myśli wiele


Poczucie kobiecości

Ostatnio przyszedł do mnie przyjaciel i pomógł mi naprawić roletę, która dzień wcześniej zaatakowała mnie, gdy chciałam iść spać. Sama męczyłam się dobry kwadrans, żeby chociaż prowizorycznie umieścić ją na właściwym miejscu, a we dwójkę naprawienie całego mechanizmu zajęło tylko chwilkę. Zaśmiał się, że mógł pozgrywać mężczyznę, a ja wtedy zrozumiałam jak rzadko mam okazję zgrywać kobietę

Żyjemy w męskim świecie i żeby w nim operować musimy czasem wykazywać stereotypowo męskie cechy (nie uważam, że dostajemy cechy razem z płcią, ale tradycje, wychowanie i wzorce zazwyczaj umacniają pewne cechy w mężczyznach, a inne w kobietach). Gdy żyjesz jako samotna, dorosła kobieta, utrzymująca się samodzielnie i samodzielnie prowadząca dom (czy też raczej mieszkanie) musisz częściej niż rzadziej uaktywniać swoją męską energię, radząc sobie z codziennymi sprawami – tego wymaga od nas system. Zawsze byłam dumna ze swojej niezależności, z tego że nigdy nie oczekiwałam od jakiegoś chłopaka, że za mnie coś załatwi, że nie byłam princess passenger, że sama dolewałam oleju silnikowego, sama nosiłam ciężkie zakupy, sama zakładałam łańcuch w rowerze i sama pompowałam supa (przy czym większość moich przyjaciółek wymiękała). Czułam się dzięki temu silna i sprawcza. Ale niedawno kumpel zabrał mnie na wesele swojego przyjaciela pod Poznań. Nie musiałam się martwić dojazdem, nie musiałam nosić swojej torby, nie musiałam odbierać klucza z recepcji ani nawet przynosić sobie sama drinka. Za każdym razem, gdy wstawałam od stołu, zostawałam objęta w pasie, za każdym razem, gdy wychodziłam, miałam otwierane drzwi. Czułam, że ktoś stale otacza mnie troską, sprawdza, gdzie jestem i jak się czuję. Pod koniec powiedziałam mu, że nigdy nie czułam się tak kobieco, jak tego wieczoru. Nie było w tym żadnego umniejszania, nie byłam tam tylko po to żeby wyglądać – robiłam zdjęcia, nawiązywałam znajomości, rozkręcałam parkiet, ale jednocześnie nie musiałam pilnować wszystkiego sama, tak, jak zwykle.

Jestem tą przyjaciółką, która zawsze na wyjazdach jest kierowcą, która jest odpowiedzialna za rezerwacje, która, gdy jest problem, idzie się dogadać, a gdy pada pytanie “to gdzie teraz?”, oczy zwykle kierują się na mnie. Lubię tę rolę, schlebia mi ona. Ale mimo, że wiąże się z naturalnymi cechami mojej osobowości, to nadal jest tylko rola. I czasem miło jej nie odgrywać. Czasem miło zagrać inną, miło posiedzieć na leżaku, gdy ktoś idzie nas zameldować, miło pobawić się w DJa w aucie zamiast prowadzić całą drogę, miło ponieść tę lżejszą siatkę z zakupami zamiast obu. To poczucie, że ktoś się o Ciebie troszczy, że ktoś jest w tym wszystkim z Tobą, że ktoś zajmie się czymś, gdy ty nie będziesz w stanie, to jest coś, czego bardzo rzadko doświadczam (a jeśli już to jedynie okazjonalnie ze strony rodziny i przyjaciół, nigdy ze strony partnera) i nawet nie wiedziałam, jak bardzo mi tego brakuje. Chciałabym móc czuć się kobieco, tak prawdziwie kobieco na głębszym poziomie. Chciałabym zająć się tworzeniem emocjonalnej przestrzeni, zaopiekować się kimś w bardziej subtelny sposób niż rozwiązywanie problemów, dać się poprowadzić po nowym mieście, dać się poprowadzić w tańcu, dać komuś poprowadzić auto. Umiem to wszystko robić sama. Stałam się tak dobra, jak tylko można w życiu w pojedynkę, w tańczeniu solo i naprawdę to lubię. Ale jak miło musi być, gdy można się tym podzielić, gdy można zrobić też coś dla kogoś, a nie tylko siebie samej, gdy można odetchnąć, bo ktoś przejmie na chwilę ster.

I nie uważam że to koniecznie musi być partner, ale w naszym społeczeństwie, które cierpi na niedobór wspólnotowości, a coraz bardziej popularnym modelem rodziny staje się bezdzietna para, coraz trudniej oczekiwać troski od osób spoza relacji romantycznej. Myślę, że większość osób będących w stałych związkach, często nawet zapomina, że ich przyjaciele single mogą mieć taką niezaspokojoną potrzebę. Raczej myśli się o tym dopiero w kryzysie, dopiero, gdy coś się stanie, gdy ktoś przechodzi przez rozstanie, chorobę czy żałobę. Codzienna troska, gdy wszystko jest dobrze, gdy świat się nie wali, nie jest czymś powszechnym w naszym obecnym indywidualistycznym podejściu do życia. Kultywujemy model, w którym to partner powinien zaspokajać wszystkie nasze potrzeby i wycofujemy się w ten sposób z szerzej pojętej wspólnoty, jaką kiedyś były chociażby matki, babki i sąsiadki w kontekście opieki nad domem. A teraz? Mi, tak zupełnie szczerze, głupio nawet kogoś poprosić, żeby przyszedł podlać mi kwiatki, gdy wyjeżdżam na wakacje, bo każdy jest taki zajęty swoim własnym życiem. I wiem, że to nie tylko ja, wiem, że moje koleżanki singielki też częściej poproszą chłopaka, z którym randkują, żeby zajął się zwierzakiem albo przywiózł im leki z apteki, gdy są chore, bo taki chłopak po prostu ma w tym interes. Przed takim chłopakiem nie trzeba trzymać fasady, że ja sobie ze wszystkim poradzę, bo on czuje się bardziej męsko, gdy pomoże. Więc dlaczego trzymam(y) tę fasadę przed innymi, bliższymi ludźmi? Czy socjale wyprały nam mózgi do tego stopnia, że w prawdziwym życiu też pozujemy na idealnych? Osobiście czuję, że mało kto (szczególnie wśród sparowanych ludzi) mi wierzy, gdy mówię, że lubię moje życie singielki. Większość traktuje singielstwo, jako stan przejściowy między związkami. (Cóż, jeśli ja miałabym taki sposób rozumowania, to moje całe 26(zaraz)-letnie życie można by wyrzucić do kosza). Może dlatego tak trudno mi powiedzieć, że czegoś mi brakuje, bo zaraz pojawiają się głosy „jak znajdziesz chłopaka to będziesz miała” albo bardziej wyrozumiałe „no tak, życie singielki jest trudne”, a to zamiast jakkolwiek rozwiązywać problem, generuje we mnie poczucie braku, którego jeszcze przed chwilą tam nie było. A wtedy czuję, że tak bardzo muszę bronić swojego szczęścia przed czyjąś opinią, że sama zaczynam wątpić w to, czy ono jeszcze tam jest i czy kiedykolwiek było.

Jako pokolenie przypisaliśmy troskę do bycia w związku, ja teraz przypisałam ją wobec tego do bycia kobietą, ale może to w ogóle nie tak? Może to nie ma tyle wspólnego z płcią, ile z etapem życia? Dobrze wychodzi mi bycie dorosłą, ale czasem po prostu tęsknię za byciem dzieckiem, za niemartwieniem się o każdy krok, jadąc na wakacje, za obiadem podstawionym pod nos, za przyjściem do kogoś i powiedzeniem „zepsułam, naprawisz?”. Może to wszystko to tylko dziecko we mnie, które chce być przez chwilę beztroskie. I może tę beztroskę łatwiej jest osiągnąć kobietom w relacjach romantycznych, bo to na mężczyznach tradycyjnie spoczywa odpowiedzialność za przewodzenie rodzinie. Ale chciałabym, żeby to nie było połączone z płcią czy ze statusem związku, bo każdy z nas zasługuje na chwilę odpoczynku i codzienną troskę. I myślę, że odpowiedzią na to nie jest związek (chociaż dobry związek na pewno to umacnia), a szczere i intencjonalne relacje międzyludzkie wszelkiego rodzaju i budowanie swojej małej wioski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *