Tag: uczucia

  • W poszukiwaniu Alaski

    W poszukiwaniu Alaski

    Siedziałam na nocnym rejsie po rzece Hudson i oglądałam brzeg magicznego Nowego Jorku. Byłam zachwycona złotymi światłami otulającymi miasto i delikatną bryzą na moich nagich ramionach, a mimo wszystko, nie czułam Tego. Grupka nastoletnich dziewczyn koło mnie robiła mnóstwo zdjęć z flashem. „Może to mi zaburza wczucie się?” pomyślałam i przeszłam na drugą stronę pokładu, gdzie było spokojniej, a dla zintensyfikowania klimatu wsadziłam słuchawki do uszu i włączyłam piosenkę „Manhattan” Kings of Leon, a potem Cat Power o tym samym tytule. Ta druga, piosenka otwierająca film Materialiści, idealnie wkomponowywała się w moment, w którym się właśnie znajdowałam. Słuchając jej przed wyjazdem myślałam, jak cudownie będzie oglądać to miasto, słuchając jej. A więc słuchałam, zatapiałam spojrzenie w rozświetlonym brzegu, a jednak nie działo się nic. Może to straciłam? Może już taka nie jestem? Przed wyjazdem przeżyłam kilka trudnych momentów, z których pomogła mi się oswobodzić moja cudowna rodzina, ale może…może nie do końca mi przeszło? Może pozostałości kumulacji tamtych przykrych emocji, powstrzymują mnie przed poczuciem Tego. Myślałam i myślałam, kiedy ostatnio To czułam. Skończył się rejs, skończył się dzień, wsiedliśmy do samolotu, wylecieliśmy z miasta Empire State Building, a ja nadal nie mogłam sobie przypomnieć. W Holandii? Chyba nie. Podczas codziennych spacerów po Malcie? Nie, też nie. Poprzedniego lata na pewno nie… Nie mogłam znaleźć żadnego wspomnienia z ostatniego roku, które przyniosłoby mi odpowiedź. „W sumie bardzo się zmieniłam w ciągu tego roku, może To też zniknęło, jako wypadkowa zmian” myślałam. Wiedziałam jedno – na siłę się nie uda. Próbując uchwycić uczucie, odbierasz mu magię. Oczekując go, sprawiasz, że nie nadejdzie. Uczucie to płochliwy bezdomny kot, a nie wytresowany owczarek niemiecki. Odpuściłam więc, z bólem godząc się z tym, że ta podróż może się odbyć bez Tego.

    Polecieliśmy na Alaskę. Jak to się w ogóle stało? Jakiś rok wcześniej tata powiedział, że jego znajomy był na Alasce i zdecydował, że nie równa się to z niczym, co widział. Alaska nie była nigdy na mojej liście, zimna i odległa, nie wydawała się stanowić dobrego celu podróży dla miłośniczki upalnego lata, jaką byłam. Ale w myślach taty, pomysł ten zagnieździł się na dobre, a gdy z siostrą zaczęłyśmy czytać i planować, też się w nim zakochałyśmy. Lodowce na wyciągnięcie ręki? Misie brunatne łowiące łososie? Wielkie przestrzenie wypełnione polami kwiatów? Wydry, orki, wieloryby, łosie? Wszystko to brzmiało jak bajka. A rzeczywistość okazała się jeszcze lepsza.

    Na początku oniemiała mnie zieleń Alaski. Ta zieleń była najbardziej intensywnym kolorem, jaki widziałam w życiu. Gdy zamykałam oczy, zostawała pod powiekami. Nie mogłam oderwać wzroku od okna podczas pierwszej jazdy samochodem. Następnego dnia rejs. Wszystkie obiecane zwierzęta, cudownie błękitne lodowce i ogrom fiordów otaczających zatokę Alaskańską. Później wyprawa po górach i długie rozmowy z moją siostrą. Było cudownie, byłam taka szczęśliwa, czułam, że piękno tego miejsca przelewa się przeze mnie, jednocześnie mnie napełniając. Alaska, której nigdy nie planowałam, której początkowo nawet nie chciałam, okazała się spełnieniem marzenia, które nie wiedziałam, że mam. Dzień w Parku Narodowym Katmai, który cechuje się największym zagęszczeniem występowania niedźwiedzi brunatnych, wypełnił moje serce dziecięcą radością. Czułam się, jak reporter National Geographic, którym przez wiele lat chciałam zostać, gdy byłam mała. W najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że zobaczę misie łowiące łososie na wodospadzie, ani że będę lecieć awionetką, ani oglądać łosie z helikoptera, ani chodzić po lodowcu. To wszystko było przecudną bajką, nigdy nie czułam się tak po brzegi wypełniona szczęściem, jak tam. Coś w prostocie tego miejsca, tego życia, uwalniało moje schematy myślenia. Wizja, że można prościej, można bardziej w zgodzie z naturą była porywająca. Przestrzeń powstająca w mojej głowie, sprawiała, że mogłam oddychać głębiej. Pozwalała na doświadczenie tak wielu niesamowitych emocji. Kompletnie zapomniałam, że nadal nie poczułam Tego. Gdybym sobie o tym przypomniała, pewnie nie poświęciłabym tej obserwacji więcej, niż jednej sekundy. Było tyle pięknych emocji, które mnie wypełniały, nie warto było koncentrować się na braku.

    Usiłując zwalczyć jet lag zabrałam się za lekturę wciągającego kryminału (żeby nad nim nie zasnąć). Chciałam zobaczyć alaskańską noc. Czy w ogóle jest noc? Kładłam się spać, gdy było jasno i budziłam się, gdy było jasno, nie wiedziałam jak ciemna jest tu noc o tej porze roku, a moje wewnętrzne dziecko aspirujące do posady w National Geographic, bardzo chciało to odkryć. W pewnym momencie podniosłam wzrok znad książki i otuliło mnie czerwone światło zachodu odbijające się od gór nad zatoką w Homer. Wybiegłam na dwór, jak oparzona. Feeria barw, która tańczyła po górskich szczytach i wiszących nad nimi chmurach sprawiła, że napłynęły mi łzy do oczu. Próbowałam obudzić siostrę, która tylko przekręciła się na drugi bok. Chwyciłam analoga, zrobiłam wiele zdjęć, a potem siedziałam i chłonęłam i płakałam i pozwoliłam, by mnie to porwało. I wtedy poczułam To, poczułam To jak nigdy wcześniej, okraszone wieloma innymi cudownymi emocjami – poczucie, że życie jest wielkie. To moje ulubione zdanie, to moje ulubione uczucie. Życie jest wielkie – wypełnione ogromem szczęścia, ogromem cierpienia i wszystkim co pomiędzy. Miłość, przyjaźń, rozmowy, gwiazdy, trudności, płacz, księżyc, lęki, uśmiechy, objęcia,dom, praca, sukcesy, porażki, sztuka, muzyka, miejsca, ludzie, wybory, drogi, wszystko, wszystko, cała masa doświadczeń i wspomnień przepływa przeze mnie w tym momencie, który wydaje się być doświadczeniem co najmniej religijnym. Może to moja nirwana? Nieważne, nie musi mieć nazwy, nie musi być dzielone z innymi ludźmi, nie musi być wyjaśnione. Jest moje i nigdy nie czułam go tak bardzo, jak tam na Alasce.

    Znalazłam To i wiele innych uczuć, dla których słowa jeszcze we mnie dojrzewają. Uczuć, których nie szukałam, których się nie spodziewałam, które nie wiedziałam, że istnieją. Minął miesiąc od tego zachodu, a ja mam wrażenie, że moje serce nadal jest oblane jakimś nowym rodzajem szczęścia. Coś we mnie się zmieniło. Czuję że  na Alasce moja dusza rozszerzyła się, jakby dopasowując się do przestrzeni, do wolności, jakiej tam doświadczyłam. Powrót – upchnięcie duszy między ciasno upakowane bloki naszego świata, przestrzeń, w której nagle się nie mieszczę. Odczuwam jakiś nowy rodzaj tęsknoty i chociaż trochę boli, jest to cudowne doświadczenie. Sprawia, że myślę o wszystkim, co jeszcze poczuję, a o czym teraz nie mam pojęcia.

    ***

    Cała twórczość Sigur Ros (dla mnie) opowiada o złożoności życia, a ten utwór wyraża dokładnie To uczucie, że życie jest wielkie.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *