Tag: sztuka

  • Tęsknota duszy

    Tęsknota duszy

    Zaczęło się na Alasce – to osobliwe uczucie, jakby moja dusza się rozszerzyła. Czułam je bardzo wyraźnie, ale nie miałam wtedy pojęcia, co oznacza, więc pozwoliłam mu być. Coś między tęsknotą za czymś, czego nigdy nie miałam a zakochaniem w czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale wprowadziło mnie w stan pewnego wyczulenia na znaki, których szukać było o tyle ciężko, że nie wiedziałam, jak mają wyglądać, ani do czego mają mnie doprowadzić. Więc czekałam, pielęgnując tę nową przestrzeń w sercu w nadziei, że odezwie się do mnie znowu w odpowiednim czasie.

    Tak też się stało ponad pół roku później w przypadkowy styczniowy poniedziałek. Nie zdarzyło się nic konkretnego. Obudziłam się otoczona betonem, z łoskotem tramwajów za oknem, wsiadłam do samochodu i w sznurku innych do mnie podobnych pojechałam do pracy, żeby zarobić na popołudniowe zakupy w Lidlu, żeby otoczyć się przedmiotami w domu, okryć swoje ciało materiałem z H&Mu, a później przeczytać książkę o tym, że życie jest absurdem i poczuć to spadające na moje myśli całym swoim ciężarem, wywołując ciche, ale już niemożliwe do zignorowania „nie chcę tak”.

    Ale życie, życie jest nowelą i następnego dnia w mojej rodzinie zdarzył się wypadek, który sparaliżował całe moje myślenie, a wszystkie działania sprowadził do prostego „przetrwać”. Na szczęście przetrwałam, wszyscy przetrwaliśmy i wróciłam do rutyny – samochód, praca, Lidl, mieszkanie, karmiąc się w przerwach Kafką i Camusem, słysząc znowu zakradające się do mojej świadomości „nie chcę tak”.

    Z okazji dnia kobiet i długo wyczekiwanej wiosny pojechałam z przyjaciółkami i siostrą na Maderę. Ta wulkaniczna wyspa zrobiła na mnie, na nas wszystkich zresztą, piorunujące wrażenie. Nie byłyśmy w stanie powstrzymać zachwytów, „boże patrzcie na ten widok” padało z naszych ust średnio co pięć minut, a God Is Kanye leciało na zapętleniu, jeśli nie z głośników w aucie, to z naszych gardeł. Dla mnie to było coś więcej niż długo wyczekiwane, piękne wakacje. Pomiędzy oniemiająco soczystą zielenią, jakby wyjętą rodem z powieści Marqueza, malowniczymi klifami, o które majestatycznie rozbijały się fale a czarnym piaskiem pod moimi stopami na plaży odnalazłam tę przestrzeń duszy, która stworzyła się na Alasce, a może od zawsze we mnie tkwiła uśpiona, po prostu Alaska zaczęła ją przywoływać, a Madera dokończyła dzieła.

    Czułam, że znowu oddycham w pełni i nie była to kwestia słońca (którego przed wyjazdem solidną dawkę otrzymałam w Polsce), braku obowiązków (których wcale jeszcze nie mam tak wiele) czy nawet kawy z nieodzownym pastel de nata za 2 euro (zero kontrargumentu, tego w Polsce mi bardzo brakuje). To była kwestia tego poczucia, że mogę żyć inaczej, że nie jest to nieosiągalne, że są miejsca, gdzie ludzie tak żyją – prościej, wolniej, spokojniej, bliżej natury. Wysuszony słońcem dziadek opłukujący swoje kalosze w lewadzie po zejściu z małej plantacji bananów, babuleńka w lokalnym sklepiku na końcu świata, w którym były jedynie paczki chipsów, papierosów i liczne figurki Dzieciątka Jezus, młode dziewczyny pokazujące nam drogę na migi, tłumy lokalnych mieszkańców siedzących w południe w obskurnych snack barach, gdzie możesz dostać i kawę, i wódkę – oni wszyscy byli dla mnie niemą poezją wypełniającą tę nowo odkrytą przestrzeń mojej duszy.

    W dzień powrotu czułam ogromną niezgodę. Znowu budzenie się w świecie z betonu, stanie w korku i udawanie, że pieniądze, jakaś kariera, zdrowe nawyki tzw. ogólnożyciowy sukces człowieka XXI wieku to jest to? Że to jest ten sens życia? Że do tego zostałam stworzona i przeznaczona? Każda cząstka w moim wnętrzu ulegała konwulsjom na skutek tych myśli. Chcę mieszkać w naturze, budzić się przy dźwiękach lasu, chodzić boso, mieć kury, umieć rozpoznawać drzewa i uprawiać owoce. Nie chcę żyć dla walidacji szefowej, współpracowników, słuchaczy na konferencji, nie chcę żyć dla karmienia swojego ego, gdy znajomi zazdroszczą mi mieszkania z widokiem czy kolejnej zagranicznej podróży. To wszystko jest ulotne, to wszystko jest nieprawdziwe. Ulegamy temu tak łatwo, biegniemy w wyścigu do mety, która nawet nie jest tym miejscem, które nas interesuje. I tak oto sztuka, natura, prawdziwe połączenie z drugim człowiekiem i z samym sobą stają się czymś pomiędzy, czymś co robimy w przerwie od… No właśnie od czego? Od budowania swojej osobowości z przedmiotów, z osiągnięć, z momentów, które dobrze wyglądają na zdjęciu, od tworzenia fasady człowieka, zamiast faktycznego bycia człowiekiem.

    Czuję, że coś zaczęło się we mnie łamać, w bardzo dobry sposób, ale jednocześnie przerażający. Bo co mam teraz zrobić ze swoim życiem młodej, obiecującej kobiety? Jak je prowadzić tak, żeby ta część mojej duszy przywołana przez Alaskę i Maderę znalazła na stałe ukojenie i rozwijała się, zamiast pozostawać w ukryciu? Konwencjonalne życie odpada, ale nie chcę robić zwrotu o 180 stopni i dołączać do hipisowskiej komuny odrzucającej wszelki dobrobyt, zdobycze współczesnej medycyny i ogólne zasady funkcjonowania w społeczeństwie, jak Chris w Into the wild. Nie chcę też zostawać cyfrowym nomadem, bo w tej tęsknocie nie chodzi o bycie w wiecznej podróży, a poza tym za bardzo lubię być blisko domu i pielęgnować swoje małe rutyny, żeby zdecydować się na taki sposób życia. Zniknięcie z instagrama na jakiś czas i poświęcenie więcej czasu na sztukę i literaturę trochę pomogło, ale to było bardziej jak naklejenie plastra, gdy rana wymaga szycia. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, nie mam odpowiedzi, ale mam już bardzo konkretne pytanie, którym mogę oświetlać sobie drogę.

    Widzę też ten trend w naszym pokoleniu, w rozwijającej się branży surf&yoga retreats, w najnowszej modzie na powrót do analogowych rozrywek, na czytanie książek, na detoks od social mediów i zmianę iphone’a na flip phone. Chcemy żyć wolniej, nauczyć się być tu i teraz, doświadczać życia zamiast jego fasady, ale tak bardziej na wakacje, bardziej w przerwie od normalności, bardziej jako ciekawy eksperyment, bo chyba nikt do końca nie wie, jak to zrobić tak naprawdę. Mam wrażenie, że wszyscy trochę boimy się odrzucić komfort i ciężar życia, do jakiego się przezwyczailiśmy, bo jest on łatwiejszy niż stanięcie przed pytaniem „co teraz?”. I nie mogę nikogo winić, bo ja też się go boję, ale jednocześnie nie potrafię dłużej ignorować, tego przeczucia, że ta tęsknota to coś ważnego, coś dobrego, coś co mnie poprowadzi do życia, jakiego pragnę.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *