Tag: społeczeństwo

  • Egoizm świętego spokoju

    Egoizm świętego spokoju

    Nie zaskoczę chyba nikogo, gdy powiem, że żyjemy w coraz bardziej zindywidualizowanym społeczeństwie (do którego popycha nas our beloved kapitalizm, ale to już inna rozmowa, a ja wiem za mało, by publikować eseje polityczne). Nadrzędnym celem młodych ludzi dookoła mnie jest znaleźć kogoś z kim nie tyle spłodzą potomstwo, ile wezmą kredyt na mieszkanie. Wszechobecne w socjalach (tak, będę je nadal winić za wszystko, bo naprawdę są winne) obrazy młodych osób odnoszących „życiowy sukces” w postaci freelancerskiej pracy, pięknych wnętrz KUPIONEGO mieszkania i miesięcznej podróży, co cztery tygodnie, stoją nam przed oczami we śnie i ością w gardle. Pokolenie naszych rodziców chciało mieć pieniądze, a my chcemy mieć czas, a ściślej mówiąc, chcemy mieć tyle pieniędzy, żeby pozwolić sobie mieć czas, bo przecież doba ma niezmiennie 24 godziny. Nie chcemy czekać do pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki, żeby się dorobić i „zacząć żyć”. Chcemy tego już teraz, a więc dążymy do tego zaoferowanym nam przez świat sposobem – produktywnością (nie mylić z ciężką pracą). W naszym pokoleniu większą niż kiedykolwiek wagę przykłada się do samorozwoju. W swoich latach dwudziestych musisz pracować i zarabiać, ale sprytnie, dużo i małym nakładem czasowym, podróżować jak najdalej i jak najczęściej, pójść na terapię i się „naprawić” do ostatniej nadszarpniętej struny, mieć pasję, a najlepiej kilka i najlepiej jakieś nietypowe i czytać, bo czytanie jest teraz hot, a no i jeszcze w międzyczasie poznać miłość swojego życia, tą z którą weźmiesz kredyt na mieszkanie i oczywiście też kupić to mieszkanie i urządzić tak, żeby przyjaciołom kapcie spadły… tylko no właśnie, kogo Ty tam zaprosisz? Bo w całej tej wyliczance zgubiliśmy przyjaźnie, zgubiliśmy wspólnotę i bycie aktywnym członkiem społeczności, w której żyjemy.

    Gdy umawiam się z moimi przyjaciółmi, żyjącymi w tym samym mieście, pada termin „za miesiąc” raz za razem. Nie jest to dla mnie żadna nowość, mam wrażenie, że żyję w tym schemacie już od dość dawna. Zawsze byłam zorganizowana, pamiętam o planach, urodzinach, potrafię zgrabnie balansować między życiem zawodowym, socjalnym i swoimi osobistymi projektami i pasjami, dlatego takie odległe terminy przyjmowałam przez długi czas, jako coś normalnego. Ale potem pomyślałam o „Przyjaciołach”, o opowieściach z młodości moich rodziców, a wreszcie o moim czasie spędzonym w Holandii, gdzie często co drugi dzień robiliśmy wspólny obiad czy wychodziliśmy na spacer i jakoś każdy z nas (pracujących na pełen etat ludzi!) znajdował na to czas. Na instagramie ten koncept nazywają „doorbell friends”, a moja koleżanka ostatnio nazwała to „kumpelą od peta”, kiedy to w liceum przychodziło się pod czyjś blok, tylko po to, żeby pół godziny pogadać, paląc przysłowiowego peta. I nie było szkoda nikomu czasu na dojazd, bo chwila z przyjacielem po prostu była taka cenna. „Bo mieliśmy więcej czasu” powiedzieliby moi przyjaciele. Ale nie wiem, czy to prawda, bo przecież już nie mamy sprawdzianów i sesji, a jeszcze nie mamy dzieci, nie mieszkamy pod miastem, większość z nas nie ma nawet psa, którego musi wyprowadzić, a jakimś cudem jesteśmy chronicznie zajęci. Nie wychodzimy z przyjaciółmi na spontaniczne spacery, bo świeci słońce, wychodzimy wtedy, kiedy mamy wpisane w kalendarz, nawet gdy pada deszcz (bo przecież miesiąc temu nie dało się przewidzieć pogody). Nie przychodzimy wypić razem herbaty, bo przyjaciółka miała ciężki tydzień. Nie dzwonimy, czasem nawet nie odpisujemy, generalnie nie pojawiamy się wtedy, kiedy nie jest to dla nas wygodne. A jak jesteśmy umówieni i nie mamy tego dnia humoru? Odwołujemy, bo przecież musimy za wszelką cenę chronić swój święty spokój. Szanujemy swoje własne „granice”, zapominając, że to przyjaciel może poprawić nam humor, że może ten telefon lub spotkanie, do którego w pierwszym momencie musimy się zmusić może zrobić nam dzień, a nawet jeśli nie, to możemy się podzielić z kimś bliskim naszym smutkiem czy gniewem.

    „Ale przecież ja nie chcę się spotykać z kimś, żeby nie było fajnie”. No jasne, nikt nie chce. Najlepiej jak jest fajnie, też mi nowość. Ale życie nie składa się tylko z przyjemnych elementów. Jeśli chcemy z kimś dzielić tylko przyjemności i oczekujemy od kogoś tylko pozytywnych emocji, to nie jest to prawdziwa przyjaźń. Przyjaciele są na dobre i na złe. Chyba trochę o tym zapomnieliśmy, karmiąc się filmikami z przygód obcych ludzi w Internecie, gdzie wszyscy wyglądają na szczęśliwych i zgodnych. Więc zamiast spędzić z kimś bliskim czas, który może nie będzie najpiękniejszy, najmilszy, może będzie trochę trudny, może będzie trochę nudny (ale może temu komuś bardzo potrzebny), wolimy poczytać książkę, oddać się swojej pasji, poscrollować instagrama, jako substytut życia społecznego, posłuchać samorozwojowego podcastu. Przecież to da mi więcej  k o r z y ś c i  niż pokazanie komuś, że jestem, kiedy ten ktoś nie czuje się najbardziej rozrywkową wersją siebie, prawda?

    Sprzedają nam tę produktywność opakowaną w piękny papier, przewiązaną wstążką – self-love, self-development, me time – i my to wszystko z radością kupujemy i ustawiamy na półkach naszej duszy, którą prezentujemy coraz mniejszej liczbie osób, bo „oni nie są tego warci”, bo chronimy „swoją energię”, bo nie chcemy, nie daj Boże, zmarnować piątkowego wieczoru na pomoc koleżance w przeprowadzce. Wybieramy skrajną produktywność, licząc że te pieniądze, ta pasja, ta terapia, ten samorozwój, ta książka i podcast nas naprawią, że wreszcie będziemy wystarczająco wartościowi, tylko dla kogo? Skupiając się tak bardzo na sobie tracimy relacje z osobami, które chcemy do siebie przekonać – a ostatecznie od zawsze musieliśmy tylko przekonać samych siebie. Zamiast skupiać się na projektowaniu konkretnego wizerunku, tworzenia obrazu siebie w oczach innych, powinniśmy się odważyć być sobą, otwierać się, pielęgnować przyjaźnie i osobę, którą jesteśmy, gdy jesteśmy wśród bliskich nam ludzi. Nie zostaliśmy stworzeni do życia samemu, jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy siebie nawzajem.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Tęsknota duszy

    Tęsknota duszy

    Zaczęło się na Alasce – to osobliwe uczucie, jakby moja dusza się rozszerzyła. Czułam je bardzo wyraźnie, ale nie miałam wtedy pojęcia, co oznacza, więc pozwoliłam mu być. Coś między tęsknotą za czymś, czego nigdy nie miałam a zakochaniem w czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale wprowadziło mnie w stan pewnego wyczulenia na znaki, których szukać było o tyle ciężko, że nie wiedziałam, jak mają wyglądać, ani do czego mają mnie doprowadzić. Więc czekałam, pielęgnując tę nową przestrzeń w sercu w nadziei, że odezwie się do mnie znowu w odpowiednim czasie.

    Tak też się stało ponad pół roku później w przypadkowy styczniowy poniedziałek. Nie zdarzyło się nic konkretnego. Obudziłam się otoczona betonem, z łoskotem tramwajów za oknem, wsiadłam do samochodu i w sznurku innych do mnie podobnych pojechałam do pracy, żeby zarobić na popołudniowe zakupy w Lidlu, żeby otoczyć się przedmiotami w domu, okryć swoje ciało materiałem z H&Mu, a później przeczytać książkę o tym, że życie jest absurdem i poczuć to spadające na moje myśli całym swoim ciężarem, wywołując ciche, ale już niemożliwe do zignorowania „nie chcę tak”.

    Ale życie, życie jest nowelą i następnego dnia w mojej rodzinie zdarzył się wypadek, który sparaliżował całe moje myślenie, a wszystkie działania sprowadził do prostego „przetrwać”. Na szczęście przetrwałam, wszyscy przetrwaliśmy i wróciłam do rutyny – samochód, praca, Lidl, mieszkanie, karmiąc się w przerwach Kafką i Camusem, słysząc znowu zakradające się do mojej świadomości „nie chcę tak”.

    Z okazji dnia kobiet i długo wyczekiwanej wiosny pojechałam z przyjaciółkami i siostrą na Maderę. Ta wulkaniczna wyspa zrobiła na mnie, na nas wszystkich zresztą, piorunujące wrażenie. Nie byłyśmy w stanie powstrzymać zachwytów, „boże patrzcie na ten widok” padało z naszych ust średnio co pięć minut, a God Is Kanye leciało na zapętleniu, jeśli nie z głośników w aucie, to z naszych gardeł. Dla mnie to było coś więcej niż długo wyczekiwane, piękne wakacje. Pomiędzy oniemiająco soczystą zielenią, jakby wyjętą rodem z powieści Marqueza, malowniczymi klifami, o które majestatycznie rozbijały się fale a czarnym piaskiem pod moimi stopami na plaży odnalazłam tę przestrzeń duszy, która stworzyła się na Alasce, a może od zawsze we mnie tkwiła uśpiona, po prostu Alaska zaczęła ją przywoływać, a Madera dokończyła dzieła.

    Czułam, że znowu oddycham w pełni i nie była to kwestia słońca (którego przed wyjazdem solidną dawkę otrzymałam w Polsce), braku obowiązków (których wcale jeszcze nie mam tak wiele) czy nawet kawy z nieodzownym pastel de nata za 2 euro (zero kontrargumentu, tego w Polsce mi bardzo brakuje). To była kwestia tego poczucia, że mogę żyć inaczej, że nie jest to nieosiągalne, że są miejsca, gdzie ludzie tak żyją – prościej, wolniej, spokojniej, bliżej natury. Wysuszony słońcem dziadek opłukujący swoje kalosze w lewadzie po zejściu z małej plantacji bananów, babuleńka w lokalnym sklepiku na końcu świata, w którym były jedynie paczki chipsów, papierosów i liczne figurki Dzieciątka Jezus, młode dziewczyny pokazujące nam drogę na migi, tłumy lokalnych mieszkańców siedzących w południe w obskurnych snack barach, gdzie możesz dostać i kawę, i wódkę – oni wszyscy byli dla mnie niemą poezją wypełniającą tę nowo odkrytą przestrzeń mojej duszy.

    W dzień powrotu czułam ogromną niezgodę. Znowu budzenie się w świecie z betonu, stanie w korku i udawanie, że pieniądze, jakaś kariera, zdrowe nawyki tzw. ogólnożyciowy sukces człowieka XXI wieku to jest to? Że to jest ten sens życia? Że do tego zostałam stworzona i przeznaczona? Każda cząstka w moim wnętrzu ulegała konwulsjom na skutek tych myśli. Chcę mieszkać w naturze, budzić się przy dźwiękach lasu, chodzić boso, mieć kury, umieć rozpoznawać drzewa i uprawiać owoce. Nie chcę żyć dla walidacji szefowej, współpracowników, słuchaczy na konferencji, nie chcę żyć dla karmienia swojego ego, gdy znajomi zazdroszczą mi mieszkania z widokiem czy kolejnej zagranicznej podróży. To wszystko jest ulotne, to wszystko jest nieprawdziwe. Ulegamy temu tak łatwo, biegniemy w wyścigu do mety, która nawet nie jest tym miejscem, które nas interesuje. I tak oto sztuka, natura, prawdziwe połączenie z drugim człowiekiem i z samym sobą stają się czymś pomiędzy, czymś co robimy w przerwie od… No właśnie od czego? Od budowania swojej osobowości z przedmiotów, z osiągnięć, z momentów, które dobrze wyglądają na zdjęciu, od tworzenia fasady człowieka, zamiast faktycznego bycia człowiekiem.

    Czuję, że coś zaczęło się we mnie łamać, w bardzo dobry sposób, ale jednocześnie przerażający. Bo co mam teraz zrobić ze swoim życiem młodej, obiecującej kobiety? Jak je prowadzić tak, żeby ta część mojej duszy przywołana przez Alaskę i Maderę znalazła na stałe ukojenie i rozwijała się, zamiast pozostawać w ukryciu? Konwencjonalne życie odpada, ale nie chcę robić zwrotu o 180 stopni i dołączać do hipisowskiej komuny odrzucającej wszelki dobrobyt, zdobycze współczesnej medycyny i ogólne zasady funkcjonowania w społeczeństwie, jak Chris w Into the wild. Nie chcę też zostawać cyfrowym nomadem, bo w tej tęsknocie nie chodzi o bycie w wiecznej podróży, a poza tym za bardzo lubię być blisko domu i pielęgnować swoje małe rutyny, żeby zdecydować się na taki sposób życia. Zniknięcie z instagrama na jakiś czas i poświęcenie więcej czasu na sztukę i literaturę trochę pomogło, ale to było bardziej jak naklejenie plastra, gdy rana wymaga szycia. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, nie mam odpowiedzi, ale mam już bardzo konkretne pytanie, którym mogę oświetlać sobie drogę.

    Widzę też ten trend w naszym pokoleniu, w rozwijającej się branży surf&yoga retreats, w najnowszej modzie na powrót do analogowych rozrywek, na czytanie książek, na detoks od social mediów i zmianę iphone’a na flip phone. Chcemy żyć wolniej, nauczyć się być tu i teraz, doświadczać życia zamiast jego fasady, ale tak bardziej na wakacje, bardziej w przerwie od normalności, bardziej jako ciekawy eksperyment, bo chyba nikt do końca nie wie, jak to zrobić tak naprawdę. Mam wrażenie, że wszyscy trochę boimy się odrzucić komfort i ciężar życia, do jakiego się przezwyczailiśmy, bo jest on łatwiejszy niż stanięcie przed pytaniem „co teraz?”. I nie mogę nikogo winić, bo ja też się go boję, ale jednocześnie nie potrafię dłużej ignorować, tego przeczucia, że ta tęsknota to coś ważnego, coś dobrego, coś co mnie poprowadzi do życia, jakiego pragnę.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Wyznania miłosne

    Wyznania miłosne

    Gdy po raz pierwszy i póki co jedyny w moim życiu mówiłam „kocham Cię” w kontekście romantycznym, wiedziałam, że pozostanie ono nieodwzajemnione. A jednak, prawie jak Rachel wyznawająca Rossowi miłość na krótko przed jego ślubem, czułam, że muszę to powiedzieć (na szczęście daleko mi było do toksycznej relacji z Przyjaciół, bo chłopak będący odbiorcą mojego wyznania był singlem pełną parą). Wypowiedzenie na głos tych słów przyniosło mi ulgę. Jednak wydarzenia, które nastąpiły później i moje wybory doprowadziły mnie do przykrej krainy cynizmu. Owinęłam się jego warstwą, jak kokonem, gotowa uwierzyć, że miłość jest iluzją, fantazją, złudzeniem, a nawet jeśli jest prawdziwa, to nie jest dostępna dla mnie i nie jest mi potrzebna.

    Moi przyjaciele, rodzina oraz liczne komedie romantyczne mówiły, że mój cyniczny pancerz samoistnie się rozpadnie, gdy poznam „właściwego” chłopaka.

    Ale lata mijały, a ja nie poznawałam nikogo, kto chciałby próbować być „tym właściwym”, a jeśli się taki zdarzył, to nie był to kandydat w kręgu moich zainteresowań. W międzyczasie zaliczyłam kilka situationshipów – prób udawania, że umiem w coś casual, trochę przekonywania się do tego, że przyjaźń + dobry seks to wszystko, czego potrzeba do udanego związku, że wcale nie istnieje ten nieuchwytny, nieco magiczny element zakochania, który biolodzy przypisują feromonom, a astrolodzy – kosmogramom. Nie działało, cyniczny pancerz zaczynał uwierać, czułam, że coś gubię, jakąś część siebie, której nie byłam jeszcze gotowa odnaleźć. Ale powoli kroczek po kroczku zbliżałam się do kolejnego wyznania, być może nawet ważniejszego:

    I’m a lover girl

    Gdy wreszcie to sobie powiedziałam, gdy pozwoliłam sobie znowu być romantyczna, pragnąć romantyczności, pragnąć miłości, włączać ją do swojej wizji przyszłości, zrzuciłam tę za małą skorupę cynizmu, która już zaczęła mnie dusić i poczułam się wolna.

    Przez długi czas myślałam, że nie mogę być lover girl bez partnera, że będę mogła uaktywnić całą swoją romantyczność dopiero, gdy wejdę w związek. Ale to nie jest prawda. Bycie romantycznym nie zależy od statusu relacji, tylko od sposobu patrzenia na świat i odnoszenia się do niego – zauważanie magii, tam gdzie wcześniej widziało się szarość.

     I jest w tym coś kruchego i bezbronnego – w takim podejściu do życia – ale mi jest o wiele lepiej być bezbronną sobą niż tkwić w za ciasnej skorupie, która ma mnie chronić. Bądźmy vulnerable – na tym etapie życia już chyba niemal każdy został chociaż raz poważnie zraniony, nikt nie chce tego powtarzać i o ile łatwiej i przyjemniej by było, jakbyśmy pozwalali sobie być sobą i poznawali się bez tych zasłaniających nasze oblicza skorupa to z uważnością, z delikatnością, aby nie ranić siebie nawzajem.

    Niezależnie od tego czy spędzasz Walentynki (czy jakikolwiek inny dzień roku) samotnie czy w duecie, jeśli jesteś lover girl/boy, to bądź. Napisz kartkę do przyjaciółki, idź na romantyczny spacer solo, spójrz na parę zakochanych nastolatków z czułością, wyobraź sobie swoje życie w jasnej, może trochę podkoloryzowanej wersji, a potem przenieś tę wersję do rzeczywistości. Ostatecznie różowe okulary można nosić zawsze, nie tylko jako ogłupiający dodatek do honeymoon phase. A kiedy nauczysz się je samodzielnie zakładać, życie po prostu stanie się lepsze.

    ***

    Pomysły na romantyzowanie:

    • Romantyczna muzyka na słuchawkach (polecam soundtrack „Her”, ogólnie soundtracki wszystko od Sigur Ros)
    • Czytanie/szkicowanie/pisanie w przestrzeni publicznej (może ostatnio zyskało to wydźwięk performatywny, ale nadal jest super)
    • Napisanie listu/pocztówki do przyjaciółki
    • Wywołanie zdjęć i zrobienie albumu
    • Fotografowanie analogiem albo starą cyfrówką (nie jestem zbyt obiektywna, wiem)
    • Spacer z wymyślaniem historii obcych ludzi, których mijasz
    • Zatrzymywanie wzroku na przypadkowej scenerii i wyobrażenie sobie, jaka byłaby kontynuacja, gdyby to był film
    • Przejrzenie albumów dziadków/rodziców i spytanie ich o historie z młodości
    • Wyjście w jakimś nietypowym outficie (jak będzie wiosna, bo teraz ciężko), w którym poczujecie się wyjątkowo
    • Kupienie sobie (albo komuś) kwiatów lub innej małej, nieużytecznej rzeczy, która sprawia radość
    •  Obejrzenie czarno-białego filmu

    Jeśli macie coś do dodania do tej listy, piszcie!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Redefinicja bycia cool

    Redefinicja bycia cool

    W czasach liceum i studiów nigdy nie nazwałabym siebie cool osobą. W moim słowniku cool ludzie to byli pozerzy, którzy mieli „kopiuj-wklej” osobowości, vansy na stopach i chodzili na domówki co sobotę. Zawsze opierałam się przed byciem taką jak wszyscy, zawsze chciałam być oryginalna, więc oceniająco patrzyłam na wszystkich posiadających w moim mniemaniu łatkę cool osoby. Jednocześnie romansowałam z ideą bycia cool – spotykałam się z chłopakami, którzy byli skaterami, stonerami lub tymi z zamiłowaniem do markowych ubrań i podobało mi się to, ale nadal uparcie powtarzałam, że ja nie jestem i nie chcę być cool. Czułam, że bycie cool jest nieautentyczne i wiąże się z bardzo zdystansowanym podejściem do emocji, ludzi i świata, a dla mnie udawanie takiego poziomu nonszalancji to za duża presja.

    Jednak gdzieś w przeciągu ostatnich 2 lat, nie wiem do końca kiedy, ani dlaczego, moja definicja bycia cool całkowicie się zmieniła. Zaczęłam używać tego określenia w pozytywnej konotacji, a nawet w odniesieniu do siebie samej. Zaczęłam być cool. Przestało chodzić o to, co robisz, co nosisz i co lubisz, a zaczęło o to JAK i DLACZEGO to robisz.

    Zrozumiałam, że w byciu cool nigdy nie chodziło o bycie kimś ze z góry określoną osobowością, tylko o poznanie i zdefiniowanie samej siebie. Można być cool na 10000 różnych sposobów i nasze gusta nie zamykają nam do tego drogi, bardziej chodzi o to żeby ten gust mieć, swój własny i żeby poruszać się po życiu ze świadomością kim jesteśmy, bo to jest właśnie całe sedno bycia cool.

    No dobra brzmi fajnie, ale co to tak właściwie znaczy? Czy ty jesteś cool? Pewnie jesteś, bo czytasz bloga w 2026, to robią tylko cool ludzie. Ale zróbmy małą check-listę.

    Cechy charakterystyczne cool osoby (według mnie oczywiście):

    • Główną rzeczą jest posiadanie pasji. Nieważne jakiej pasji, ważne żeby mieć coś, co sprawia, że nasze serce płonie, a oczy błyszczą i co jest w jakikolwiek sposób procesem tworzenia, a nie konsumpcji. (Tworzenia niekoniecznie rzeczy materialnych, mogą to być też rzeczy konceptualne, jak przemyślenia na temat filmów u kinomaniaka) Może to być wszystko od malowania przez czytanie na składaniu modeli lego skończywszy, ważne żebyście kochali to tak bardzo, że robicie to nawet, gdy nie macie z tego żadnych korzyści i żadnego uznania społeczeństwa. Innymi słowy – to co byście robili nawet jak nikomu tego byście nie mogli pokazać? Dla mnie są to dwie rzeczy: fotografia i pisanie.
    • Ciekawość świata – to moim zdaniem cecha, która niestety coraz bardziej zanika przez konformizm, jaki nas otacza. Trzeba włożyć więcej energii niż kiedyś, by oprzeć się łatwym dawkom dopaminy z telefonu czy telewizji, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu i żeby podjąć próbę odkrycia nowych dla siebie rzeczy. „Wszystkiego w życiu możesz się nauczyć, tylko nie ciekawości” jest prawdą – niektórzy cechują się większą ciekawością świata, inni mniejszą, ale niezależnie od tego kto, w której grupie się znajduje, ciekawość można i trzeba podsycać, bo łatwo, szczególnie w dorosłości, ją stracić w monotonii pracy i codzienności. A jak to robić? Sposobów jest wiele – czytanie (ze zrozumieniem!), podróżowanie w sposób autentyczny a nie turystyczny (nie dla powtórzenia cudzych doświadczeń, zdjęć i rolki z instagrama tylko dla zdobycia nowych, czasem trudnych, czasem nieładnych, czasem niespodziewanych, ale swoich własnych doświadczeń). Ważne jest też podejmowanie nowych wyzwań, zgłębianie nowych tematów, poznawanie nowych ludzi – generalnie wszystko, co jest nowe i będzie wyjściem ze strefy komfortu zostanie docenione przez nasz układ nerwowy (percepcja czasu zmienia się z wiekiem, „czas przyspiesza”, bo nasz mózg dostaje coraz mniej nowych bodźców, wychodzenie ze strefy komfortu „wydłuża” nasz czas). Ostatnio praktykuje używanie frazy do it for the plot nie w odniesieniu do przespania się z ex czy poderwaniem typa w klubie, jak to widzimy w sm, tylko w odniesieniu do przeczytania książki o czarnych dziurach, pójścia na nowe zajęcia sportowe czy spontanicznego wyjścia na wystawę w galerii sztuki. Wszystkie te rzeczy wiążą się z jakimś wysiłkiem na początku (mózg też jest leniwy, więc nie chce „marnować” energii), ale gdy już się postanowi, to każde kolejne takie działanie przychodzi coraz łatwiej i ani się obejrzymy, a zbieramy wiele cennych doświadczeń.
    • Uważność  – można robić wszystko i nie wynosić z tego nic, jeśli nie robimy tego w sposób uważny, a po akcie działania nie następuje akt myślenia. Co komu po tym, że ponurkuje w Morzu Czerwonym, przeczyta książkę Olgi Tokarczuk albo obejrzy wszystkie oscarowe filmy z danego roku, jeśli nie nastąpi po tym introspekcja na temat danego wydarzenia czy przyjętej treści? ( introspekcja – proces wglądu w siebie, polegający na obserwacji i analizie własnych myśli, uczuć, potrzeb, decyzji i stanów psychicznych, mający na celu samopoznanie i zrozumienie własnej psychiki; jedno z moich ulubionych słów ostatnio) Lepiej zrobić mniej, a uważniej.
    • Czymś po czym można czasem poznać cool ludzi na pierwszy rzut oka jest fizyczna autoekspresja, czyli wyrażanie siebie przez styl. Nieważne jaki styl, byle autentycznie wyrażał twórcę. Dla mnie to, że ktoś posiada spójny styl – czy to ubierania się, czy to wnętrza swojego mieszkania, czy nawet biurka w pracy – oznacza, że ta osoba zna siebie i wie co chce wyrazić. Jest wiele stylów, które do mnie nie przemawiają i mi się nie podobają, ale nadal doceniam, że ludzie wiedzą, co chcą przekazać i przede wszystkim mają odwagę to przekazać.
    • Elementem zbliżonym do stylu jest gust– nieważne jaki jest, ważne żeby był autentyczny i spójny (nie musi być wąski, ale żeby dana osoba potrafiła uargumentować dlaczego coś lubi). Oczywiście gust jest rzeczą zmienną, ale nie jest gustem jeśli zmienia się razem ze wszystkim, co modne i mainstreamowe. Ja szczególnie zwracam uwagę na gust muzyczny, bo muzyka jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu i ciężko mi nawiązać relacje z muzycznymi ignorantami, bądź chorągiewami. Możesz słuchać Taylor Swift albo renesansowej muzyki barokowej, ale niech to wypływa z gustu a nie mody. Jest też oczywiście gust filmowy/książkowy, gust co do jedzenia (smak), do sztuki (estetyka), do sposobów spędzania czasu, do ludzi itd. Gdy ktoś zna swój gust, ale jednocześnie jest skłonny do próbowania nowych rzeczy – to jest najbardziej cool typ osoby.
    • Niezależność – ludzie, którzy są cool nie czekają aż życie się im przydarzy, tylko sami tworzą sobie życie, jakiego pragną. Nie mówią „chcę podróżować, ale nie mam z kim” tylko „lecę sam/a, może kogoś poznam na miejscu”. Biorą życie w swoje własne ręce i nie czekają aż pojawi się przyjaciółka, chłopak czy ktoś, kto zorganizuje ich życie za nich. To jest często przerażające. Łatwiej jest iść za tłumem, łatwiej jest, gdy ktoś podejmie za nas decyzje – chcemy wiedzieć co robić, gdzie wyjechać, co jeść, gdzie jeść, jak ćwiczyć, jak uprawiać seks, jak kochać, do czego tańczyć, do czego płakać – i szukamy odpowiedzi często u innych ludzi, a to są odpowiedzi, które wcale nie są nasze. Postawienie na siebie i słuchanie swojego głosu jest często trudne, szczególnie gdy jest on zagłuszony przez wszystkich dookoła i wydaje nam się, że wcale nie istnieje. Ale cudze drogi nie doprowadzą nas do naszych celów. Chcesz iść do kina, chcesz jechać na tę wycieczkę, chcesz nauczyć się surfować, grać na trąbce, szydełkować czy co tam jeszcze? Nie używaj „ale nie mam z kim” jako wymówki do odkładania na swoich marzeń na później, naucz się być sam/a ze sobą i kochać swoje własne towarzystwo.
    • Posiadanie wysoko rozwiniętych umiejętności interpersonalnych. Co obejmuje zarówno umiejętność dogadania się z różnymi typami ludzi (np. w pracy czy w podróży) jak i umiejętność budowania szczerych i stabilnych relacji, a także umiejętność nawiązywania nowych.
    • Zaradność i elastyczność – cool ludzie nie panikują, gdy plan się sypie, gdy coś się psuje, gdy życie się zmienia tylko dostosowują się do nowej sytuacji, naprawiają, co może być naprawione, zmieniają, co lepiej zmienić.
    • Oczywiście nie zapominajmy o dobroci i życzliwości, bo jak ktoś tego nie ma to na pewno nie może być cool i nawet chyba nie ma potrzeby tego tłumaczyć.
    • Pewność siebie – to cecha, którą najczęściej wymienialiście, gdy pytałam Was „co sprawia, że ktoś jest cool”. Znam wiele osób, które z pozoru wydają się pewne siebie, a tak naprawdę jest to tylko sytuacyjna pewność siebie (np. na studiach, bo dostaje się piątki z łatwością albo na imprezach, bo ktoś jest bardzo uzdolnioną społecznie osobą albo na zdjęciach, bo ktoś jest pewien swojego wyglądu), a nie ta autentyczna wynikająca z wewnętrznej akceptacji i zdrowego poczucia własnej wartości. Ta druga jest rzadka, bo zwykle wymaga wiele stałej pracy nad sobą, której uczymy się dopiero w dorosłym życiu. Jednak im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej skupiamy się na porównywaniu z innymi, ocenianiu ich, tłumaczeniu się ze swoich wyborów i działań, a bardziej na lepszym przeżywaniu swojego własnego życia. Jesteśmy bardziej połączeni sami ze sobą i dzięki temu podejmujemy lepsze decyzje. Pogrzebujemy chęć udowadniania komuś czegoś lub zaimponowania innym ludziom. Robimy to, co naprawdę chcemy zrobić i nie przejmujemy się tym, co pomyślą inni ludzie. Możemy głośno śpiewać na koncercie, tańczyć na środku parkietu, ubrać kolorowe kowbojki, zostać w domu, gdy wszyscy wychodzą w piątkowy wieczór, odejść od znajomych, którzy nas nie doceniali, zmienić pracę, wyprowadzić się – pewność siebie otwiera tak wiele nowych drzwi!
      Ale nie należy mylić pewności siebie z pychą, bo granica może być na pozór cienka. Pewna siebie osoba nie jest przekonana, że zawsze ma rację lub że jej wybory są najlepsze i jedyne słuszne, ale raczej wierzy w swoją zdolność, żeby dojść do właściwej dla siebie odpowiedzi (czasem przez przyjęcie czyjejś rady i zmianę perspektywy).
    • Kluczowym elementem, bez którego żadna z powyższych rzeczy nie ma znaczenia jest autentyczność. Cool ludzie nie robią rzeczy, żeby być cool w oczach innych lub nawet w swoich własnych. Bycie cool zakłada wyzbycie się performatywności i robienie wszystkiego dla siebie i z autentycznego miejsca w swoim sercu. Nie jest to łatwe, szczególnie w dobie social mediów, bo granica między performatywnością a autoekspresją jest cienka i zwykle trzeba uważnie się przyglądać swoim motywom, ale performatywność nie przybliży was do samych siebie, a autoekspresja tak.

    Kilka specyficznych, losowych rzeczy, które są dla mnie niesamowicie cool: bycie offline (szczególnie będąc z ludźmi), bycie dobrym kierowcą, jak ktoś umie naprawiać rzeczy w domu, robienie albo dekorowanie własnych mebli, posiadanie własnych, małych tradycji (np. kupowanie sobie kwiatów na dzień kobiet), podróżowanie samemu, czytanie gazet (w formie papierowej!), gotowanie, gdy ktoś robi solo dates, szycie własnych ubrań.

    I co? Jesteście cool?

  • Performatywna kobieta

    Performatywna kobieta

    Świat zagrzmiał o koncepcie performative male. Odbywają się konkursy w parkach czy kawiarniach, które mają rozstrzygnąć który z chłopaków z muletem i płócienną torbą lepiej potrafi udawać, że czyta feministyczną książkę, popijając matchę. Jakkolwiek nie współczuję w tym momencie chłopakom, którzy po prostu chcą poczytać w przestrzeni publicznej i mają jakieś poczucie stylu, cały koncept dostarcza mi i moim koleżankom niemałej rozrywki, gdy chodzimy po mieście.

    Obraz performatywnego mężczyzny jest tak dopracowany, że niemal nie pozostawia miejsca na żadną dowolność. A co z obrazem performatywnej kobiety? Psychologia (i moja koleżanka) mówi mi, że płeć jest z natury performatywna.  Internet mówi mi, że obrazy performatywnej kobiety różnią się w zależności od artysty – dla niektórych są to pick me girls, dla innych kobiety-szefowe o stereotypowo męskich cechach. A moja podświadomość podszeptuje mi, że każda kobieta jest performatywna, w tym także ja.

    Czy rzeczywiście tak jest? Czy ludzie nie nakreślili konkretnego obrazu performatywnej kobiety, bo każda jest z założenia performatywna? Czy obraz kobiety urzeczywistnia się dopiero pod spojrzeniem mężczyzny? W to nadal tak często wierzy świat. Kobiety, które próbują wyrażać siebie dla siebie zderzają się z komentarzami (jakże często innych kobiet), że robią to „for the male gaze”. Lubię nosić sukienki, lubię być seksowna i lubię tańczyć, jakbym grała w teledysku Beyoncé. Czy to, że lubię te rzeczy i robię je zarówno publicznie, jak i wtedy gdy nikt nie patrzy sprawia, że jestem performatywna? Czy to nie zwyczajna autoekspresja? Wcześniej często myślałam, że dziewczyny, które lubią być chłopczycami albo mają styl „for the female gaze” mają łatwiej. Nikt im nie może zarzucić fałszu w upodobaniach, bo różnią się one od kanonu. Ale potem zauważyłam, że człowiek, który nieustannie szuka dziury, nie znalazłszy jej, stworzy własną – pewnie ta dziewczyna z oryginalnym stylem stosuje odwróconą psychologię i nie zwracając na siebie uwagi mężczyzn, chce na siebie ją zwrócić – koło się zatacza. „Stereotypowi” gardzą „innymi”, „inni” gardzą „stereotypowymi”, wszystko staje się performatywne. Dlaczego tak bardzo nie potrafimy się pogodzić z tym, że ktoś naprawdę może być inny od nas samych? Dlaczego myślimy, że skoro my się nie czujemy z czymś dobrze, jak noszenie krótkich, obcisłych sukienek, to od razu oznacza, że nikt inny też się nie może czuć dobrze, a jak mówi, że tak się czuje, to kłamie albo „po prostu lubi męską atencję”? Nie raz zostało mi subtelnie lub wprost wytknięte, że „komu to ja próbuję zaimponować tym swoim tańcem?”, a w międzyczasie znani mi chłopacy raczej się z moich filmików śmiali niż je podziwiali, a faceci na imprezach prosili do tańca moje „spokojniejsze” koleżanki. Wysoce wątpliwe, żebym kontynuowała taką formę autoekspresji, gdyby była ona narracją czyichś fantazji. Poza tym czy ludzie w dorosłym życiu naprawdę jeszcze zastanawiają się, co ktoś o nich pomyśli? Ja wcześniej myślałam o tym stale, analizując przed snem każde wypowiedziane tego dnia słowo, każde spojrzenie, każdy gest. I wcale nie dowiadywałam się o życiu i swoich relacjach więcej niż dowiaduję się teraz, gdy po prostu opuściłam niekończacą się pętlę overthinkingu. Kto ma na to czas i siłę? Czy nie lepiej przeznaczyć całą tę energię na coś twórczego i rozwijającego?

    Nie zaznałam jeszcze większego wyzwolenia niż to, które czuję za każdym razem, gdy publikuję tekst. Za każdym razem (bo nadal tak jest), muszę powtarzać sobie „okej, w sumie kogo to obchodzi, a jak kogoś obejdzie to przecież fantastycznie” i klikam „dodaj wpis” i może dzięki temu buduję siebie w oczach  innych (pewnie 10 osób, które to czytają), ale głównie buduję siebie dla siebie. Tak samo, jak tańczę dla siebie gotując i dla siebie bardzo dramatycznie nieraz płaczę pod prysznicem. Nigdy nikt nie będzie miał dostępu do tak wielu aspektów mojej osobowości, co odczuwam czasami dotkliwie i co podkreśliła dla mnie ostatnio książka (performatywna) „Ja, która nie poznałam mężczyzn”. Większość myśli, większość emocji przeżywamy w tym życiu sami. I czasem mnie to przytłacza, ta niebaśniowa wizja życia, które Disney przecież przyrzekł nam dzielić z drugą osobą w pełni. Ale w innych momentach daje mi siłę, bo wiem, że mogę budować spójny obraz tego kim jestem dla siebie z tym co postanawiam sobą reprezentować. Czasem pewnie i pomiędzy to wkrada się performatywność, a  czasem ją nawet tam zapraszam, wiedząc doskonale, że robię coś, żeby uzyskać określoną reakcję konkretnej osoby, co nie oznacza, że nie jest to zgodne ze mną.

    Wręczenie komuś pędzla, by namalował sobie mój obraz także wymaga akcji z mojej strony. To ja wybieram na ten obraz spojrzeć, to ja wybieram, by się w nim dostrzec lub stwierdzić, że to wcale nie moja podobizna. Nikt nas nie zmusza do chodzenia po galerii swoich karykatur namalowanych przez ludzi, którzy naprawdę nas nie poznali.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *