Tag: feminizm

  • Performatywna kobieta

    Performatywna kobieta

    Świat zagrzmiał o koncepcie performative male. Odbywają się konkursy w parkach czy kawiarniach, które mają rozstrzygnąć który z chłopaków z muletem i płócienną torbą lepiej potrafi udawać, że czyta feministyczną książkę, popijając matchę. Jakkolwiek nie współczuję w tym momencie chłopakom, którzy po prostu chcą poczytać w przestrzeni publicznej i mają jakieś poczucie stylu, cały koncept dostarcza mi i moim koleżankom niemałej rozrywki, gdy chodzimy po mieście.

    Obraz performatywnego mężczyzny jest tak dopracowany, że niemal nie pozostawia miejsca na żadną dowolność. A co z obrazem performatywnej kobiety? Psychologia (i moja koleżanka) mówi mi, że płeć jest z natury performatywna.  Internet mówi mi, że obrazy performatywnej kobiety różnią się w zależności od artysty – dla niektórych są to pick me girls, dla innych kobiety-szefowe o stereotypowo męskich cechach. A moja podświadomość podszeptuje mi, że każda kobieta jest performatywna, w tym także ja.

    Czy rzeczywiście tak jest? Czy ludzie nie nakreślili konkretnego obrazu performatywnej kobiety, bo każda jest z założenia performatywna? Czy obraz kobiety urzeczywistnia się dopiero pod spojrzeniem mężczyzny? W to nadal tak często wierzy świat. Kobiety, które próbują wyrażać siebie dla siebie zderzają się z komentarzami (jakże często innych kobiet), że robią to „for the male gaze”. Lubię nosić sukienki, lubię być seksowna i lubię tańczyć, jakbym grała w teledysku Beyoncé. Czy to, że lubię te rzeczy i robię je zarówno publicznie, jak i wtedy gdy nikt nie patrzy sprawia, że jestem performatywna? Czy to nie zwyczajna autoekspresja? Wcześniej często myślałam, że dziewczyny, które lubią być chłopczycami albo mają styl „for the female gaze” mają łatwiej. Nikt im nie może zarzucić fałszu w upodobaniach, bo różnią się one od kanonu. Ale potem zauważyłam, że człowiek, który nieustannie szuka dziury, nie znalazłszy jej, stworzy własną – pewnie ta dziewczyna z oryginalnym stylem stosuje odwróconą psychologię i nie zwracając na siebie uwagi mężczyzn, chce na siebie ją zwrócić – koło się zatacza. „Stereotypowi” gardzą „innymi”, „inni” gardzą „stereotypowymi”, wszystko staje się performatywne. Dlaczego tak bardzo nie potrafimy się pogodzić z tym, że ktoś naprawdę może być inny od nas samych? Dlaczego myślimy, że skoro my się nie czujemy z czymś dobrze, jak noszenie krótkich, obcisłych sukienek, to od razu oznacza, że nikt inny też się nie może czuć dobrze, a jak mówi, że tak się czuje, to kłamie albo „po prostu lubi męską atencję”? Nie raz zostało mi subtelnie lub wprost wytknięte, że „komu to ja próbuję zaimponować tym swoim tańcem?”, a w międzyczasie znani mi chłopacy raczej się z moich filmików śmiali niż je podziwiali, a faceci na imprezach prosili do tańca moje „spokojniejsze” koleżanki. Wysoce wątpliwe, żebym kontynuowała taką formę autoekspresji, gdyby była ona narracją czyichś fantazji. Poza tym czy ludzie w dorosłym życiu naprawdę jeszcze zastanawiają się, co ktoś o nich pomyśli? Ja wcześniej myślałam o tym stale, analizując przed snem każde wypowiedziane tego dnia słowo, każde spojrzenie, każdy gest. I wcale nie dowiadywałam się o życiu i swoich relacjach więcej niż dowiaduję się teraz, gdy po prostu opuściłam niekończacą się pętlę overthinkingu. Kto ma na to czas i siłę? Czy nie lepiej przeznaczyć całą tę energię na coś twórczego i rozwijającego?

    Nie zaznałam jeszcze większego wyzwolenia niż to, które czuję za każdym razem, gdy publikuję tekst. Za każdym razem (bo nadal tak jest), muszę powtarzać sobie „okej, w sumie kogo to obchodzi, a jak kogoś obejdzie to przecież fantastycznie” i klikam „dodaj wpis” i może dzięki temu buduję siebie w oczach  innych (pewnie 10 osób, które to czytają), ale głównie buduję siebie dla siebie. Tak samo, jak tańczę dla siebie gotując i dla siebie bardzo dramatycznie nieraz płaczę pod prysznicem. Nigdy nikt nie będzie miał dostępu do tak wielu aspektów mojej osobowości, co odczuwam czasami dotkliwie i co podkreśliła dla mnie ostatnio książka (performatywna) „Ja, która nie poznałam mężczyzn”. Większość myśli, większość emocji przeżywamy w tym życiu sami. I czasem mnie to przytłacza, ta niebaśniowa wizja życia, które Disney przecież przyrzekł nam dzielić z drugą osobą w pełni. Ale w innych momentach daje mi siłę, bo wiem, że mogę budować spójny obraz tego kim jestem dla siebie z tym co postanawiam sobą reprezentować. Czasem pewnie i pomiędzy to wkrada się performatywność, a  czasem ją nawet tam zapraszam, wiedząc doskonale, że robię coś, żeby uzyskać określoną reakcję konkretnej osoby, co nie oznacza, że nie jest to zgodne ze mną.

    Wręczenie komuś pędzla, by namalował sobie mój obraz także wymaga akcji z mojej strony. To ja wybieram na ten obraz spojrzeć, to ja wybieram, by się w nim dostrzec lub stwierdzić, że to wcale nie moja podobizna. Nikt nas nie zmusza do chodzenia po galerii swoich karykatur namalowanych przez ludzi, którzy naprawdę nas nie poznali.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Odwrócona Carrie Bradshaw

    Odwrócona Carrie Bradshaw

    Czuję się jakbym tańczyła trzeźwa na imprezie, na której wszyscy są na kwasie, czyli tak, jestem niemal ostatnią singielką w grupie najbliższych przyjaciół i rodziny. Gdzie nie pójdę wszyscy trzymają się za ręce i tańczą opętani plagą, do której nie mam dostępu. Przesadzam? Na pewno. Ale kiedy słuchanie o kolorach bokserek nowego faceta stało się ważniejsze od rozmowy o książkach? Jakim cudem w całej tej emancypacji, z całkowicie wolną wolą, wykształceniem i wachlarzem możliwości ciągle i od nowa wybieramy facetów, jako nadrzędny temat naszych babskich rozmów? Gdzieś między dawnymi bajkami Disneya, w których książę mimo wstąpienia na ekran na ostatnie 5 minut jest zbawcą a nową płytą Sabriny Carpenter, która stawia mężczyzn w centrum uwagi, zgubiłyśmy wszystko, co w nas inne od romantycznej miłości. Ah żeby to jeszcze była miłość! Miłości hołduję, z miłością się zgadzam, z jako nadrzędnym celem egzystencji. Ale to jest uzależnienie, to jest umniejszanie samym sobie. Przyjaźń, sztuka, edukacja, książki, plany, marzenia, wyższe wartości! Jest tyle tematów do wyboru! Mogę podać ściągę, proszę, nie gadajmy już o jego ulubionych dodatkach na pizzy…

    I nie zrozumcie mnie źle. Z chęcią się dowiem, jak świetnie prosperuje nowa relacja mojej przyjaciółki, zdecydowanie wysłucham, gdy ma jakiś problem w związku. Są momenty, w których relacje romantyczne nas pochłaniają i wymagają naszej wzmożonej uwagi i to jest normalne. Ale mi nie chodzi o to. Chodzi mi o  stawianie kogoś na piedestale, o  zmianę swojego ulubionego koloru na jego, o wyplewianiu swojej osobowości i zastępowaniu jej miłością do niego, jakby była najwyższą wartością, jakby nic innego już nie miało znaczenia.

    Nie tak bardzo odeszłyśmy od mentalności XIX wieku. Jo March niczego nas nie nauczyła w swojej płomiennej przemowie, o tym, że kobiety mają nie tylko serca, ale też umysł i duszę. Gdzie ten umysł i dusza?

    Jest tyle rzeczy do odkrycia na świecie! Byłam na lodowcu! Chodziłam po lodowcu! Czułam się niczym reporter National Geographic. Spełniłam kolejne swoje dziecięce marzenia. I jakim cudem jest to mniejsze od chłopaka? Chodziłam po lodowcu i myślałam sobie, jak to możliwe, że kiedykolwiek martwiłam się o jakiegokolwiek faceta? Mogę dosłownie chodzić po lodowcu! Można robić w życiu tak wspaniałe rzeczy, można znaleźć tyle pasji i miłości w tak wielu nieoczywistych miejscach. A ja i tabuny innych dziewczyn postanawiamy aranżować swoje życie wokół chłopaka, bo przecież my jesteśmy Wenus, ale on jest słońcem.

    Ja wiem, że seks się sprzedaje. Nie ma drugiej tak budzącej powszechne zainteresowanie rzeczy. Obserwowałam to wiele razy, gdy mówiłam o swoich planach zawodowych czy rozterkach dotyczących życia i duchowości, a podskórnie czułam, że mój rozmówca tylko czeka, żeby zapytać „a jak tam u pana xxx?” albo „a spotykałaś się ostatnio z kimś nowym?”. I nagle mówiąc o nowej miłostce skupiałam na sobie uwagę wszystkich w pokoju. Seks albo nawet jego nikła obietnica to temat, który spaja każde towarzystwo. Nie wiesz o czym gadać? Zacznij gadać o chłopakach! Już w trakcie swojego pierwszego mieszkania za granicą zauważyłam, że tym tematem zjednam sobie wszystkie dziewczyny, poza tymi, z którymi mogłabym zbudować trwałą relację. Przy drugiej wyprowadzce nie popełniałam już błędu i tematu relacji romantycznych unikałam, jak ognia, dopóki nie nawiązałam z kimś relacji opartej na czymkolwiek innym. Bo nie ma dla mnie nic złego w rozmawianiu o miłostkach, byle nie paraliżowały całej reszty tematów i poznawania siebie.

    W (przynajmniej mojej) przestrzeni internetowej modne stało się ostatnio pojęcie decentralizacji mężczyzn. Temat podejmują oczywiście najchętniej nowo „uwolnione” singielki. Z tym, że niektóre z nich tę decentralizację przeprowadzają przez ciągłe gadanie o tym, jak bezużyteczni i beznadziejni są faceci, a inne przez zagłębianie się w swoje pasje, skupianie się na przyjaźniach czy karierze, odkrywanie siebie. Nie dość, że pierwszy zbiór jest zgorzkniałą, smutną grupą pseudofeministek to jeszcze nie sądzę, żeby osiągały zamierzony cel. Decentralizacja tematu przez wymienianie jego słabych stron jest jak niemyślenie o czerwonej piłce albo usiłowanie zasnąć odliczając czas do budzika –  nie działa. Natomiast do drugiej grupy mi znacznie bliżej, druga grupa mnie inspiruje do odkrywania samej siebie i wielu uroków życia. I po raz kolejny powiem, miłość romantyczna jest niewątpliwie wielkim, o ile nie największym szczęściem, jakie można mieć w życiu, ale im więcej szczęścia, tym więcej szczęścia. Nauczenie się doceniać innych jego aspektów, innych źródeł, nie odbiera niczego romantycznej miłości, a tylko może dodać więcej do naszego życia. Odnajdywanie piękna w spełnianiu dziecięcych marzeń, w szczerych, dobrych przyjaźniach, w rękach dziadka obierającego jabłka na kompot, w uśmiechu przypadkowego człowieka na ulicy i widoku jego uroczego psa… I stałe poszerzanie swojego świata, w którym przecież może być kilka słońc, jak nas uczy współczesna fizyka – to jest właśnie to o czym mówię i to,  czego chcę dla samej siebie, swoich przyjaciółek i ogółu dziewczyn na świecie.

    Mam oczywiście też w swoim życiu bliskie kobiety, z którymi bardzo doceniam nasze głębokie rozmowy, w których temat miłostek pada na końcu, jako dodatek albo czasami nie pojawia się nawet wcale w trakcie wielu godzin spędzonych ze sobą. Czasami drugie są też pierwszymi i to też jest okej. Nic w życiu nie jest stałe. Nie atakuję dziewczyn w związkach, ani singielek, które potrzebują odrobiny nienawiści by wyleczyć się z situationshipu, nie atakuję nawet rozmów o facetach. Atakuję adaptowanie mężczyzny i idei związku, jako rdzenia kobiecej osobowości. Czuję, że jesteśmy tak wieloma innymi rzeczami niż tylko zainteresowanie losowego chłopaka. To nasze marzenia, ambicje i spojrzenie na świat są centrum nas samych, nie czyjaś atencja. Czas zacząć się też tak zachowywać, tak mówić i tak traktować!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *