życia zamiast jego fasady, ale tak bardziej na wakacje, bardziej w przerwie od normalności, bardziej jako ciekawy eksperyment, bo chyba nikt do końca nie wie, jak to zrobić tak naprawdę. Mam wrażenie, że wszyscy trochę boimy się odrzucić komfort i ciężar życia, do jakiego się przezwyczailiśmy, bo jest on łatwiejszy niż stanięcie przed pytaniem „co teraz?”. I nie mogę nikogo winić, bo ja też się go boję, ale jednocześnie nie potrafię dłużej ignorować, tego przeczucia, że ta tęsknota to coś ważnego, coś dobrego, coś co mnie poprowadzi do życia, jakiego pragnę.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Redefinicja bycia cool

    Redefinicja bycia cool

    W czasach liceum i studiów nigdy nie nazwałabym siebie cool osobą. W moim słowniku cool ludzie to byli pozerzy, którzy mieli „kopiuj-wklej” osobowości, vansy na stopach i chodzili na domówki co sobotę. Zawsze opierałam się przed byciem taką jak wszyscy, zawsze chciałam być oryginalna, więc oceniająco patrzyłam na wszystkich posiadających w moim mniemaniu łatkę cool osoby. Jednocześnie romansowałam z ideą bycia cool – spotykałam się z chłopakami, którzy byli skaterami, stonerami lub tymi z zamiłowaniem do markowych ubrań i podobało mi się to, ale nadal uparcie powtarzałam, że ja nie jestem i nie chcę być cool. Czułam, że bycie cool jest nieautentyczne i wiąże się z bardzo zdystansowanym podejściem do emocji, ludzi i świata, a dla mnie udawanie takiego poziomu nonszalancji to za duża presja.

    Jednak gdzieś w przeciągu ostatnich 2 lat, nie wiem do końca kiedy, ani dlaczego, moja definicja bycia cool całkowicie się zmieniła. Zaczęłam używać tego określenia w pozytywnej konotacji, a nawet w odniesieniu do siebie samej. Zaczęłam być cool. Przestało chodzić o to, co robisz, co nosisz i co lubisz, a zaczęło o to JAK i DLACZEGO to robisz.

    Zrozumiałam, że w byciu cool nigdy nie chodziło o bycie kimś ze z góry określoną osobowością, tylko o poznanie i zdefiniowanie samej siebie. Można być cool na 10000 różnych sposobów i nasze gusta nie zamykają nam do tego drogi, bardziej chodzi o to żeby ten gust mieć, swój własny i żeby poruszać się po życiu ze świadomością kim jesteśmy, bo to jest właśnie całe sedno bycia cool.

    No dobra brzmi fajnie, ale co to tak właściwie znaczy? Czy ty jesteś cool? Pewnie jesteś, bo czytasz bloga w 2026, to robią tylko cool ludzie. Ale zróbmy małą check-listę.

    Cechy charakterystyczne cool osoby (według mnie oczywiście):

    • Główną rzeczą jest posiadanie pasji. Nieważne jakiej pasji, ważne żeby mieć coś, co sprawia, że nasze serce płonie, a oczy błyszczą i co jest w jakikolwiek sposób procesem tworzenia, a nie konsumpcji. (Tworzenia niekoniecznie rzeczy materialnych, mogą to być też rzeczy konceptualne, jak przemyślenia na temat filmów u kinomaniaka) Może to być wszystko od malowania przez czytanie na składaniu modeli lego skończywszy, ważne żebyście kochali to tak bardzo, że robicie to nawet, gdy nie macie z tego żadnych korzyści i żadnego uznania społeczeństwa. Innymi słowy – to co byście robili nawet jak nikomu tego byście nie mogli pokazać? Dla mnie są to dwie rzeczy: fotografia i pisanie.
    • Ciekawość świata – to moim zdaniem cecha, która niestety coraz bardziej zanika przez konformizm, jaki nas otacza. Trzeba włożyć więcej energii niż kiedyś, by oprzeć się łatwym dawkom dopaminy z telefonu czy telewizji, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu i żeby podjąć próbę odkrycia nowych dla siebie rzeczy. „Wszystkiego w życiu możesz się nauczyć, tylko nie ciekawości” jest prawdą – niektórzy cechują się większą ciekawością świata, inni mniejszą, ale niezależnie od tego kto, w której grupie się znajduje, ciekawość można i trzeba podsycać, bo łatwo, szczególnie w dorosłości, ją stracić w monotonii pracy i codzienności. A jak to robić? Sposobów jest wiele – czytanie (ze zrozumieniem!), podróżowanie w sposób autentyczny a nie turystyczny (nie dla powtórzenia cudzych doświadczeń, zdjęć i rolki z instagrama tylko dla zdobycia nowych, czasem trudnych, czasem nieładnych, czasem niespodziewanych, ale swoich własnych doświadczeń). Ważne jest też podejmowanie nowych wyzwań, zgłębianie nowych tematów, poznawanie nowych ludzi – generalnie wszystko, co jest nowe i będzie wyjściem ze strefy komfortu zostanie docenione przez nasz układ nerwowy (percepcja czasu zmienia się z wiekiem, „czas przyspiesza”, bo nasz mózg dostaje coraz mniej nowych bodźców, wychodzenie ze strefy komfortu „wydłuża” nasz czas). Ostatnio praktykuje używanie frazy do it for the plot nie w odniesieniu do przespania się z ex czy poderwaniem typa w klubie, jak to widzimy w sm, tylko w odniesieniu do przeczytania książki o czarnych dziurach, pójścia na nowe zajęcia sportowe czy spontanicznego wyjścia na wystawę w galerii sztuki. Wszystkie te rzeczy wiążą się z jakimś wysiłkiem na początku (mózg też jest leniwy, więc nie chce „marnować” energii), ale gdy już się postanowi, to każde kolejne takie działanie przychodzi coraz łatwiej i ani się obejrzymy, a zbieramy wiele cennych doświadczeń.
    • Uważność  – można robić wszystko i nie wynosić z tego nic, jeśli nie robimy tego w sposób uważny, a po akcie działania nie następuje akt myślenia. Co komu po tym, że ponurkuje w Morzu Czerwonym, przeczyta książkę Olgi Tokarczuk albo obejrzy wszystkie oscarowe filmy z danego roku, jeśli nie nastąpi po tym introspekcja na temat danego wydarzenia czy przyjętej treści? ( introspekcja – proces wglądu w siebie, polegający na obserwacji i analizie własnych myśli, uczuć, potrzeb, decyzji i stanów psychicznych, mający na celu samopoznanie i zrozumienie własnej psychiki; jedno z moich ulubionych słów ostatnio) Lepiej zrobić mniej, a uważniej.
    • Czymś po czym można czasem poznać cool ludzi na pierwszy rzut oka jest fizyczna autoekspresja, czyli wyrażanie siebie przez styl. Nieważne jaki styl, byle autentycznie wyrażał twórcę. Dla mnie to, że ktoś posiada spójny styl – czy to ubierania się, czy to wnętrza swojego mieszkania, czy nawet biurka w pracy – oznacza, że ta osoba zna siebie i wie co chce wyrazić. Jest wiele stylów, które do mnie nie przemawiają i mi się nie podobają, ale nadal doceniam, że ludzie wiedzą, co chcą przekazać i przede wszystkim mają odwagę to przekazać.
    • Elementem zbliżonym do stylu jest gust– nieważne jaki jest, ważne żeby był autentyczny i spójny (nie musi być wąski, ale żeby dana osoba potrafiła uargumentować dlaczego coś lubi). Oczywiście gust jest rzeczą zmienną, ale nie jest gustem jeśli zmienia się razem ze wszystkim, co modne i mainstreamowe. Ja szczególnie zwracam uwagę na gust muzyczny, bo muzyka jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu i ciężko mi nawiązać relacje z muzycznymi ignorantami, bądź chorągiewami. Możesz słuchać Taylor Swift albo renesansowej muzyki barokowej, ale niech to wypływa z gustu a nie mody. Jest też oczywiście gust filmowy/książkowy, gust co do jedzenia (smak), do sztuki (estetyka), do sposobów spędzania czasu, do ludzi itd. Gdy ktoś zna swój gust, ale jednocześnie jest skłonny do próbowania nowych rzeczy – to jest najbardziej cool typ osoby.
    • Niezależność – ludzie, którzy są cool nie czekają aż życie się im przydarzy, tylko sami tworzą sobie życie, jakiego pragną. Nie mówią „chcę podróżować, ale nie mam z kim” tylko „lecę sam/a, może kogoś poznam na miejscu”. Biorą życie w swoje własne ręce i nie czekają aż pojawi się przyjaciółka, chłopak czy ktoś, kto zorganizuje ich życie za nich. To jest często przerażające. Łatwiej jest iść za tłumem, łatwiej jest, gdy ktoś podejmie za nas decyzje – chcemy wiedzieć co robić, gdzie wyjechać, co jeść, gdzie jeść, jak ćwiczyć, jak uprawiać seks, jak kochać, do czego tańczyć, do czego płakać – i szukamy odpowiedzi często u innych ludzi, a to są odpowiedzi, które wcale nie są nasze. Postawienie na siebie i słuchanie swojego głosu jest często trudne, szczególnie gdy jest on zagłuszony przez wszystkich dookoła i wydaje nam się, że wcale nie istnieje. Ale cudze drogi nie doprowadzą nas do naszych celów. Chcesz iść do kina, chcesz jechać na tę wycieczkę, chcesz nauczyć się surfować, grać na trąbce, szydełkować czy co tam jeszcze? Nie używaj „ale nie mam z kim” jako wymówki do odkładania na swoich marzeń na później, naucz się być sam/a ze sobą i kochać swoje własne towarzystwo.
    • Posiadanie wysoko rozwiniętych umiejętności interpersonalnych. Co obejmuje zarówno umiejętność dogadania się z różnymi typami ludzi (np. w pracy czy w podróży) jak i umiejętność budowania szczerych i stabilnych relacji, a także umiejętność nawiązywania nowych.
    • Zaradność i elastyczność – cool ludzie nie panikują, gdy plan się sypie, gdy coś się psuje, gdy życie się zmienia tylko dostosowują się do nowej sytuacji, naprawiają, co może być naprawione, zmieniają, co lepiej zmienić.
    • Oczywiście nie zapominajmy o dobroci i życzliwości, bo jak ktoś tego nie ma to na pewno nie może być cool i nawet chyba nie ma potrzeby tego tłumaczyć.
    • Pewność siebie – to cecha, którą najczęściej wymienialiście, gdy pytałam Was „co sprawia, że ktoś jest cool”. Znam wiele osób, które z pozoru wydają się pewne siebie, a tak naprawdę jest to tylko sytuacyjna pewność siebie (np. na studiach, bo dostaje się piątki z łatwością albo na imprezach, bo ktoś jest bardzo uzdolnioną społecznie osobą albo na zdjęciach, bo ktoś jest pewien swojego wyglądu), a nie ta autentyczna wynikająca z wewnętrznej akceptacji i zdrowego poczucia własnej wartości. Ta druga jest rzadka, bo zwykle wymaga wiele stałej pracy nad sobą, której uczymy się dopiero w dorosłym życiu. Jednak im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej skupiamy się na porównywaniu z innymi, ocenianiu ich, tłumaczeniu się ze swoich wyborów i działań, a bardziej na lepszym przeżywaniu swojego własnego życia. Jesteśmy bardziej połączeni sami ze sobą i dzięki temu podejmujemy lepsze decyzje. Pogrzebujemy chęć udowadniania komuś czegoś lub zaimponowania innym ludziom. Robimy to, co naprawdę chcemy zrobić i nie przejmujemy się tym, co pomyślą inni ludzie. Możemy głośno śpiewać na koncercie, tańczyć na środku parkietu, ubrać kolorowe kowbojki, zostać w domu, gdy wszyscy wychodzą w piątkowy wieczór, odejść od znajomych, którzy nas nie doceniali, zmienić pracę, wyprowadzić się – pewność siebie otwiera tak wiele nowych drzwi!
      Ale nie należy mylić pewności siebie z pychą, bo granica może być na pozór cienka. Pewna siebie osoba nie jest przekonana, że zawsze ma rację lub że jej wybory są najlepsze i jedyne słuszne, ale raczej wierzy w swoją zdolność, żeby dojść do właściwej dla siebie odpowiedzi (czasem przez przyjęcie czyjejś rady i zmianę perspektywy).
    • Kluczowym elementem, bez którego żadna z powyższych rzeczy nie ma znaczenia jest autentyczność. Cool ludzie nie robią rzeczy, żeby być cool w oczach innych lub nawet w swoich własnych. Bycie cool zakłada wyzbycie się performatywności i robienie wszystkiego dla siebie i z autentycznego miejsca w swoim sercu. Nie jest to łatwe, szczególnie w dobie social mediów, bo granica między performatywnością a autoekspresją jest cienka i zwykle trzeba uważnie się przyglądać swoim motywom, ale performatywność nie przybliży was do samych siebie, a autoekspresja tak.

    Kilka specyficznych, losowych rzeczy, które są dla mnie niesamowicie cool: bycie offline (szczególnie będąc z ludźmi), bycie dobrym kierowcą, jak ktoś umie naprawiać rzeczy w domu, robienie albo dekorowanie własnych mebli, posiadanie własnych, małych tradycji (np. kupowanie sobie kwiatów na dzień kobiet), podróżowanie samemu, czytanie gazet (w formie papierowej!), gotowanie, gdy ktoś robi solo dates, szycie własnych ubrań.

    I co? Jesteście cool?

  • Nie spodziewaj się

    Nie spodziewaj się

    Spontaniczność. To coś z czym zawsze miałam problem. Ci z Was, którzy słabiej mnie znają mogą się zdziwić, bo z pozoru wydaję się bardzo spontaniczna – często podróżuję, czasem wyjeżdżam nagle, znajduję się w, z pozoru, niespodziewanych sytuacjach z niespodziewanym towarzystwem, czasem na imprezie, czasem w pociągu do Krakowa. Ale znaczna większość wszystkich tych wydarzeń jest poprzedzona rozległym planem w mojej głowie, którym często się z nikim nie dzielę, żeby „wyszło naturalnie”.  Moje „filmowe” spojrzenie na życie sprawia, że wiele zdarzeń jest wyreżyserowanych i ja jestem reżyserem. I ma to swoje dobre strony – scenariusz jest dobrą ramą, chęć dobrym motorem napędowym, ale czasem bywa też ogromną wadą. Bo ja chcę wypić kawę z tej kawiarni dokładnie w tym paryskim parku i zagryźć dokładnie tym makaronikiem, a więc ciągnę moich przyjaciół wzdłuż Sekwany, a oni zatrzymują się pod Notre Dame, żeby zrobić zdjęcia. I zanim docieramy do parku nikt już nie ma ani kawy, ani makaronika, a mnie przepełnia bezbrzeżne rozczarowanie. Stale muszę się mierzyć z rozczarowaniem, na które sama się skazuje, przygotowując idealną wizję w swojej głowie – bo ja chcę popływać właśnie na tej plaży, bo ja chcę, żeby ta nowa relacja w moim życiu potoczyła się w określony sposób, bo ja chcę, żeby spodobało mi się w Holandii, bo ja…

    Zawsze mam plan. Nie było w moim życiu momentu, w którym nie miałam bliższego lub dalszego (a szczególnie dalszego) planu na to, co chcę zrobić i jak to coś ma wyglądać. Spontaniczny roadtrip? Tak, ale musimy wrócić między 5 a 7 sierpnia i po drodze zahaczyć o 5 różnych miejsc. Obsesja kontroli, powiecie? Obsesja kontroli, powodowana brakiem poczucia stabilności w dzieciństwie? Tak, wiem, odrobiłam zadania domowe z terapii. I chociaż jestem tego świadoma, chociaż jest lepiej, chociaż jestem bardziej elastyczna, mniej planuje, mniej się skupiam na przyszłości i pozwalam sobie na niewiedzę, to nadal często ciężko mi odpuścić.  I ostatnio złapałam się na czymś, co bardzo łatwo byłoby przeoczyć i co myślę, że wiele ludzi może przeoczyć w codziennym życiu.

    Klasyczny plan, wpajany mi, wpajany nam wszystkim od dziecka – studia, praca, małżeństwo, dzieci, dom. W moich nastoletnich planach, w wieku 24 lat miałam brać ślub, 25 lat – być w ciąży i do 30stki (bo tak najzdrowiej) urodzić 3 lub 4 dzieci. Nie jestem ani trochę bliska spełnienia tych planów, a dotrzymanie ich ram czasowych już zdecydowanie przeminęło. I w tym momencie, nawet gdybym mogła, nie chciałabym ich dotrzymać. A jednak, zauważyłam, że żyję wśród duchów swoich planów. Ustatkowałam się sama ze sobą. Stworzyłam sobie życie, w którym jestem szczęśliwa, ale jednocześnie zbudowałam sobie klatkę. Wygodną, miłą i przyjemną, ale jednak klatkę. A klatka ma to do siebie, że ogranicza wzrost osobnika się w niej znajdującego.

    „Teraz przez 4 lata na pewno siedzę na miejscu, chcę trochę stabilności” mówiłam wszystkim bliskim, gdy zaczynałam doktorat. W trakcie niespodziewanej rozmowy zrozumiałam, że uwięziłam samą siebie w fazie plateau rozwoju – popracowałam nad sobą, zdobyłam doświadczenia, stworzyłam sobie szczęście – ale tylko na tyle, by móc odpocząć, by móc komfortowo się rozłożyć na szczycie i powiedzieć „już to mam, to jest to”. Ale życie tak nie działa. Szczęście nie jest stanem danym nam raz na zawsze. Te same czynniki, które cieszą nas teraz, mogą nie dać nam szczęścia za kilka miesięcy. Jasne, warto stanąć na szczycie i cieszyć się widokiem, na który się zapracowało, ale po jakimś czasie i tam wieje wiatr, i tam zachodzi słońce. Po jakimś czasie trzeba znaleźć nowy szczyt i spróbować go zdobyć. W moim planie na najbliższe lata nie było kolejnego stażu za granicą, nie było przeprowadzki, nie było innych zmian, których pewnie nawet się nie spodziewam. Ale w planie nie było też zakochania się w Alasce, nie było założenia bloga, nie było fotografii analogowej i nie było tego, że w wieku 25 lat pokocham się wystarczająco, żeby wieczorami nie karmić się fantazją o tym, jak pokocha mnie ktoś inny…

    Myślę, że tak często wmawiane nam jest, że czas na rozwój się kończy. Studia są określane, jako złoty okres, kiedy uczymy się najwięcej, rozwijamy się najbardziej, stajemy się tym, kim będziemy w tym życiu. A to nieprawda. Rozwój nie ma ram czasowych, a inspiracja czeka na nas w najmniej spodziewanych miejscach. A może nawet nie czeka? Może powstaje dopiero, gdy damy jej szansę?

    Ten tekst piszę dlatego, że porozmawiałam z osobą, z którą nie myślałam, że jeszcze będę rozmawiać. I dlatego,  że na wykładzie, na którym zamierzałam czytać książkę pod ławką, spijałam z ust każde słowo prowadzącej. Najlepsze rzeczy w życiu są nieplanowane. I ja wiem, że to brzmi banalnie, ale wydaje mi się, że mimo znajomości tej formułki niewiele ludzi jest naprawdę otwartych na to, co może się stać. Myślimy, że znamy samych siebie, myślimy, że wiemy, co nas uszczęśliwi. Jak często docieramy tam i nie jesteśmy wcale bardziej szczęśliwi niż wtedy, gdy obraliśmy cel? Jak wiele cudownych rzeczy po drodze omijamy?

    Moi znajomi po tym samym wykładzie, po którym ja piszę ten tekst, powiedzieli, że nic z niego nie wynieśli. Oczywiście nie wszystkich inspiruje to samo, dlatego mamy tak rozmaite formy sztuki. Ale pomyślałam w tamtym momencie, jak łatwo ja mogłam przeoczyć coś inspirującego.  Jest coś naiwnego, coś bezbronnego w romantycznym podejściu do życia. I uwielbiam ten stan, kiedy w moim ciele nie ma grama cynizmu, ale jest to trudne do osiągnięcia. Wymaga wrażliwości, otwartości i szczerości. I to wszystko naraża nas na zranienie. Odsłaniamy się i nie wiemy, czy nie zaboli. Ale jeśli się nie odsłonimy, nie połączymy się naprawdę z drugą osobą. I nie odbierzemy w pełni tego, co może nam przekazać. A to jest najprawdopodobniej najpiękniejsza część bycia człowiekiem.

    I wiem, że byłam o milimetry, żeby to przegapić. Chwilę wcześniej usiłowałam znaleźć połączenie gdzieś, gdzie go nie było. Usiłowałam poczuć coś, czego nie czułam, bo „byłoby dobrze, gdyby…”. Myślę, że mogłabym wiele stracić, gdybym została dłużej w tym miejscu. I myślę, że właśnie to jest to, co stanowi klatkę, dla wielu osób. Szukając magii, tam gdzie jej nie ma, przestajemy w nią wierzyć, zamiast po prostu zmienić miejsce poszukiwań. Łatwiej uwierzyć, że miłość (w jakiejkolwiek formie) nie istnieje niż myśleć, że jest niedostępna właśnie dla nas. Cynizm – gruba skorupa ochronna, ale w końcu klatka też chroni, prawda?

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *