Tag: inspiracja

  • Wyznania miłosne

    Wyznania miłosne

    Gdy po raz pierwszy i póki co jedyny w moim życiu mówiłam „kocham Cię” w kontekście romantycznym, wiedziałam, że pozostanie ono nieodwzajemnione. A jednak, prawie jak Rachel wyznawająca Rossowi miłość na krótko przed jego ślubem, czułam, że muszę to powiedzieć (na szczęście daleko mi było do toksycznej relacji z Przyjaciół, bo chłopak będący odbiorcą mojego wyznania był singlem pełną parą). Wypowiedzenie na głos tych słów przyniosło mi ulgę. Jednak wydarzenia, które nastąpiły później i moje wybory doprowadziły mnie do przykrej krainy cynizmu. Owinęłam się jego warstwą, jak kokonem, gotowa uwierzyć, że miłość jest iluzją, fantazją, złudzeniem, a nawet jeśli jest prawdziwa, to nie jest dostępna dla mnie i nie jest mi potrzebna.

    Moi przyjaciele, rodzina oraz liczne komedie romantyczne mówiły, że mój cyniczny pancerz samoistnie się rozpadnie, gdy poznam „właściwego” chłopaka.

    Ale lata mijały, a ja nie poznawałam nikogo, kto chciałby próbować być „tym właściwym”, a jeśli się taki zdarzył, to nie był to kandydat w kręgu moich zainteresowań. W międzyczasie zaliczyłam kilka situationshipów – prób udawania, że umiem w coś casual, trochę przekonywania się do tego, że przyjaźń + dobry seks to wszystko, czego potrzeba do udanego związku, że wcale nie istnieje ten nieuchwytny, nieco magiczny element zakochania, który biolodzy przypisują feromonom, a astrolodzy – kosmogramom. Nie działało, cyniczny pancerz zaczynał uwierać, czułam, że coś gubię, jakąś część siebie, której nie byłam jeszcze gotowa odnaleźć. Ale powoli kroczek po kroczku zbliżałam się do kolejnego wyznania, być może nawet ważniejszego:

    I’m a lover girl

    Gdy wreszcie to sobie powiedziałam, gdy pozwoliłam sobie znowu być romantyczna, pragnąć romantyczności, pragnąć miłości, włączać ją do swojej wizji przyszłości, zrzuciłam tę za małą skorupę cynizmu, która już zaczęła mnie dusić i poczułam się wolna.

    Przez długi czas myślałam, że nie mogę być lover girl bez partnera, że będę mogła uaktywnić całą swoją romantyczność dopiero, gdy wejdę w związek. Ale to nie jest prawda. Bycie romantycznym nie zależy od statusu relacji, tylko od sposobu patrzenia na świat i odnoszenia się do niego – zauważanie magii, tam gdzie wcześniej widziało się szarość.

     I jest w tym coś kruchego i bezbronnego – w takim podejściu do życia – ale mi jest o wiele lepiej być bezbronną sobą niż tkwić w za ciasnej skorupie, która ma mnie chronić. Bądźmy vulnerable – na tym etapie życia już chyba niemal każdy został chociaż raz poważnie zraniony, nikt nie chce tego powtarzać i o ile łatwiej i przyjemniej by było, jakbyśmy pozwalali sobie być sobą i poznawali się bez tych zasłaniających nasze oblicza skorupa to z uważnością, z delikatnością, aby nie ranić siebie nawzajem.

    Niezależnie od tego czy spędzasz Walentynki (czy jakikolwiek inny dzień roku) samotnie czy w duecie, jeśli jesteś lover girl/boy, to bądź. Napisz kartkę do przyjaciółki, idź na romantyczny spacer solo, spójrz na parę zakochanych nastolatków z czułością, wyobraź sobie swoje życie w jasnej, może trochę podkoloryzowanej wersji, a potem przenieś tę wersję do rzeczywistości. Ostatecznie różowe okulary można nosić zawsze, nie tylko jako ogłupiający dodatek do honeymoon phase. A kiedy nauczysz się je samodzielnie zakładać, życie po prostu stanie się lepsze.

    ***

    Pomysły na romantyzowanie:

    • Romantyczna muzyka na słuchawkach (polecam soundtrack „Her”, ogólnie soundtracki wszystko od Sigur Ros)
    • Czytanie/szkicowanie/pisanie w przestrzeni publicznej (może ostatnio zyskało to wydźwięk performatywny, ale nadal jest super)
    • Napisanie listu/pocztówki do przyjaciółki
    • Wywołanie zdjęć i zrobienie albumu
    • Fotografowanie analogiem albo starą cyfrówką (nie jestem zbyt obiektywna, wiem)
    • Spacer z wymyślaniem historii obcych ludzi, których mijasz
    • Zatrzymywanie wzroku na przypadkowej scenerii i wyobrażenie sobie, jaka byłaby kontynuacja, gdyby to był film
    • Przejrzenie albumów dziadków/rodziców i spytanie ich o historie z młodości
    • Wyjście w jakimś nietypowym outficie (jak będzie wiosna, bo teraz ciężko), w którym poczujecie się wyjątkowo
    • Kupienie sobie (albo komuś) kwiatów lub innej małej, nieużytecznej rzeczy, która sprawia radość
    •  Obejrzenie czarno-białego filmu

    Jeśli macie coś do dodania do tej listy, piszcie!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Redefinicja bycia cool

    Redefinicja bycia cool

    W czasach liceum i studiów nigdy nie nazwałabym siebie cool osobą. W moim słowniku cool ludzie to byli pozerzy, którzy mieli „kopiuj-wklej” osobowości, vansy na stopach i chodzili na domówki co sobotę. Zawsze opierałam się przed byciem taką jak wszyscy, zawsze chciałam być oryginalna, więc oceniająco patrzyłam na wszystkich posiadających w moim mniemaniu łatkę cool osoby. Jednocześnie romansowałam z ideą bycia cool – spotykałam się z chłopakami, którzy byli skaterami, stonerami lub tymi z zamiłowaniem do markowych ubrań i podobało mi się to, ale nadal uparcie powtarzałam, że ja nie jestem i nie chcę być cool. Czułam, że bycie cool jest nieautentyczne i wiąże się z bardzo zdystansowanym podejściem do emocji, ludzi i świata, a dla mnie udawanie takiego poziomu nonszalancji to za duża presja.

    Jednak gdzieś w przeciągu ostatnich 2 lat, nie wiem do końca kiedy, ani dlaczego, moja definicja bycia cool całkowicie się zmieniła. Zaczęłam używać tego określenia w pozytywnej konotacji, a nawet w odniesieniu do siebie samej. Zaczęłam być cool. Przestało chodzić o to, co robisz, co nosisz i co lubisz, a zaczęło o to JAK i DLACZEGO to robisz.

    Zrozumiałam, że w byciu cool nigdy nie chodziło o bycie kimś ze z góry określoną osobowością, tylko o poznanie i zdefiniowanie samej siebie. Można być cool na 10000 różnych sposobów i nasze gusta nie zamykają nam do tego drogi, bardziej chodzi o to żeby ten gust mieć, swój własny i żeby poruszać się po życiu ze świadomością kim jesteśmy, bo to jest właśnie całe sedno bycia cool.

    No dobra brzmi fajnie, ale co to tak właściwie znaczy? Czy ty jesteś cool? Pewnie jesteś, bo czytasz bloga w 2026, to robią tylko cool ludzie. Ale zróbmy małą check-listę.

    Cechy charakterystyczne cool osoby (według mnie oczywiście):

    • Główną rzeczą jest posiadanie pasji. Nieważne jakiej pasji, ważne żeby mieć coś, co sprawia, że nasze serce płonie, a oczy błyszczą i co jest w jakikolwiek sposób procesem tworzenia, a nie konsumpcji. (Tworzenia niekoniecznie rzeczy materialnych, mogą to być też rzeczy konceptualne, jak przemyślenia na temat filmów u kinomaniaka) Może to być wszystko od malowania przez czytanie na składaniu modeli lego skończywszy, ważne żebyście kochali to tak bardzo, że robicie to nawet, gdy nie macie z tego żadnych korzyści i żadnego uznania społeczeństwa. Innymi słowy – to co byście robili nawet jak nikomu tego byście nie mogli pokazać? Dla mnie są to dwie rzeczy: fotografia i pisanie.
    • Ciekawość świata – to moim zdaniem cecha, która niestety coraz bardziej zanika przez konformizm, jaki nas otacza. Trzeba włożyć więcej energii niż kiedyś, by oprzeć się łatwym dawkom dopaminy z telefonu czy telewizji, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu i żeby podjąć próbę odkrycia nowych dla siebie rzeczy. „Wszystkiego w życiu możesz się nauczyć, tylko nie ciekawości” jest prawdą – niektórzy cechują się większą ciekawością świata, inni mniejszą, ale niezależnie od tego kto, w której grupie się znajduje, ciekawość można i trzeba podsycać, bo łatwo, szczególnie w dorosłości, ją stracić w monotonii pracy i codzienności. A jak to robić? Sposobów jest wiele – czytanie (ze zrozumieniem!), podróżowanie w sposób autentyczny a nie turystyczny (nie dla powtórzenia cudzych doświadczeń, zdjęć i rolki z instagrama tylko dla zdobycia nowych, czasem trudnych, czasem nieładnych, czasem niespodziewanych, ale swoich własnych doświadczeń). Ważne jest też podejmowanie nowych wyzwań, zgłębianie nowych tematów, poznawanie nowych ludzi – generalnie wszystko, co jest nowe i będzie wyjściem ze strefy komfortu zostanie docenione przez nasz układ nerwowy (percepcja czasu zmienia się z wiekiem, „czas przyspiesza”, bo nasz mózg dostaje coraz mniej nowych bodźców, wychodzenie ze strefy komfortu „wydłuża” nasz czas). Ostatnio praktykuje używanie frazy do it for the plot nie w odniesieniu do przespania się z ex czy poderwaniem typa w klubie, jak to widzimy w sm, tylko w odniesieniu do przeczytania książki o czarnych dziurach, pójścia na nowe zajęcia sportowe czy spontanicznego wyjścia na wystawę w galerii sztuki. Wszystkie te rzeczy wiążą się z jakimś wysiłkiem na początku (mózg też jest leniwy, więc nie chce „marnować” energii), ale gdy już się postanowi, to każde kolejne takie działanie przychodzi coraz łatwiej i ani się obejrzymy, a zbieramy wiele cennych doświadczeń.
    • Uważność  – można robić wszystko i nie wynosić z tego nic, jeśli nie robimy tego w sposób uważny, a po akcie działania nie następuje akt myślenia. Co komu po tym, że ponurkuje w Morzu Czerwonym, przeczyta książkę Olgi Tokarczuk albo obejrzy wszystkie oscarowe filmy z danego roku, jeśli nie nastąpi po tym introspekcja na temat danego wydarzenia czy przyjętej treści? ( introspekcja – proces wglądu w siebie, polegający na obserwacji i analizie własnych myśli, uczuć, potrzeb, decyzji i stanów psychicznych, mający na celu samopoznanie i zrozumienie własnej psychiki; jedno z moich ulubionych słów ostatnio) Lepiej zrobić mniej, a uważniej.
    • Czymś po czym można czasem poznać cool ludzi na pierwszy rzut oka jest fizyczna autoekspresja, czyli wyrażanie siebie przez styl. Nieważne jaki styl, byle autentycznie wyrażał twórcę. Dla mnie to, że ktoś posiada spójny styl – czy to ubierania się, czy to wnętrza swojego mieszkania, czy nawet biurka w pracy – oznacza, że ta osoba zna siebie i wie co chce wyrazić. Jest wiele stylów, które do mnie nie przemawiają i mi się nie podobają, ale nadal doceniam, że ludzie wiedzą, co chcą przekazać i przede wszystkim mają odwagę to przekazać.
    • Elementem zbliżonym do stylu jest gust– nieważne jaki jest, ważne żeby był autentyczny i spójny (nie musi być wąski, ale żeby dana osoba potrafiła uargumentować dlaczego coś lubi). Oczywiście gust jest rzeczą zmienną, ale nie jest gustem jeśli zmienia się razem ze wszystkim, co modne i mainstreamowe. Ja szczególnie zwracam uwagę na gust muzyczny, bo muzyka jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu i ciężko mi nawiązać relacje z muzycznymi ignorantami, bądź chorągiewami. Możesz słuchać Taylor Swift albo renesansowej muzyki barokowej, ale niech to wypływa z gustu a nie mody. Jest też oczywiście gust filmowy/książkowy, gust co do jedzenia (smak), do sztuki (estetyka), do sposobów spędzania czasu, do ludzi itd. Gdy ktoś zna swój gust, ale jednocześnie jest skłonny do próbowania nowych rzeczy – to jest najbardziej cool typ osoby.
    • Niezależność – ludzie, którzy są cool nie czekają aż życie się im przydarzy, tylko sami tworzą sobie życie, jakiego pragną. Nie mówią „chcę podróżować, ale nie mam z kim” tylko „lecę sam/a, może kogoś poznam na miejscu”. Biorą życie w swoje własne ręce i nie czekają aż pojawi się przyjaciółka, chłopak czy ktoś, kto zorganizuje ich życie za nich. To jest często przerażające. Łatwiej jest iść za tłumem, łatwiej jest, gdy ktoś podejmie za nas decyzje – chcemy wiedzieć co robić, gdzie wyjechać, co jeść, gdzie jeść, jak ćwiczyć, jak uprawiać seks, jak kochać, do czego tańczyć, do czego płakać – i szukamy odpowiedzi często u innych ludzi, a to są odpowiedzi, które wcale nie są nasze. Postawienie na siebie i słuchanie swojego głosu jest często trudne, szczególnie gdy jest on zagłuszony przez wszystkich dookoła i wydaje nam się, że wcale nie istnieje. Ale cudze drogi nie doprowadzą nas do naszych celów. Chcesz iść do kina, chcesz jechać na tę wycieczkę, chcesz nauczyć się surfować, grać na trąbce, szydełkować czy co tam jeszcze? Nie używaj „ale nie mam z kim” jako wymówki do odkładania na swoich marzeń na później, naucz się być sam/a ze sobą i kochać swoje własne towarzystwo.
    • Posiadanie wysoko rozwiniętych umiejętności interpersonalnych. Co obejmuje zarówno umiejętność dogadania się z różnymi typami ludzi (np. w pracy czy w podróży) jak i umiejętność budowania szczerych i stabilnych relacji, a także umiejętność nawiązywania nowych.
    • Zaradność i elastyczność – cool ludzie nie panikują, gdy plan się sypie, gdy coś się psuje, gdy życie się zmienia tylko dostosowują się do nowej sytuacji, naprawiają, co może być naprawione, zmieniają, co lepiej zmienić.
    • Oczywiście nie zapominajmy o dobroci i życzliwości, bo jak ktoś tego nie ma to na pewno nie może być cool i nawet chyba nie ma potrzeby tego tłumaczyć.
    • Pewność siebie – to cecha, którą najczęściej wymienialiście, gdy pytałam Was „co sprawia, że ktoś jest cool”. Znam wiele osób, które z pozoru wydają się pewne siebie, a tak naprawdę jest to tylko sytuacyjna pewność siebie (np. na studiach, bo dostaje się piątki z łatwością albo na imprezach, bo ktoś jest bardzo uzdolnioną społecznie osobą albo na zdjęciach, bo ktoś jest pewien swojego wyglądu), a nie ta autentyczna wynikająca z wewnętrznej akceptacji i zdrowego poczucia własnej wartości. Ta druga jest rzadka, bo zwykle wymaga wiele stałej pracy nad sobą, której uczymy się dopiero w dorosłym życiu. Jednak im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej skupiamy się na porównywaniu z innymi, ocenianiu ich, tłumaczeniu się ze swoich wyborów i działań, a bardziej na lepszym przeżywaniu swojego własnego życia. Jesteśmy bardziej połączeni sami ze sobą i dzięki temu podejmujemy lepsze decyzje. Pogrzebujemy chęć udowadniania komuś czegoś lub zaimponowania innym ludziom. Robimy to, co naprawdę chcemy zrobić i nie przejmujemy się tym, co pomyślą inni ludzie. Możemy głośno śpiewać na koncercie, tańczyć na środku parkietu, ubrać kolorowe kowbojki, zostać w domu, gdy wszyscy wychodzą w piątkowy wieczór, odejść od znajomych, którzy nas nie doceniali, zmienić pracę, wyprowadzić się – pewność siebie otwiera tak wiele nowych drzwi!
      Ale nie należy mylić pewności siebie z pychą, bo granica może być na pozór cienka. Pewna siebie osoba nie jest przekonana, że zawsze ma rację lub że jej wybory są najlepsze i jedyne słuszne, ale raczej wierzy w swoją zdolność, żeby dojść do właściwej dla siebie odpowiedzi (czasem przez przyjęcie czyjejś rady i zmianę perspektywy).
    • Kluczowym elementem, bez którego żadna z powyższych rzeczy nie ma znaczenia jest autentyczność. Cool ludzie nie robią rzeczy, żeby być cool w oczach innych lub nawet w swoich własnych. Bycie cool zakłada wyzbycie się performatywności i robienie wszystkiego dla siebie i z autentycznego miejsca w swoim sercu. Nie jest to łatwe, szczególnie w dobie social mediów, bo granica między performatywnością a autoekspresją jest cienka i zwykle trzeba uważnie się przyglądać swoim motywom, ale performatywność nie przybliży was do samych siebie, a autoekspresja tak.

    Kilka specyficznych, losowych rzeczy, które są dla mnie niesamowicie cool: bycie offline (szczególnie będąc z ludźmi), bycie dobrym kierowcą, jak ktoś umie naprawiać rzeczy w domu, robienie albo dekorowanie własnych mebli, posiadanie własnych, małych tradycji (np. kupowanie sobie kwiatów na dzień kobiet), podróżowanie samemu, czytanie gazet (w formie papierowej!), gotowanie, gdy ktoś robi solo dates, szycie własnych ubrań.

    I co? Jesteście cool?

  • Nie spodziewaj się

    Nie spodziewaj się

    Spontaniczność. To coś z czym zawsze miałam problem. Ci z Was, którzy słabiej mnie znają mogą się zdziwić, bo z pozoru wydaję się bardzo spontaniczna – często podróżuję, czasem wyjeżdżam nagle, znajduję się w, z pozoru, niespodziewanych sytuacjach z niespodziewanym towarzystwem, czasem na imprezie, czasem w pociągu do Krakowa. Ale znaczna większość wszystkich tych wydarzeń jest poprzedzona rozległym planem w mojej głowie, którym często się z nikim nie dzielę, żeby „wyszło naturalnie”.  Moje „filmowe” spojrzenie na życie sprawia, że wiele zdarzeń jest wyreżyserowanych i ja jestem reżyserem. I ma to swoje dobre strony – scenariusz jest dobrą ramą, chęć dobrym motorem napędowym, ale czasem bywa też ogromną wadą. Bo ja chcę wypić kawę z tej kawiarni dokładnie w tym paryskim parku i zagryźć dokładnie tym makaronikiem, a więc ciągnę moich przyjaciół wzdłuż Sekwany, a oni zatrzymują się pod Notre Dame, żeby zrobić zdjęcia. I zanim docieramy do parku nikt już nie ma ani kawy, ani makaronika, a mnie przepełnia bezbrzeżne rozczarowanie. Stale muszę się mierzyć z rozczarowaniem, na które sama się skazuje, przygotowując idealną wizję w swojej głowie – bo ja chcę popływać właśnie na tej plaży, bo ja chcę, żeby ta nowa relacja w moim życiu potoczyła się w określony sposób, bo ja chcę, żeby spodobało mi się w Holandii, bo ja…

    Zawsze mam plan. Nie było w moim życiu momentu, w którym nie miałam bliższego lub dalszego (a szczególnie dalszego) planu na to, co chcę zrobić i jak to coś ma wyglądać. Spontaniczny roadtrip? Tak, ale musimy wrócić między 5 a 7 sierpnia i po drodze zahaczyć o 5 różnych miejsc. Obsesja kontroli, powiecie? Obsesja kontroli, powodowana brakiem poczucia stabilności w dzieciństwie? Tak, wiem, odrobiłam zadania domowe z terapii. I chociaż jestem tego świadoma, chociaż jest lepiej, chociaż jestem bardziej elastyczna, mniej planuje, mniej się skupiam na przyszłości i pozwalam sobie na niewiedzę, to nadal często ciężko mi odpuścić.  I ostatnio złapałam się na czymś, co bardzo łatwo byłoby przeoczyć i co myślę, że wiele ludzi może przeoczyć w codziennym życiu.

    Klasyczny plan, wpajany mi, wpajany nam wszystkim od dziecka – studia, praca, małżeństwo, dzieci, dom. W moich nastoletnich planach, w wieku 24 lat miałam brać ślub, 25 lat – być w ciąży i do 30stki (bo tak najzdrowiej) urodzić 3 lub 4 dzieci. Nie jestem ani trochę bliska spełnienia tych planów, a dotrzymanie ich ram czasowych już zdecydowanie przeminęło. I w tym momencie, nawet gdybym mogła, nie chciałabym ich dotrzymać. A jednak, zauważyłam, że żyję wśród duchów swoich planów. Ustatkowałam się sama ze sobą. Stworzyłam sobie życie, w którym jestem szczęśliwa, ale jednocześnie zbudowałam sobie klatkę. Wygodną, miłą i przyjemną, ale jednak klatkę. A klatka ma to do siebie, że ogranicza wzrost osobnika się w niej znajdującego.

    „Teraz przez 4 lata na pewno siedzę na miejscu, chcę trochę stabilności” mówiłam wszystkim bliskim, gdy zaczynałam doktorat. W trakcie niespodziewanej rozmowy zrozumiałam, że uwięziłam samą siebie w fazie plateau rozwoju – popracowałam nad sobą, zdobyłam doświadczenia, stworzyłam sobie szczęście – ale tylko na tyle, by móc odpocząć, by móc komfortowo się rozłożyć na szczycie i powiedzieć „już to mam, to jest to”. Ale życie tak nie działa. Szczęście nie jest stanem danym nam raz na zawsze. Te same czynniki, które cieszą nas teraz, mogą nie dać nam szczęścia za kilka miesięcy. Jasne, warto stanąć na szczycie i cieszyć się widokiem, na który się zapracowało, ale po jakimś czasie i tam wieje wiatr, i tam zachodzi słońce. Po jakimś czasie trzeba znaleźć nowy szczyt i spróbować go zdobyć. W moim planie na najbliższe lata nie było kolejnego stażu za granicą, nie było przeprowadzki, nie było innych zmian, których pewnie nawet się nie spodziewam. Ale w planie nie było też zakochania się w Alasce, nie było założenia bloga, nie było fotografii analogowej i nie było tego, że w wieku 25 lat pokocham się wystarczająco, żeby wieczorami nie karmić się fantazją o tym, jak pokocha mnie ktoś inny…

    Myślę, że tak często wmawiane nam jest, że czas na rozwój się kończy. Studia są określane, jako złoty okres, kiedy uczymy się najwięcej, rozwijamy się najbardziej, stajemy się tym, kim będziemy w tym życiu. A to nieprawda. Rozwój nie ma ram czasowych, a inspiracja czeka na nas w najmniej spodziewanych miejscach. A może nawet nie czeka? Może powstaje dopiero, gdy damy jej szansę?

    Ten tekst piszę dlatego, że porozmawiałam z osobą, z którą nie myślałam, że jeszcze będę rozmawiać. I dlatego,  że na wykładzie, na którym zamierzałam czytać książkę pod ławką, spijałam z ust każde słowo prowadzącej. Najlepsze rzeczy w życiu są nieplanowane. I ja wiem, że to brzmi banalnie, ale wydaje mi się, że mimo znajomości tej formułki niewiele ludzi jest naprawdę otwartych na to, co może się stać. Myślimy, że znamy samych siebie, myślimy, że wiemy, co nas uszczęśliwi. Jak często docieramy tam i nie jesteśmy wcale bardziej szczęśliwi niż wtedy, gdy obraliśmy cel? Jak wiele cudownych rzeczy po drodze omijamy?

    Moi znajomi po tym samym wykładzie, po którym ja piszę ten tekst, powiedzieli, że nic z niego nie wynieśli. Oczywiście nie wszystkich inspiruje to samo, dlatego mamy tak rozmaite formy sztuki. Ale pomyślałam w tamtym momencie, jak łatwo ja mogłam przeoczyć coś inspirującego.  Jest coś naiwnego, coś bezbronnego w romantycznym podejściu do życia. I uwielbiam ten stan, kiedy w moim ciele nie ma grama cynizmu, ale jest to trudne do osiągnięcia. Wymaga wrażliwości, otwartości i szczerości. I to wszystko naraża nas na zranienie. Odsłaniamy się i nie wiemy, czy nie zaboli. Ale jeśli się nie odsłonimy, nie połączymy się naprawdę z drugą osobą. I nie odbierzemy w pełni tego, co może nam przekazać. A to jest najprawdopodobniej najpiękniejsza część bycia człowiekiem.

    I wiem, że byłam o milimetry, żeby to przegapić. Chwilę wcześniej usiłowałam znaleźć połączenie gdzieś, gdzie go nie było. Usiłowałam poczuć coś, czego nie czułam, bo „byłoby dobrze, gdyby…”. Myślę, że mogłabym wiele stracić, gdybym została dłużej w tym miejscu. I myślę, że właśnie to jest to, co stanowi klatkę, dla wielu osób. Szukając magii, tam gdzie jej nie ma, przestajemy w nią wierzyć, zamiast po prostu zmienić miejsce poszukiwań. Łatwiej uwierzyć, że miłość (w jakiejkolwiek formie) nie istnieje niż myśleć, że jest niedostępna właśnie dla nas. Cynizm – gruba skorupa ochronna, ale w końcu klatka też chroni, prawda?

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *