Autor: admin

  • Egoizm świętego spokoju

    Egoizm świętego spokoju

    Nie zaskoczę chyba nikogo, gdy powiem, że żyjemy w coraz bardziej zindywidualizowanym społeczeństwie (do którego popycha nas our beloved kapitalizm, ale to już inna rozmowa, a ja wiem za mało, by publikować eseje polityczne). Nadrzędnym celem młodych ludzi dookoła mnie jest znaleźć kogoś z kim nie tyle spłodzą potomstwo, ile wezmą kredyt na mieszkanie. Wszechobecne w socjalach (tak, będę je nadal winić za wszystko, bo naprawdę są winne) obrazy młodych osób odnoszących „życiowy sukces” w postaci freelancerskiej pracy, pięknych wnętrz KUPIONEGO mieszkania i miesięcznej podróży, co cztery tygodnie, stoją nam przed oczami we śnie i ością w gardle. Pokolenie naszych rodziców chciało mieć pieniądze, a my chcemy mieć czas, a ściślej mówiąc, chcemy mieć tyle pieniędzy, żeby pozwolić sobie mieć czas, bo przecież doba ma niezmiennie 24 godziny. Nie chcemy czekać do pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki, żeby się dorobić i „zacząć żyć”. Chcemy tego już teraz, a więc dążymy do tego zaoferowanym nam przez świat sposobem – produktywnością (nie mylić z ciężką pracą). W naszym pokoleniu większą niż kiedykolwiek wagę przykłada się do samorozwoju. W swoich latach dwudziestych musisz pracować i zarabiać, ale sprytnie, dużo i małym nakładem czasowym, podróżować jak najdalej i jak najczęściej, pójść na terapię i się „naprawić” do ostatniej nadszarpniętej struny, mieć pasję, a najlepiej kilka i najlepiej jakieś nietypowe i czytać, bo czytanie jest teraz hot, a no i jeszcze w międzyczasie poznać miłość swojego życia, tą z którą weźmiesz kredyt na mieszkanie i oczywiście też kupić to mieszkanie i urządzić tak, żeby przyjaciołom kapcie spadły… tylko no właśnie, kogo Ty tam zaprosisz? Bo w całej tej wyliczance zgubiliśmy przyjaźnie, zgubiliśmy wspólnotę i bycie aktywnym członkiem społeczności, w której żyjemy.

    Gdy umawiam się z moimi przyjaciółmi, żyjącymi w tym samym mieście, pada termin „za miesiąc” raz za razem. Nie jest to dla mnie żadna nowość, mam wrażenie, że żyję w tym schemacie już od dość dawna. Zawsze byłam zorganizowana, pamiętam o planach, urodzinach, potrafię zgrabnie balansować między życiem zawodowym, socjalnym i swoimi osobistymi projektami i pasjami, dlatego takie odległe terminy przyjmowałam przez długi czas, jako coś normalnego. Ale potem pomyślałam o „Przyjaciołach”, o opowieściach z młodości moich rodziców, a wreszcie o moim czasie spędzonym w Holandii, gdzie często co drugi dzień robiliśmy wspólny obiad czy wychodziliśmy na spacer i jakoś każdy z nas (pracujących na pełen etat ludzi!) znajdował na to czas. Na instagramie ten koncept nazywają „doorbell friends”, a moja koleżanka ostatnio nazwała to „kumpelą od peta”, kiedy to w liceum przychodziło się pod czyjś blok, tylko po to, żeby pół godziny pogadać, paląc przysłowiowego peta. I nie było szkoda nikomu czasu na dojazd, bo chwila z przyjacielem po prostu była taka cenna. „Bo mieliśmy więcej czasu” powiedzieliby moi przyjaciele. Ale nie wiem, czy to prawda, bo przecież już nie mamy sprawdzianów i sesji, a jeszcze nie mamy dzieci, nie mieszkamy pod miastem, większość z nas nie ma nawet psa, którego musi wyprowadzić, a jakimś cudem jesteśmy chronicznie zajęci. Nie wychodzimy z przyjaciółmi na spontaniczne spacery, bo świeci słońce, wychodzimy wtedy, kiedy mamy wpisane w kalendarz, nawet gdy pada deszcz (bo przecież miesiąc temu nie dało się przewidzieć pogody). Nie przychodzimy wypić razem herbaty, bo przyjaciółka miała ciężki tydzień. Nie dzwonimy, czasem nawet nie odpisujemy, generalnie nie pojawiamy się wtedy, kiedy nie jest to dla nas wygodne. A jak jesteśmy umówieni i nie mamy tego dnia humoru? Odwołujemy, bo przecież musimy za wszelką cenę chronić swój święty spokój. Szanujemy swoje własne „granice”, zapominając, że to przyjaciel może poprawić nam humor, że może ten telefon lub spotkanie, do którego w pierwszym momencie musimy się zmusić może zrobić nam dzień, a nawet jeśli nie, to możemy się podzielić z kimś bliskim naszym smutkiem czy gniewem.

    „Ale przecież ja nie chcę się spotykać z kimś, żeby nie było fajnie”. No jasne, nikt nie chce. Najlepiej jak jest fajnie, też mi nowość. Ale życie nie składa się tylko z przyjemnych elementów. Jeśli chcemy z kimś dzielić tylko przyjemności i oczekujemy od kogoś tylko pozytywnych emocji, to nie jest to prawdziwa przyjaźń. Przyjaciele są na dobre i na złe. Chyba trochę o tym zapomnieliśmy, karmiąc się filmikami z przygód obcych ludzi w Internecie, gdzie wszyscy wyglądają na szczęśliwych i zgodnych. Więc zamiast spędzić z kimś bliskim czas, który może nie będzie najpiękniejszy, najmilszy, może będzie trochę trudny, może będzie trochę nudny (ale może temu komuś bardzo potrzebny), wolimy poczytać książkę, oddać się swojej pasji, poscrollować instagrama, jako substytut życia społecznego, posłuchać samorozwojowego podcastu. Przecież to da mi więcej  k o r z y ś c i  niż pokazanie komuś, że jestem, kiedy ten ktoś nie czuje się najbardziej rozrywkową wersją siebie, prawda?

    Sprzedają nam tę produktywność opakowaną w piękny papier, przewiązaną wstążką – self-love, self-development, me time – i my to wszystko z radością kupujemy i ustawiamy na półkach naszej duszy, którą prezentujemy coraz mniejszej liczbie osób, bo „oni nie są tego warci”, bo chronimy „swoją energię”, bo nie chcemy, nie daj Boże, zmarnować piątkowego wieczoru na pomoc koleżance w przeprowadzce. Wybieramy skrajną produktywność, licząc że te pieniądze, ta pasja, ta terapia, ten samorozwój, ta książka i podcast nas naprawią, że wreszcie będziemy wystarczająco wartościowi, tylko dla kogo? Skupiając się tak bardzo na sobie tracimy relacje z osobami, które chcemy do siebie przekonać – a ostatecznie od zawsze musieliśmy tylko przekonać samych siebie. Zamiast skupiać się na projektowaniu konkretnego wizerunku, tworzenia obrazu siebie w oczach innych, powinniśmy się odważyć być sobą, otwierać się, pielęgnować przyjaźnie i osobę, którą jesteśmy, gdy jesteśmy wśród bliskich nam ludzi. Nie zostaliśmy stworzeni do życia samemu, jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy siebie nawzajem.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Tęsknota duszy

    Tęsknota duszy

    Zaczęło się na Alasce – to osobliwe uczucie, jakby moja dusza się rozszerzyła. Czułam je bardzo wyraźnie, ale nie miałam wtedy pojęcia, co oznacza, więc pozwoliłam mu być. Coś między tęsknotą za czymś, czego nigdy nie miałam a zakochaniem w czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale wprowadziło mnie w stan pewnego wyczulenia na znaki, których szukać było o tyle ciężko, że nie wiedziałam, jak mają wyglądać, ani do czego mają mnie doprowadzić. Więc czekałam, pielęgnując tę nową przestrzeń w sercu w nadziei, że odezwie się do mnie znowu w odpowiednim czasie.

    Tak też się stało ponad pół roku później w przypadkowy styczniowy poniedziałek. Nie zdarzyło się nic konkretnego. Obudziłam się otoczona betonem, z łoskotem tramwajów za oknem, wsiadłam do samochodu i w sznurku innych do mnie podobnych pojechałam do pracy, żeby zarobić na popołudniowe zakupy w Lidlu, żeby otoczyć się przedmiotami w domu, okryć swoje ciało materiałem z H&Mu, a później przeczytać książkę o tym, że życie jest absurdem i poczuć to spadające na moje myśli całym swoim ciężarem, wywołując ciche, ale już niemożliwe do zignorowania „nie chcę tak”.

    Ale życie, życie jest nowelą i następnego dnia w mojej rodzinie zdarzył się wypadek, który sparaliżował całe moje myślenie, a wszystkie działania sprowadził do prostego „przetrwać”. Na szczęście przetrwałam, wszyscy przetrwaliśmy i wróciłam do rutyny – samochód, praca, Lidl, mieszkanie, karmiąc się w przerwach Kafką i Camusem, słysząc znowu zakradające się do mojej świadomości „nie chcę tak”.

    Z okazji dnia kobiet i długo wyczekiwanej wiosny pojechałam z przyjaciółkami i siostrą na Maderę. Ta wulkaniczna wyspa zrobiła na mnie, na nas wszystkich zresztą, piorunujące wrażenie. Nie byłyśmy w stanie powstrzymać zachwytów, „boże patrzcie na ten widok” padało z naszych ust średnio co pięć minut, a God Is Kanye leciało na zapętleniu, jeśli nie z głośników w aucie, to z naszych gardeł. Dla mnie to było coś więcej niż długo wyczekiwane, piękne wakacje. Pomiędzy oniemiająco soczystą zielenią, jakby wyjętą rodem z powieści Marqueza, malowniczymi klifami, o które majestatycznie rozbijały się fale a czarnym piaskiem pod moimi stopami na plaży odnalazłam tę przestrzeń duszy, która stworzyła się na Alasce, a może od zawsze we mnie tkwiła uśpiona, po prostu Alaska zaczęła ją przywoływać, a Madera dokończyła dzieła.

    Czułam, że znowu oddycham w pełni i nie była to kwestia słońca (którego przed wyjazdem solidną dawkę otrzymałam w Polsce), braku obowiązków (których wcale jeszcze nie mam tak wiele) czy nawet kawy z nieodzownym pastel de nata za 2 euro (zero kontrargumentu, tego w Polsce mi bardzo brakuje). To była kwestia tego poczucia, że mogę żyć inaczej, że nie jest to nieosiągalne, że są miejsca, gdzie ludzie tak żyją – prościej, wolniej, spokojniej, bliżej natury. Wysuszony słońcem dziadek opłukujący swoje kalosze w lewadzie po zejściu z małej plantacji bananów, babuleńka w lokalnym sklepiku na końcu świata, w którym były jedynie paczki chipsów, papierosów i liczne figurki Dzieciątka Jezus, młode dziewczyny pokazujące nam drogę na migi, tłumy lokalnych mieszkańców siedzących w południe w obskurnych snack barach, gdzie możesz dostać i kawę, i wódkę – oni wszyscy byli dla mnie niemą poezją wypełniającą tę nowo odkrytą przestrzeń mojej duszy.

    W dzień powrotu czułam ogromną niezgodę. Znowu budzenie się w świecie z betonu, stanie w korku i udawanie, że pieniądze, jakaś kariera, zdrowe nawyki tzw. ogólnożyciowy sukces człowieka XXI wieku to jest to? Że to jest ten sens życia? Że do tego zostałam stworzona i przeznaczona? Każda cząstka w moim wnętrzu ulegała konwulsjom na skutek tych myśli. Chcę mieszkać w naturze, budzić się przy dźwiękach lasu, chodzić boso, mieć kury, umieć rozpoznawać drzewa i uprawiać owoce. Nie chcę żyć dla walidacji szefowej, współpracowników, słuchaczy na konferencji, nie chcę żyć dla karmienia swojego ego, gdy znajomi zazdroszczą mi mieszkania z widokiem czy kolejnej zagranicznej podróży. To wszystko jest ulotne, to wszystko jest nieprawdziwe. Ulegamy temu tak łatwo, biegniemy w wyścigu do mety, która nawet nie jest tym miejscem, które nas interesuje. I tak oto sztuka, natura, prawdziwe połączenie z drugim człowiekiem i z samym sobą stają się czymś pomiędzy, czymś co robimy w przerwie od… No właśnie od czego? Od budowania swojej osobowości z przedmiotów, z osiągnięć, z momentów, które dobrze wyglądają na zdjęciu, od tworzenia fasady człowieka, zamiast faktycznego bycia człowiekiem.

    Czuję, że coś zaczęło się we mnie łamać, w bardzo dobry sposób, ale jednocześnie przerażający. Bo co mam teraz zrobić ze swoim życiem młodej, obiecującej kobiety? Jak je prowadzić tak, żeby ta część mojej duszy przywołana przez Alaskę i Maderę znalazła na stałe ukojenie i rozwijała się, zamiast pozostawać w ukryciu? Konwencjonalne życie odpada, ale nie chcę robić zwrotu o 180 stopni i dołączać do hipisowskiej komuny odrzucającej wszelki dobrobyt, zdobycze współczesnej medycyny i ogólne zasady funkcjonowania w społeczeństwie, jak Chris w Into the wild. Nie chcę też zostawać cyfrowym nomadem, bo w tej tęsknocie nie chodzi o bycie w wiecznej podróży, a poza tym za bardzo lubię być blisko domu i pielęgnować swoje małe rutyny, żeby zdecydować się na taki sposób życia. Zniknięcie z instagrama na jakiś czas i poświęcenie więcej czasu na sztukę i literaturę trochę pomogło, ale to było bardziej jak naklejenie plastra, gdy rana wymaga szycia. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, nie mam odpowiedzi, ale mam już bardzo konkretne pytanie, którym mogę oświetlać sobie drogę.

    Widzę też ten trend w naszym pokoleniu, w rozwijającej się branży surf&yoga retreats, w najnowszej modzie na powrót do analogowych rozrywek, na czytanie książek, na detoks od social mediów i zmianę iphone’a na flip phone. Chcemy żyć wolniej, nauczyć się być tu i teraz, doświadczać życia zamiast jego fasady, ale tak bardziej na wakacje, bardziej w przerwie od normalności, bardziej jako ciekawy eksperyment, bo chyba nikt do końca nie wie, jak to zrobić tak naprawdę. Mam wrażenie, że wszyscy trochę boimy się odrzucić komfort i ciężar życia, do jakiego się przezwyczailiśmy, bo jest on łatwiejszy niż stanięcie przed pytaniem „co teraz?”. I nie mogę nikogo winić, bo ja też się go boję, ale jednocześnie nie potrafię dłużej ignorować, tego przeczucia, że ta tęsknota to coś ważnego, coś dobrego, coś co mnie poprowadzi do życia, jakiego pragnę.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Wyznania miłosne

    Wyznania miłosne

    Gdy po raz pierwszy i póki co jedyny w moim życiu mówiłam „kocham Cię” w kontekście romantycznym, wiedziałam, że pozostanie ono nieodwzajemnione. A jednak, prawie jak Rachel wyznawająca Rossowi miłość na krótko przed jego ślubem, czułam, że muszę to powiedzieć (na szczęście daleko mi było do toksycznej relacji z Przyjaciół, bo chłopak będący odbiorcą mojego wyznania był singlem pełną parą). Wypowiedzenie na głos tych słów przyniosło mi ulgę. Jednak wydarzenia, które nastąpiły później i moje wybory doprowadziły mnie do przykrej krainy cynizmu. Owinęłam się jego warstwą, jak kokonem, gotowa uwierzyć, że miłość jest iluzją, fantazją, złudzeniem, a nawet jeśli jest prawdziwa, to nie jest dostępna dla mnie i nie jest mi potrzebna.

    Moi przyjaciele, rodzina oraz liczne komedie romantyczne mówiły, że mój cyniczny pancerz samoistnie się rozpadnie, gdy poznam „właściwego” chłopaka.

    Ale lata mijały, a ja nie poznawałam nikogo, kto chciałby próbować być „tym właściwym”, a jeśli się taki zdarzył, to nie był to kandydat w kręgu moich zainteresowań. W międzyczasie zaliczyłam kilka situationshipów – prób udawania, że umiem w coś casual, trochę przekonywania się do tego, że przyjaźń + dobry seks to wszystko, czego potrzeba do udanego związku, że wcale nie istnieje ten nieuchwytny, nieco magiczny element zakochania, który biolodzy przypisują feromonom, a astrolodzy – kosmogramom. Nie działało, cyniczny pancerz zaczynał uwierać, czułam, że coś gubię, jakąś część siebie, której nie byłam jeszcze gotowa odnaleźć. Ale powoli kroczek po kroczku zbliżałam się do kolejnego wyznania, być może nawet ważniejszego:

    I’m a lover girl

    Gdy wreszcie to sobie powiedziałam, gdy pozwoliłam sobie znowu być romantyczna, pragnąć romantyczności, pragnąć miłości, włączać ją do swojej wizji przyszłości, zrzuciłam tę za małą skorupę cynizmu, która już zaczęła mnie dusić i poczułam się wolna.

    Przez długi czas myślałam, że nie mogę być lover girl bez partnera, że będę mogła uaktywnić całą swoją romantyczność dopiero, gdy wejdę w związek. Ale to nie jest prawda. Bycie romantycznym nie zależy od statusu relacji, tylko od sposobu patrzenia na świat i odnoszenia się do niego – zauważanie magii, tam gdzie wcześniej widziało się szarość.

     I jest w tym coś kruchego i bezbronnego – w takim podejściu do życia – ale mi jest o wiele lepiej być bezbronną sobą niż tkwić w za ciasnej skorupie, która ma mnie chronić. Bądźmy vulnerable – na tym etapie życia już chyba niemal każdy został chociaż raz poważnie zraniony, nikt nie chce tego powtarzać i o ile łatwiej i przyjemniej by było, jakbyśmy pozwalali sobie być sobą i poznawali się bez tych zasłaniających nasze oblicza skorupa to z uważnością, z delikatnością, aby nie ranić siebie nawzajem.

    Niezależnie od tego czy spędzasz Walentynki (czy jakikolwiek inny dzień roku) samotnie czy w duecie, jeśli jesteś lover girl/boy, to bądź. Napisz kartkę do przyjaciółki, idź na romantyczny spacer solo, spójrz na parę zakochanych nastolatków z czułością, wyobraź sobie swoje życie w jasnej, może trochę podkoloryzowanej wersji, a potem przenieś tę wersję do rzeczywistości. Ostatecznie różowe okulary można nosić zawsze, nie tylko jako ogłupiający dodatek do honeymoon phase. A kiedy nauczysz się je samodzielnie zakładać, życie po prostu stanie się lepsze.

    ***

    Pomysły na romantyzowanie:

    • Romantyczna muzyka na słuchawkach (polecam soundtrack „Her”, ogólnie soundtracki wszystko od Sigur Ros)
    • Czytanie/szkicowanie/pisanie w przestrzeni publicznej (może ostatnio zyskało to wydźwięk performatywny, ale nadal jest super)
    • Napisanie listu/pocztówki do przyjaciółki
    • Wywołanie zdjęć i zrobienie albumu
    • Fotografowanie analogiem albo starą cyfrówką (nie jestem zbyt obiektywna, wiem)
    • Spacer z wymyślaniem historii obcych ludzi, których mijasz
    • Zatrzymywanie wzroku na przypadkowej scenerii i wyobrażenie sobie, jaka byłaby kontynuacja, gdyby to był film
    • Przejrzenie albumów dziadków/rodziców i spytanie ich o historie z młodości
    • Wyjście w jakimś nietypowym outficie (jak będzie wiosna, bo teraz ciężko), w którym poczujecie się wyjątkowo
    • Kupienie sobie (albo komuś) kwiatów lub innej małej, nieużytecznej rzeczy, która sprawia radość
    •  Obejrzenie czarno-białego filmu

    Jeśli macie coś do dodania do tej listy, piszcie!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Redefinicja bycia cool

    Redefinicja bycia cool

    W czasach liceum i studiów nigdy nie nazwałabym siebie cool osobą. W moim słowniku cool ludzie to byli pozerzy, którzy mieli „kopiuj-wklej” osobowości, vansy na stopach i chodzili na domówki co sobotę. Zawsze opierałam się przed byciem taką jak wszyscy, zawsze chciałam być oryginalna, więc oceniająco patrzyłam na wszystkich posiadających w moim mniemaniu łatkę cool osoby. Jednocześnie romansowałam z ideą bycia cool – spotykałam się z chłopakami, którzy byli skaterami, stonerami lub tymi z zamiłowaniem do markowych ubrań i podobało mi się to, ale nadal uparcie powtarzałam, że ja nie jestem i nie chcę być cool. Czułam, że bycie cool jest nieautentyczne i wiąże się z bardzo zdystansowanym podejściem do emocji, ludzi i świata, a dla mnie udawanie takiego poziomu nonszalancji to za duża presja.

    Jednak gdzieś w przeciągu ostatnich 2 lat, nie wiem do końca kiedy, ani dlaczego, moja definicja bycia cool całkowicie się zmieniła. Zaczęłam używać tego określenia w pozytywnej konotacji, a nawet w odniesieniu do siebie samej. Zaczęłam być cool. Przestało chodzić o to, co robisz, co nosisz i co lubisz, a zaczęło o to JAK i DLACZEGO to robisz.

    Zrozumiałam, że w byciu cool nigdy nie chodziło o bycie kimś ze z góry określoną osobowością, tylko o poznanie i zdefiniowanie samej siebie. Można być cool na 10000 różnych sposobów i nasze gusta nie zamykają nam do tego drogi, bardziej chodzi o to żeby ten gust mieć, swój własny i żeby poruszać się po życiu ze świadomością kim jesteśmy, bo to jest właśnie całe sedno bycia cool.

    No dobra brzmi fajnie, ale co to tak właściwie znaczy? Czy ty jesteś cool? Pewnie jesteś, bo czytasz bloga w 2026, to robią tylko cool ludzie. Ale zróbmy małą check-listę.

    Cechy charakterystyczne cool osoby (według mnie oczywiście):

    • Główną rzeczą jest posiadanie pasji. Nieważne jakiej pasji, ważne żeby mieć coś, co sprawia, że nasze serce płonie, a oczy błyszczą i co jest w jakikolwiek sposób procesem tworzenia, a nie konsumpcji. (Tworzenia niekoniecznie rzeczy materialnych, mogą to być też rzeczy konceptualne, jak przemyślenia na temat filmów u kinomaniaka) Może to być wszystko od malowania przez czytanie na składaniu modeli lego skończywszy, ważne żebyście kochali to tak bardzo, że robicie to nawet, gdy nie macie z tego żadnych korzyści i żadnego uznania społeczeństwa. Innymi słowy – to co byście robili nawet jak nikomu tego byście nie mogli pokazać? Dla mnie są to dwie rzeczy: fotografia i pisanie.
    • Ciekawość świata – to moim zdaniem cecha, która niestety coraz bardziej zanika przez konformizm, jaki nas otacza. Trzeba włożyć więcej energii niż kiedyś, by oprzeć się łatwym dawkom dopaminy z telefonu czy telewizji, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu i żeby podjąć próbę odkrycia nowych dla siebie rzeczy. „Wszystkiego w życiu możesz się nauczyć, tylko nie ciekawości” jest prawdą – niektórzy cechują się większą ciekawością świata, inni mniejszą, ale niezależnie od tego kto, w której grupie się znajduje, ciekawość można i trzeba podsycać, bo łatwo, szczególnie w dorosłości, ją stracić w monotonii pracy i codzienności. A jak to robić? Sposobów jest wiele – czytanie (ze zrozumieniem!), podróżowanie w sposób autentyczny a nie turystyczny (nie dla powtórzenia cudzych doświadczeń, zdjęć i rolki z instagrama tylko dla zdobycia nowych, czasem trudnych, czasem nieładnych, czasem niespodziewanych, ale swoich własnych doświadczeń). Ważne jest też podejmowanie nowych wyzwań, zgłębianie nowych tematów, poznawanie nowych ludzi – generalnie wszystko, co jest nowe i będzie wyjściem ze strefy komfortu zostanie docenione przez nasz układ nerwowy (percepcja czasu zmienia się z wiekiem, „czas przyspiesza”, bo nasz mózg dostaje coraz mniej nowych bodźców, wychodzenie ze strefy komfortu „wydłuża” nasz czas). Ostatnio praktykuje używanie frazy do it for the plot nie w odniesieniu do przespania się z ex czy poderwaniem typa w klubie, jak to widzimy w sm, tylko w odniesieniu do przeczytania książki o czarnych dziurach, pójścia na nowe zajęcia sportowe czy spontanicznego wyjścia na wystawę w galerii sztuki. Wszystkie te rzeczy wiążą się z jakimś wysiłkiem na początku (mózg też jest leniwy, więc nie chce „marnować” energii), ale gdy już się postanowi, to każde kolejne takie działanie przychodzi coraz łatwiej i ani się obejrzymy, a zbieramy wiele cennych doświadczeń.
    • Uważność  – można robić wszystko i nie wynosić z tego nic, jeśli nie robimy tego w sposób uważny, a po akcie działania nie następuje akt myślenia. Co komu po tym, że ponurkuje w Morzu Czerwonym, przeczyta książkę Olgi Tokarczuk albo obejrzy wszystkie oscarowe filmy z danego roku, jeśli nie nastąpi po tym introspekcja na temat danego wydarzenia czy przyjętej treści? ( introspekcja – proces wglądu w siebie, polegający na obserwacji i analizie własnych myśli, uczuć, potrzeb, decyzji i stanów psychicznych, mający na celu samopoznanie i zrozumienie własnej psychiki; jedno z moich ulubionych słów ostatnio) Lepiej zrobić mniej, a uważniej.
    • Czymś po czym można czasem poznać cool ludzi na pierwszy rzut oka jest fizyczna autoekspresja, czyli wyrażanie siebie przez styl. Nieważne jaki styl, byle autentycznie wyrażał twórcę. Dla mnie to, że ktoś posiada spójny styl – czy to ubierania się, czy to wnętrza swojego mieszkania, czy nawet biurka w pracy – oznacza, że ta osoba zna siebie i wie co chce wyrazić. Jest wiele stylów, które do mnie nie przemawiają i mi się nie podobają, ale nadal doceniam, że ludzie wiedzą, co chcą przekazać i przede wszystkim mają odwagę to przekazać.
    • Elementem zbliżonym do stylu jest gust– nieważne jaki jest, ważne żeby był autentyczny i spójny (nie musi być wąski, ale żeby dana osoba potrafiła uargumentować dlaczego coś lubi). Oczywiście gust jest rzeczą zmienną, ale nie jest gustem jeśli zmienia się razem ze wszystkim, co modne i mainstreamowe. Ja szczególnie zwracam uwagę na gust muzyczny, bo muzyka jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu i ciężko mi nawiązać relacje z muzycznymi ignorantami, bądź chorągiewami. Możesz słuchać Taylor Swift albo renesansowej muzyki barokowej, ale niech to wypływa z gustu a nie mody. Jest też oczywiście gust filmowy/książkowy, gust co do jedzenia (smak), do sztuki (estetyka), do sposobów spędzania czasu, do ludzi itd. Gdy ktoś zna swój gust, ale jednocześnie jest skłonny do próbowania nowych rzeczy – to jest najbardziej cool typ osoby.
    • Niezależność – ludzie, którzy są cool nie czekają aż życie się im przydarzy, tylko sami tworzą sobie życie, jakiego pragną. Nie mówią „chcę podróżować, ale nie mam z kim” tylko „lecę sam/a, może kogoś poznam na miejscu”. Biorą życie w swoje własne ręce i nie czekają aż pojawi się przyjaciółka, chłopak czy ktoś, kto zorganizuje ich życie za nich. To jest często przerażające. Łatwiej jest iść za tłumem, łatwiej jest, gdy ktoś podejmie za nas decyzje – chcemy wiedzieć co robić, gdzie wyjechać, co jeść, gdzie jeść, jak ćwiczyć, jak uprawiać seks, jak kochać, do czego tańczyć, do czego płakać – i szukamy odpowiedzi często u innych ludzi, a to są odpowiedzi, które wcale nie są nasze. Postawienie na siebie i słuchanie swojego głosu jest często trudne, szczególnie gdy jest on zagłuszony przez wszystkich dookoła i wydaje nam się, że wcale nie istnieje. Ale cudze drogi nie doprowadzą nas do naszych celów. Chcesz iść do kina, chcesz jechać na tę wycieczkę, chcesz nauczyć się surfować, grać na trąbce, szydełkować czy co tam jeszcze? Nie używaj „ale nie mam z kim” jako wymówki do odkładania na swoich marzeń na później, naucz się być sam/a ze sobą i kochać swoje własne towarzystwo.
    • Posiadanie wysoko rozwiniętych umiejętności interpersonalnych. Co obejmuje zarówno umiejętność dogadania się z różnymi typami ludzi (np. w pracy czy w podróży) jak i umiejętność budowania szczerych i stabilnych relacji, a także umiejętność nawiązywania nowych.
    • Zaradność i elastyczność – cool ludzie nie panikują, gdy plan się sypie, gdy coś się psuje, gdy życie się zmienia tylko dostosowują się do nowej sytuacji, naprawiają, co może być naprawione, zmieniają, co lepiej zmienić.
    • Oczywiście nie zapominajmy o dobroci i życzliwości, bo jak ktoś tego nie ma to na pewno nie może być cool i nawet chyba nie ma potrzeby tego tłumaczyć.
    • Pewność siebie – to cecha, którą najczęściej wymienialiście, gdy pytałam Was „co sprawia, że ktoś jest cool”. Znam wiele osób, które z pozoru wydają się pewne siebie, a tak naprawdę jest to tylko sytuacyjna pewność siebie (np. na studiach, bo dostaje się piątki z łatwością albo na imprezach, bo ktoś jest bardzo uzdolnioną społecznie osobą albo na zdjęciach, bo ktoś jest pewien swojego wyglądu), a nie ta autentyczna wynikająca z wewnętrznej akceptacji i zdrowego poczucia własnej wartości. Ta druga jest rzadka, bo zwykle wymaga wiele stałej pracy nad sobą, której uczymy się dopiero w dorosłym życiu. Jednak im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej skupiamy się na porównywaniu z innymi, ocenianiu ich, tłumaczeniu się ze swoich wyborów i działań, a bardziej na lepszym przeżywaniu swojego własnego życia. Jesteśmy bardziej połączeni sami ze sobą i dzięki temu podejmujemy lepsze decyzje. Pogrzebujemy chęć udowadniania komuś czegoś lub zaimponowania innym ludziom. Robimy to, co naprawdę chcemy zrobić i nie przejmujemy się tym, co pomyślą inni ludzie. Możemy głośno śpiewać na koncercie, tańczyć na środku parkietu, ubrać kolorowe kowbojki, zostać w domu, gdy wszyscy wychodzą w piątkowy wieczór, odejść od znajomych, którzy nas nie doceniali, zmienić pracę, wyprowadzić się – pewność siebie otwiera tak wiele nowych drzwi!
      Ale nie należy mylić pewności siebie z pychą, bo granica może być na pozór cienka. Pewna siebie osoba nie jest przekonana, że zawsze ma rację lub że jej wybory są najlepsze i jedyne słuszne, ale raczej wierzy w swoją zdolność, żeby dojść do właściwej dla siebie odpowiedzi (czasem przez przyjęcie czyjejś rady i zmianę perspektywy).
    • Kluczowym elementem, bez którego żadna z powyższych rzeczy nie ma znaczenia jest autentyczność. Cool ludzie nie robią rzeczy, żeby być cool w oczach innych lub nawet w swoich własnych. Bycie cool zakłada wyzbycie się performatywności i robienie wszystkiego dla siebie i z autentycznego miejsca w swoim sercu. Nie jest to łatwe, szczególnie w dobie social mediów, bo granica między performatywnością a autoekspresją jest cienka i zwykle trzeba uważnie się przyglądać swoim motywom, ale performatywność nie przybliży was do samych siebie, a autoekspresja tak.

    Kilka specyficznych, losowych rzeczy, które są dla mnie niesamowicie cool: bycie offline (szczególnie będąc z ludźmi), bycie dobrym kierowcą, jak ktoś umie naprawiać rzeczy w domu, robienie albo dekorowanie własnych mebli, posiadanie własnych, małych tradycji (np. kupowanie sobie kwiatów na dzień kobiet), podróżowanie samemu, czytanie gazet (w formie papierowej!), gotowanie, gdy ktoś robi solo dates, szycie własnych ubrań.

    I co? Jesteście cool?

  • Moje książki 2025 roku

    Moje książki 2025 roku

    Jednym z moich postanowień na 2025 rok było „więcej czytać i odnaleźć swój czytelniczy styl”. Jako nastolatka pochłaniałam książki jedna za drugą, spędzałam popołudnia w bibliotece, a moim ulubionym sklepem był (i nadal pozostał) empik. Potem stało się to co zwykle się dzieje – lektury mnie zmęczyły, po nauce do matury czy sesji nie miałam ochoty patrzeć na słowo pisane i na kilka lat całkowicie zarzuciłam czytanie. W pewnym momencie zaczęło mi brakować łatwości, z jaką niegdyś pracowała moja wyobraźnia, kreatywności, którą zawsze się odznaczałam w szkole, a którą scrollowanie instagrama zabijało we mnie z każdym dniem małymi kroczkami. I tak oto zwykle, gdy chciałam dostać swoją dzienną dawkę dopaminy – sięgałam po książkę.

    Jako, że skończyłam poprzedni rok z 38 książkami na koncie, a minut spędzonych na czytaniu miałam więcej niż wiele moich znajomych minut słuchania na Spotify, uznaję, że czytelnicze postanowienie spełniłam z nawiązką. I nie wcale dlatego, że istotne jest jak wiele się czyta, tylko dlatego, że udało mi się zastąpić wiele scrollowania, bezsensownego overthinkingu i generalnie angażowania się w rzeczy niewarte mojego czasu, czytaniem. A co ważniejsze, na nowo zakochałam się w tym, co kiedyś sprawiało mi tyle przyjemności.

    Odkryłam też, że mój „czytelniczy styl” to według goodreads „coffee contemporary life crisis”, a oznacza to właściwie tyle, że lubuję się w historiach prezentujących bliski portret bohatera przechodzącego osobistą przemianę w wyniku zwyczajnych, życiowych, lecz trudnych emocjonalnie wydarzeń. Akcja osadzona jest zwykle w czasach współczesnych i podkreśla społeczne problemy, obecne w życiach nas wszystkich. Nie są to książki, które trzymają w napięciu, fabuła nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, bo często nawet nie chodzi tak bardzo o wydarzenia rzeczywiste, jak o wewnętrzne doświadczenia bohatera. Oczywiście nie znaczy to, że tylko takie książki czytam, nie zawężam swojego horyzontu, ale te zwykle są dla mnie najbardziej przełomowe i sprawiały mi najwięcej przyjemności.

    Oto kilka książek, które z takiego czy innego powodu były dla mnie (w tym roku) przełomowe (pozytywnie lub negatywnie):

    „Witaj piękna”, Ann Napolitano

    Jest to moja ulubiona z książek, które przeczytałam w 2025. Rzadko płaczę podczas czytania, a przy niej płakałam 3 razy. To historia rodziny czterech sióstr, która rozgrywa się między ich nastoletniością a późną dorosłością. Możemy poznać wiele charakterów, których ewolucję obserwujemy przez cały czas. Moim zdaniem postaci zostały tu bardzo dobrze i wiarygodnie napisane, czujemy ich głębie, widzimy ich motywy, możemy wnioskować skąd wynikają dane zachowania. Była to dla mnie fascynująca i wzruszająca przygoda.

    „Wtorki z Morriem”, Mitch Albom

    Jakbym miała polecić jedną książkę do przeczytania w ciągu całego życia każdemu człowiekowi, to byłaby ta książka. Jest to krótki, treściwy, momentami wręcz nagi zapis ostatnich rozmów umierającego profesora z jego ulubionym studentem. Nie ma tu żadnych zbędnych metafor czy owijania w bawełnę, tylko szczery, prostolinijny przekaz. To książka, do której na pewno będę co jakiś czas wracać, żeby przypominać sobie, co w życiu jest najważniejsze.

    „Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz”, Matthew Perry

    Szczerze mówiąc, gdy ta autobiografia się ukazała, myślałam, że będzie to mdły zbiór wynurzeń znudzonej hollywoodzkiej gwiazdy, skok na kasę mocno zredagowany przez osoby trzecie. Matthew całkowicie mnie zaskoczył swoim talentem pisarskim. Nigdy tak się nie śmiałam podczas czytania książki. Były też oczywiście fragmenty (gdy uzależnienie przejmowało nad nim kontrolę całkowicie), które były tak czarne, że prawie od samego czytania można popaść w depresję. Cudownie napisane, czuć w tym zupełną szczerość i masę emocji. Czytanie tej książki po jego śmierci, także zmienia perspektywę na niektóre fragmenty.

    „Conversations on love”, Natasha Lunn

    O tej książce wspominałam już na blogu dwukrotnie. To jest moja biblia. Ten poradnik, pierwszy jaki kiedykolwiek przeczytałam, wydaje się być stworzony dla mnie. Jest napisany w formie niedługich wywiadów z psychologami, ekspertami od miłości w różnych postaciach. Nie jest to poradnik dla par typu „jak mieć szczęśliwy związek”. Rodzaje miłości tam opisane dotyczą wszystkich – miłość rodzicielska, przyjacielska, między rodzeństwem, do Boga, do samego siebie. Niesamowicie dużo cennych myśli i pytań (polecam czytać ze znacznikami, aby móc do nich wracać).

    „Niezwykle szlachetne stworzenia”, Shelby Van Pelt

    Ta książka należy do typu, który jest moim drugim ulubionym, czyli książki o małym miasteczku, małej wspólnocie, które sprawiają, że czujesz się mentalnie owinięta ciepłym kocykiem. Zwykle głównym bohaterem takich książek są osoby starsze, co uważam za bardzo wzbogacające, będąc młodym odbiorcą. Często też do grona bohaterów dołącza jakieś zwierzę. Tak też jest w tej książce – to historia przyjaźni między starszą panią a ośmiornicą z miejscowego oceanarium. Można poczuć wagę życzliwości i podstawowych połączeń międzyludzkich.  Historia jest wzruszająca, ciepła i przyjemna. (Inna świetna książka w tej kategorii to „Wieloryb i koniec świata”)

    Dwie książki, które znienawidziłam w tym roku i które zdecydowanie zasługują na jakieś anty-polecenie (odlecenie??) to „Małe życie” i „Normalni ludzie”.

    „Małe życie” opisywane przez wielu jako wybitnie przełomowe dzieło, moim zdaniem nie niosło za sobą nic tylko poczucie bezradności, beznadziei i nieuchronności cierpienia. I nie zrozumcie mnie źle, ja słucham Radiohead dla rozrywki, naprawdę lubuję się w odczuwaniu smutku szeroko pojętego. Ale to nie był smutek, to była po prostu psychologiczna katastrofa. Nie wiem komu potrzebne jest poczucie, że „nigdy nie będzie lepiej i jesteśmy skazani na cierpienie zawsze”, ale na pewno nie mi. W dyskusji ze znajomą doszłyśmy do wniosku, że może ta książka ma czytelnika nauczyć, jak rozległe może być cierpienie, ale ja zdecydowanie nie potrzebowałam się tego uczyć, już to wiem.

    „Normalni ludzie” to z kolei wszystko, co jest złe z naszym (jako pokolenie) postrzeganiem romantycznych relacji. Całkowita romantyzacja toksycznego związku, bez rozwoju bohaterów i bez jakichkolwiek głębszych przemyśleń – tak bym to podsumowała. I rozumiem, że celem (prawdopodobnie) miało być danie młodym ludziom czegoś, z czym będą się mogli utożsamiać, by nie czuć się tak zgubieni i połamani, ale ja tego nie kupuję bez rozwoju bohaterów.

    „Duchy”, Dolly Alderton

    Tę książkę co prawda skończyłam w 2026, ale uwzględnię ją tu jako dodatek, bo zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Książka opowiada o zwyczajnym życiu trzydziestodwuletniej singielki, która z dużą dozą szczerości i spostrzegawczości opisuje swoje przyjaźnie, relacje rodzinne, małżeństwa swoich znajomych i rollercoaster randkowania we współczesnym świecie. Książka jest przesycona nostalgią i ironią, co stanowi niezwykle upojne połączenie. Bardzo podobała mi się wnikliwość, z jaką bohaterka postrzegała upływający czas i następujące zmiany, skłaniała do przemyśleń.

    Miłego czytania!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Przedświąteczna lista

    Przedświąteczna lista

    Zbliżają się święta, a ja w całej swojej próżności pozwolę sobie dołączyć do twórców reklam allegro i do Johna Lennona, i spytać: „a ty co zrobiłeś?”.

    Polujemy na przeceny na Black Friday, tłoczymy się w przeludnionych galeriach, żeby zdobyć „idealny prezent”, odhaczamy kolejne pozycje, nie myśląc o tym, że na liście brakuje tego, co najważniejsze.

    Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że żyjemy w dobie ogromnego konsumpcjonizmu. Ale póki się nad tym nie zastanowiłam, myślałam, że ten problem za bardzo mnie nie dotyczy. Nie kupuję na shien, na zakupy chodzę raz na kwartał i tylko, gdy rzeczywiście czegoś potrzebuję, a jedyna nadkonsumpcja, jaką uprawiam to ta z filmami do analoga.

    Ale nagle przychodzą święta i największą wartością w otaczającym mnie świecie wydaje się być najbardziej użyteczy, praktyczny, potrzebny, ale też estetyczny, jakościowy i oczywiście pięknie (ręcznie!) zapakowany prezent, który zarezerwowaliśmy na przygotowanej wcześniej przez odbiorcę liście. Chwała kapitalizmowi, że nie musimy wykazać się najmniejszą myślą i najmniejszą inicjatywą przy obdarowywaniu prezentami naszych najbliższych – osób, które przecież znamy i kochamy. Po raz kolejny ktoś pomyślał za nas, po raz kolejny interakcja międzyludzka traci na wartości. Bo już nie musisz z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem słuchać uważnie mamy w rozmowie, starając się wyłowić szczegół, który nakieruje Cię na jakiś pomysł, co masz włożyć pod choinkę. Możesz odetchnąć spokojnie, życie jest łatwiejsze, dostaniesz listę.

    To teraz ja mam dla nas trochę inną przedświąteczną listę: ile razy zadałeś swoim bliskim pytanie „jak się czujesz?”? Nie „co tam?” tylko „jak się czujesz?”.  Ile razy byłeś obecny w rozmowie, a nie uciekałeś myślami do swoich problemów? Ile razy zatrzymałeś się na ulicy, żeby pomóc nieznajomej osobie? Ile razy pojawiłeś się u przyjaciela w potrzebie, mimo że miałeś inne, bardziej atrakcyjne plany? Ile razy, wiedząc, że ktoś ma trudny czas, sięgnąłeś po telefon? Ile razy pozwoliłeś komuś się otworzyć bez oceniania?

    Wśród moich przyjaciół wywiązała się ostatnio dyskusja o tym, jak trudno jest być starszym, samotnym człowiekiem. A ja przechodząc następnego dnia przez ulicę byłam świadkiem tego, jak starszy pan cofnął się z przejścia dla pieszych, żeby przywitać się z panią idącą w inną stronę. Pomyślałam wtedy „a my co zrobimy?”. Co zrobi na starość nasze pokolenie, które już nawet ze sobą nie rozmawia na ulicy, pokolenie, które nie zna swoich sąsiadów, pokolenie, które wiecznie się spieszy, goniąc za doświadczeniami dookoła świata, za zdjęciami, za pinezkami na mapie, za nowymi hobby na liście, wszystko po to, żeby stale i w kółko zapominać o najważniejszej i najpiękniejszej rzeczy, jaką możemy sobie, jako ludzie ofiarować – obecności.

    Dlaczego tak trudno jest nam zapytać „jak się czujesz?”. Mam wrażenie, że każdy w tych czasach broni swojego świętego spokoju i swojej energii, jakby to właśnie była najwyższa wartość. I zgadzam się, bo byłaby to najwyższa wartość w świecie, w którym ludzie byliby samotnikami. Ale wszyscy, nawet ci najbardziej introwertyczni, jesteśmy zwierzętami stadnymi.

    ’Love is a frequency we can either tune into or ignore.’ We can decide to move through the world in a loving way. We can look at our phone while ordering a coffee in the morning, or make a connection. We can walk past the woman crying in a Soho doorway, or stop to ask, ‘Are you ok?’ We’re all in it together, this life, and when we go through it with our individual missions, never looking up or out, we miss so much.

    „Conversations on love”, Natasha Lunn

    Każdy z nas ma jakiś swój cel. I jemu oddaje najwięcej swojej energii. Chcemy kupić mieszkanie, zbudować dom, założyć firmę, nauczyć się włoskiego, zdobyć wykształcenie, skończyć studia, dostać awans. To wszystko jest istotne, ale czy po drodze zostaje nam czas i energia, żeby wybrać dobro? Żeby być człowiekiem? Kiedyś zapytałam mojego najlepszego przyjaciela „Wolałbyś, żeby twoje dziecko było szczęśliwym człowiekiem czy dobrym człowiekiem, gdy dorośnie?”. Jako dwudziestoletni idealiści oboje odpowiedzieliśmy „dobrym”. Kilka lat później w swoim depresyjnym epizodzie powiedziałam, że zmieniam swoją odpowiedź na „szczęśliwym”, bo nie chcę, żeby musiało przechodzić przez to, co ja. Ale może właśnie o to chodzi? Może powinniśmy przestać się za wszelką cenę chronić przed bólem? To jest nieodłączna część życia. I może właśnie dlatego tak rzadko pytamy „jak się czujesz?”, bo nie jesteśmy gotowi na szczerą odpowiedź. Jeśli nie przywykliśmy do swojego bólu, nie będziemy w stanie się obejść z cudzym. Wolimy, żeby ktoś nam opowiedział o problemach w pracy czy książce, którą ostatnio czytał, zamiast o tym co przeżywa, bo nie mamy na to odpowiedzi. I zapominamy, że nie chodzi o odpowiedź, chodzi o bycie. Chodzi o to, żeby wysłuchać kogoś, a gdy nie masz żadnej rady powiedzieć „jestem” i to jest największy dar, jaki możemy sobie ofiarować. I wymaga to ogromnej otwartości, a to wiąże się z ogromnym ryzykiem. Gdy jesteśmy autentyczni, gdy jesteśmy prawdziwi, najłatwiej nas zranić. Ale może właśnie powinniśmy podejmować to ryzyko? Może czasem musimy być zranieni? Może czasem nasze przeterapeutyzowane pokolenie, które postawiło sobie za życiowy cel „bycie szczęśliwym”, musi się zmierzyć z tym, że szczęście nie oznacza radości i spokoju 24/7, a prawdziwą bliskość i stawanie się lepszym człowiekiem z dnia na dzień. I to, że czasem trzeba zburzyć domek z kart, żeby postawić dom z cegieł.

    Więc może w te święta podarujcie komuś uwagę, przestrzeń i obecność. Podarujcie komuś prawdziwych, autentycznych siebie i bądźcie gotowi na konsekwencje. Połóżcie na szali swój święty spokój, żeby zyskać coś, co może okazać się o wiele cenniejsze niż myślicie.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Nie spodziewaj się

    Nie spodziewaj się

    Spontaniczność. To coś z czym zawsze miałam problem. Ci z Was, którzy słabiej mnie znają mogą się zdziwić, bo z pozoru wydaję się bardzo spontaniczna – często podróżuję, czasem wyjeżdżam nagle, znajduję się w, z pozoru, niespodziewanych sytuacjach z niespodziewanym towarzystwem, czasem na imprezie, czasem w pociągu do Krakowa. Ale znaczna większość wszystkich tych wydarzeń jest poprzedzona rozległym planem w mojej głowie, którym często się z nikim nie dzielę, żeby „wyszło naturalnie”.  Moje „filmowe” spojrzenie na życie sprawia, że wiele zdarzeń jest wyreżyserowanych i ja jestem reżyserem. I ma to swoje dobre strony – scenariusz jest dobrą ramą, chęć dobrym motorem napędowym, ale czasem bywa też ogromną wadą. Bo ja chcę wypić kawę z tej kawiarni dokładnie w tym paryskim parku i zagryźć dokładnie tym makaronikiem, a więc ciągnę moich przyjaciół wzdłuż Sekwany, a oni zatrzymują się pod Notre Dame, żeby zrobić zdjęcia. I zanim docieramy do parku nikt już nie ma ani kawy, ani makaronika, a mnie przepełnia bezbrzeżne rozczarowanie. Stale muszę się mierzyć z rozczarowaniem, na które sama się skazuje, przygotowując idealną wizję w swojej głowie – bo ja chcę popływać właśnie na tej plaży, bo ja chcę, żeby ta nowa relacja w moim życiu potoczyła się w określony sposób, bo ja chcę, żeby spodobało mi się w Holandii, bo ja…

    Zawsze mam plan. Nie było w moim życiu momentu, w którym nie miałam bliższego lub dalszego (a szczególnie dalszego) planu na to, co chcę zrobić i jak to coś ma wyglądać. Spontaniczny roadtrip? Tak, ale musimy wrócić między 5 a 7 sierpnia i po drodze zahaczyć o 5 różnych miejsc. Obsesja kontroli, powiecie? Obsesja kontroli, powodowana brakiem poczucia stabilności w dzieciństwie? Tak, wiem, odrobiłam zadania domowe z terapii. I chociaż jestem tego świadoma, chociaż jest lepiej, chociaż jestem bardziej elastyczna, mniej planuje, mniej się skupiam na przyszłości i pozwalam sobie na niewiedzę, to nadal często ciężko mi odpuścić.  I ostatnio złapałam się na czymś, co bardzo łatwo byłoby przeoczyć i co myślę, że wiele ludzi może przeoczyć w codziennym życiu.

    Klasyczny plan, wpajany mi, wpajany nam wszystkim od dziecka – studia, praca, małżeństwo, dzieci, dom. W moich nastoletnich planach, w wieku 24 lat miałam brać ślub, 25 lat – być w ciąży i do 30stki (bo tak najzdrowiej) urodzić 3 lub 4 dzieci. Nie jestem ani trochę bliska spełnienia tych planów, a dotrzymanie ich ram czasowych już zdecydowanie przeminęło. I w tym momencie, nawet gdybym mogła, nie chciałabym ich dotrzymać. A jednak, zauważyłam, że żyję wśród duchów swoich planów. Ustatkowałam się sama ze sobą. Stworzyłam sobie życie, w którym jestem szczęśliwa, ale jednocześnie zbudowałam sobie klatkę. Wygodną, miłą i przyjemną, ale jednak klatkę. A klatka ma to do siebie, że ogranicza wzrost osobnika się w niej znajdującego.

    „Teraz przez 4 lata na pewno siedzę na miejscu, chcę trochę stabilności” mówiłam wszystkim bliskim, gdy zaczynałam doktorat. W trakcie niespodziewanej rozmowy zrozumiałam, że uwięziłam samą siebie w fazie plateau rozwoju – popracowałam nad sobą, zdobyłam doświadczenia, stworzyłam sobie szczęście – ale tylko na tyle, by móc odpocząć, by móc komfortowo się rozłożyć na szczycie i powiedzieć „już to mam, to jest to”. Ale życie tak nie działa. Szczęście nie jest stanem danym nam raz na zawsze. Te same czynniki, które cieszą nas teraz, mogą nie dać nam szczęścia za kilka miesięcy. Jasne, warto stanąć na szczycie i cieszyć się widokiem, na który się zapracowało, ale po jakimś czasie i tam wieje wiatr, i tam zachodzi słońce. Po jakimś czasie trzeba znaleźć nowy szczyt i spróbować go zdobyć. W moim planie na najbliższe lata nie było kolejnego stażu za granicą, nie było przeprowadzki, nie było innych zmian, których pewnie nawet się nie spodziewam. Ale w planie nie było też zakochania się w Alasce, nie było założenia bloga, nie było fotografii analogowej i nie było tego, że w wieku 25 lat pokocham się wystarczająco, żeby wieczorami nie karmić się fantazją o tym, jak pokocha mnie ktoś inny…

    Myślę, że tak często wmawiane nam jest, że czas na rozwój się kończy. Studia są określane, jako złoty okres, kiedy uczymy się najwięcej, rozwijamy się najbardziej, stajemy się tym, kim będziemy w tym życiu. A to nieprawda. Rozwój nie ma ram czasowych, a inspiracja czeka na nas w najmniej spodziewanych miejscach. A może nawet nie czeka? Może powstaje dopiero, gdy damy jej szansę?

    Ten tekst piszę dlatego, że porozmawiałam z osobą, z którą nie myślałam, że jeszcze będę rozmawiać. I dlatego,  że na wykładzie, na którym zamierzałam czytać książkę pod ławką, spijałam z ust każde słowo prowadzącej. Najlepsze rzeczy w życiu są nieplanowane. I ja wiem, że to brzmi banalnie, ale wydaje mi się, że mimo znajomości tej formułki niewiele ludzi jest naprawdę otwartych na to, co może się stać. Myślimy, że znamy samych siebie, myślimy, że wiemy, co nas uszczęśliwi. Jak często docieramy tam i nie jesteśmy wcale bardziej szczęśliwi niż wtedy, gdy obraliśmy cel? Jak wiele cudownych rzeczy po drodze omijamy?

    Moi znajomi po tym samym wykładzie, po którym ja piszę ten tekst, powiedzieli, że nic z niego nie wynieśli. Oczywiście nie wszystkich inspiruje to samo, dlatego mamy tak rozmaite formy sztuki. Ale pomyślałam w tamtym momencie, jak łatwo ja mogłam przeoczyć coś inspirującego.  Jest coś naiwnego, coś bezbronnego w romantycznym podejściu do życia. I uwielbiam ten stan, kiedy w moim ciele nie ma grama cynizmu, ale jest to trudne do osiągnięcia. Wymaga wrażliwości, otwartości i szczerości. I to wszystko naraża nas na zranienie. Odsłaniamy się i nie wiemy, czy nie zaboli. Ale jeśli się nie odsłonimy, nie połączymy się naprawdę z drugą osobą. I nie odbierzemy w pełni tego, co może nam przekazać. A to jest najprawdopodobniej najpiękniejsza część bycia człowiekiem.

    I wiem, że byłam o milimetry, żeby to przegapić. Chwilę wcześniej usiłowałam znaleźć połączenie gdzieś, gdzie go nie było. Usiłowałam poczuć coś, czego nie czułam, bo „byłoby dobrze, gdyby…”. Myślę, że mogłabym wiele stracić, gdybym została dłużej w tym miejscu. I myślę, że właśnie to jest to, co stanowi klatkę, dla wielu osób. Szukając magii, tam gdzie jej nie ma, przestajemy w nią wierzyć, zamiast po prostu zmienić miejsce poszukiwań. Łatwiej uwierzyć, że miłość (w jakiejkolwiek formie) nie istnieje niż myśleć, że jest niedostępna właśnie dla nas. Cynizm – gruba skorupa ochronna, ale w końcu klatka też chroni, prawda?

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Odzyskiwanie nadziei

    Odzyskiwanie nadziei

    Wraz z początkiem jesieni po raz kolejny rozpoczyna się cuffing season. Moi przyjaciele są już od jakiegoś czasu w parach, więc nie czuję specjalnej presji otoczenia, ale biologia jest biologią i jej wpływ odczuwam, więc odpalam po raz kolejny tindera bez większej determinacji czy wiary w tę przestrzeń internetową. Mam świadomość, że gdy mój organizm przywyknie trochę do braku słońca i braku dawek oksytocyny zapewnianych latem przez spędzanie czasu z bliskimi, pewnie znowu odinstaluję tę pogardzaną przeze mnie aplikację, ale póki co „co mi szkodzi”, jak to wiele razy mawiała moja przyjaciółka.

    Po kilku niezbyt udanych interakcjach, przypominam sobie, „co mi szkodzi”. Nie jest mi szkoda mojego czasu, mam go w tym momencie sporo, nie jest mi nawet tak bardzo szkoda mojej energii, na której brak też nie narzekam. Nie, to czego najbardziej mi szkoda, to moja nadzieja.

    Wspaniale jest być w stanie wiary w miłość, w stanie inspiracji, do poznawania nowych ludzi (niekoniecznie w kontekście romantycznym, tylko tak po prostu), w którym znajdywałam się przez niemal całą wiosnę i  lato, pewnie głównie dlatego, że wycofałam się z „rynku matrymonialnego” i po raz pierwszy w życiu naprawdę skupiłam się przez dłuższy czas na sobie dla siebie. To swoiste przepełnienie inspiracją do miłości objawia się u mnie w dostrzeganiu jej źródeł wszędzie – w przyjaźni, w rodzinie, w pasjach, w naturze, w sztuce. Jest to kompletne przeciwieństwo cynizmu, zgorzknienia czy zazdrości. Jest to stan, w którym kocham kochać miłość, kiedy para całująca się w parku wywołuje na mojej twarzy uśmiech zamiast przewrócenia oczami, a widok matek z dziećmi pod żłobkiem stawia mi w głowie pytanie „czy poślę moje dzieci do żłobka?” zamiast fatalistycznego „pewnie mi się nie uda założyć rodziny”.   

    Jako,  że nauczyłam się podsycać w sobie ten stan inspiracji przez sztukę i literaturę, jest on bardzo trwały i stabilny tak długo, jak długo nie próbuję wchodzić w interakcje z mężczyznami z zamiarem romantycznym.

    „No bo ile razy można iść na randkę, poznawać kogoś nowego, mieć jakąś nadzieję, tylko po to, żeby znowu nie kliknęło?” mówi do mnie koleżanka na początku weekendu, a ja i tak podziwiam jej nadzieję topniejącą o wiele wolniej niż moja, gdyż ja po jednej nieudanej randce nie mam przez kilka miesięcy ochoty na kolejną.

    Przyjechałam do Krakowa na weekend. Było to zaskakujące nawet dla mnie samej, albowiem przyjechałam odwiedzić znajomą, dla której nawet określenie „znajoma” było na wyrost. Widziałyśmy się wcześniej na żywo dwa razy na imprezach ponad 4 lata wcześniej, a od wtedy cały nasz kontakt ograniczał się do wymiany co jakiś czas kilku wiadomości na instagramie.  Ale tak od słowa do słowa i oto siedziałam w jej krakowskiej kuchni, a tematy nam się nie kończyły.

    Czułam, jakbyśmy znały się od dawna. Cały weekend miałam to przyjemne ciepło w sercu, które zwykle czuję w otoczeniu rodziny albo najbliższych przyjaciół. Jakiś czas temu słuchałam podcastu psycholożki Izy Skowrońskiej „Dziewczyny z Nelsons Row”, w którym Iza opowiadała, jak pojechała do Londynu do znajomych i czuła się taka mentalnie przytulona przez cały pobyt tam. Zastanawiałam się wtedy od jak dawna nie czułam w swoim życiu takiego nowego połączenia. Zdarzały mi się wcześniej takie momenty (Dzień dziecka w Warszawie, wizyta u mojej przyjaciółki w Kopenhadze 2 lata temu), ale nigdy nie była to zupełnie nowa osoba. Od dawna też nikt nowy nie sprawił, że czułam się tak widziana w rozmowie. 

    Rozmawiałyśmy o wszystkim – rodzinie, miłości, siostrzeństwie, związkach, przyjaźni, pisaniu, budowaniu swojego wymarzonego życia, studiach, mieszkaniu za granicą, książkach, muzyce i wielu, wielu innych. Świeczki się paliły, a ja czułam się tak cozy, jak tylko możliwe jest się czuć.

    Przeczuwałyśmy raczej, że będziemy się dobrze razem bawić, ale żadna z nas nie przewidziała, że tak ze sobą klikniemy. „Takie momenty przywracają mi nadzieję, że to w ogóle jest jeszcze możliwe, że to istnieje, że można po prostu z kimś tak kliknąć” powiedziała przed naszym pożegnaniem. „Niesamowite, że jest jeszcze tyle ludzi, z którymi możemy to poczuć, nie?”

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Performatywna kobieta

    Performatywna kobieta

    Świat zagrzmiał o koncepcie performative male. Odbywają się konkursy w parkach czy kawiarniach, które mają rozstrzygnąć który z chłopaków z muletem i płócienną torbą lepiej potrafi udawać, że czyta feministyczną książkę, popijając matchę. Jakkolwiek nie współczuję w tym momencie chłopakom, którzy po prostu chcą poczytać w przestrzeni publicznej i mają jakieś poczucie stylu, cały koncept dostarcza mi i moim koleżankom niemałej rozrywki, gdy chodzimy po mieście.

    Obraz performatywnego mężczyzny jest tak dopracowany, że niemal nie pozostawia miejsca na żadną dowolność. A co z obrazem performatywnej kobiety? Psychologia (i moja koleżanka) mówi mi, że płeć jest z natury performatywna.  Internet mówi mi, że obrazy performatywnej kobiety różnią się w zależności od artysty – dla niektórych są to pick me girls, dla innych kobiety-szefowe o stereotypowo męskich cechach. A moja podświadomość podszeptuje mi, że każda kobieta jest performatywna, w tym także ja.

    Czy rzeczywiście tak jest? Czy ludzie nie nakreślili konkretnego obrazu performatywnej kobiety, bo każda jest z założenia performatywna? Czy obraz kobiety urzeczywistnia się dopiero pod spojrzeniem mężczyzny? W to nadal tak często wierzy świat. Kobiety, które próbują wyrażać siebie dla siebie zderzają się z komentarzami (jakże często innych kobiet), że robią to „for the male gaze”. Lubię nosić sukienki, lubię być seksowna i lubię tańczyć, jakbym grała w teledysku Beyoncé. Czy to, że lubię te rzeczy i robię je zarówno publicznie, jak i wtedy gdy nikt nie patrzy sprawia, że jestem performatywna? Czy to nie zwyczajna autoekspresja? Wcześniej często myślałam, że dziewczyny, które lubią być chłopczycami albo mają styl „for the female gaze” mają łatwiej. Nikt im nie może zarzucić fałszu w upodobaniach, bo różnią się one od kanonu. Ale potem zauważyłam, że człowiek, który nieustannie szuka dziury, nie znalazłszy jej, stworzy własną – pewnie ta dziewczyna z oryginalnym stylem stosuje odwróconą psychologię i nie zwracając na siebie uwagi mężczyzn, chce na siebie ją zwrócić – koło się zatacza. „Stereotypowi” gardzą „innymi”, „inni” gardzą „stereotypowymi”, wszystko staje się performatywne. Dlaczego tak bardzo nie potrafimy się pogodzić z tym, że ktoś naprawdę może być inny od nas samych? Dlaczego myślimy, że skoro my się nie czujemy z czymś dobrze, jak noszenie krótkich, obcisłych sukienek, to od razu oznacza, że nikt inny też się nie może czuć dobrze, a jak mówi, że tak się czuje, to kłamie albo „po prostu lubi męską atencję”? Nie raz zostało mi subtelnie lub wprost wytknięte, że „komu to ja próbuję zaimponować tym swoim tańcem?”, a w międzyczasie znani mi chłopacy raczej się z moich filmików śmiali niż je podziwiali, a faceci na imprezach prosili do tańca moje „spokojniejsze” koleżanki. Wysoce wątpliwe, żebym kontynuowała taką formę autoekspresji, gdyby była ona narracją czyichś fantazji. Poza tym czy ludzie w dorosłym życiu naprawdę jeszcze zastanawiają się, co ktoś o nich pomyśli? Ja wcześniej myślałam o tym stale, analizując przed snem każde wypowiedziane tego dnia słowo, każde spojrzenie, każdy gest. I wcale nie dowiadywałam się o życiu i swoich relacjach więcej niż dowiaduję się teraz, gdy po prostu opuściłam niekończacą się pętlę overthinkingu. Kto ma na to czas i siłę? Czy nie lepiej przeznaczyć całą tę energię na coś twórczego i rozwijającego?

    Nie zaznałam jeszcze większego wyzwolenia niż to, które czuję za każdym razem, gdy publikuję tekst. Za każdym razem (bo nadal tak jest), muszę powtarzać sobie „okej, w sumie kogo to obchodzi, a jak kogoś obejdzie to przecież fantastycznie” i klikam „dodaj wpis” i może dzięki temu buduję siebie w oczach  innych (pewnie 10 osób, które to czytają), ale głównie buduję siebie dla siebie. Tak samo, jak tańczę dla siebie gotując i dla siebie bardzo dramatycznie nieraz płaczę pod prysznicem. Nigdy nikt nie będzie miał dostępu do tak wielu aspektów mojej osobowości, co odczuwam czasami dotkliwie i co podkreśliła dla mnie ostatnio książka (performatywna) „Ja, która nie poznałam mężczyzn”. Większość myśli, większość emocji przeżywamy w tym życiu sami. I czasem mnie to przytłacza, ta niebaśniowa wizja życia, które Disney przecież przyrzekł nam dzielić z drugą osobą w pełni. Ale w innych momentach daje mi siłę, bo wiem, że mogę budować spójny obraz tego kim jestem dla siebie z tym co postanawiam sobą reprezentować. Czasem pewnie i pomiędzy to wkrada się performatywność, a  czasem ją nawet tam zapraszam, wiedząc doskonale, że robię coś, żeby uzyskać określoną reakcję konkretnej osoby, co nie oznacza, że nie jest to zgodne ze mną.

    Wręczenie komuś pędzla, by namalował sobie mój obraz także wymaga akcji z mojej strony. To ja wybieram na ten obraz spojrzeć, to ja wybieram, by się w nim dostrzec lub stwierdzić, że to wcale nie moja podobizna. Nikt nas nie zmusza do chodzenia po galerii swoich karykatur namalowanych przez ludzi, którzy naprawdę nas nie poznali.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Powrót do przeszłości

    Powrót do przeszłości

    „It’s so weird being happy for such a long time” powiedziałam do mojego byłego współlokatora,  jadąc nocą rowerem (a jakby inaczej) do miejsca, które w pierwszym kwartale tego roku nazywałam domem.

    Zawsze lubiłam powroty. Uwielbiam z nostalgią chodzić po dobrze znanych mi uliczkach, kupować chleb w tej samej piekarni, co zwykle i przyglądać się duchom swojego poprzedniego życia. Zapewne wracanie do tego samego hotelu w Kołobrzegu i do tego samego miasteczka w Chorwacji przez całe moje dzieciństwo,  w takiej postaci zbiera swoje żniwo. Ogromna chęć stabilizacji i bezpieczeństwa, którą muszę przezwyciężać przy każdej życiowej zmianie, pewnie też macza w tym palce. Ale nie przeszkadza mi to. Uwielbiam słodko-gorzki smak nostalgii, a ten, który poczułam w trakcie wizyty w Holandii był najintensywniejszym z doświadczanych dotychczas.

    Skłamałabym, mówiąc że Holandia była moim miejscem albo że za nią tęskniłam. Pierwsze dwa miesiące po przeprowadzce czułam się tam fatalnie. Nigdy w moim 24 (na tamten moment) letnim życiu nie czułam się tak samotna. Płakałam wszędzie i ciągle. Mój wcześniej wspomniany współlokator, anioł nie człowiek, zbierał mnie z podłogi w kuchni kilka razy w listopadzie 2024 roku. Czułam, jakby ktoś wyrwał mnie z korzeniami i rzucił na skalisty, kompletnie niepodatny grunt. Niedługo przed wyjazdem, w Polsce, wyrwałam się z toksycznej znajomości, która zatrzęsła posadami mojego zaufania. Trudno mi było otworzyć się przed nowymi ludźmi, trudno mi było wpasować się w holenderski tryb pracy. Nie lubiłam swojego projektu, nie lubiłam języka, nie lubiłam zimnego pokoju i dzielenia kuchni z 4 obcymi osobami. Ciągle wiał wiatr i padał deszcz, zarówno na dworze, jak i we mnie. „I wasn’t sure you’re gonna come back, but you look different now” powiedział mój współlokator, gdy wróciłam po świętach do naszego domu. Wyglądałam inaczej, bo czułam się inaczej. Podczas świątecznych trzech tygodni w Polsce, czułam że jestem zawieszona gdzieś pomiędzy. Pomiędzy Holandią a Polską, pomiędzy starą a nową mną. Czułam, że powinnam zobaczyć dokąd zaprowadzi mnie holenderska droga, to nie był moment, żeby zawracać. Wtedy powoli wszystko się zmieniło, nawiązałam głębsze relacje, drzewa zaczęły się zielenić, zmieniłam projekt, wreszcie wyszło słońce – dosłownie i w przenośni.

    Odwiedzając znajome zakamarki prawie rok po tym, gdy poznawałam je po raz pierwszy, widziałam starą siebie, tak inną, tak niepewną, tak przestraszoną. Pamiętam, że moja dawna przyjaciółka odwiedziła mnie wtedy i powiedziała wprost, że straciłam my spark. To był moment, w którym byłam niemal pewna, że na zawsze. Ale oto jestem, szczęśliwsza niż kiedykolwiek, spokojniejsza niż kiedykolwiek i bardziej pewna siebie niż kiedykolwiek. Zrobiłam ten trudny i odważny skok i zawsze będę z siebie dumna, że nie poddałam się wtedy w grudniu. Nie wiem, czy jakiekolwiek doświadczenie w moim życiu nauczyło mnie tyle, ile to pół roku w Holandii.

    Łatwo jest wracać, gdy jest dobrze. Łatwo jest wracać, gdy czujesz, że się rozwinąłeś jako człowiek. Na wszystkie pytania „how are you?” od wielu osób, z którymi przez ten weekend miałam przyjemność się spotkać, mogłam z czystym sumieniem i wielkim uśmiechem odpowiadać „great, really great”. Mieszkając w swoim wymarzonym mieszkaniu, po dostaniu się na dokładnie ten doktorat, na który chciałam, po naprawdę przecudownym, chyba dotychczas najlepszym lecie mojego życia, jestem ogromnie szczęśliwa i spełniona. Life is good. Wizyta w miejscu, w którym przeżyłam tyle niepokoju, tylko utwierdziła mnie w tym poczuciu.

    Z wielką przyjemnością, stwierdziłam też, że poza mną, niewiele się zmieniło. Gdy spędzałam czas z przyjaciółmi, honorując nasze stare rytuały, jak picie buble tea czy poniedziałkowy pub quiz, czułam, jakbym nigdy nie wyjechała. To zabawne – gdy jesteś daleko od ludzi, przeżywasz swoje życie, oni swoje, czujesz tęsknotę i czujesz, że wszystko się zmienia, a później jesteście razem i nie czujesz żadnego dystansu w waszej relacji, wszystko jest dokładnie tak, jak było 5 miesięcy wcześniej. To mnie zaskoczyło. I to, jak często podczas 3 dni można mieć w oczach łzy i gardło ściśnięte ze wzruszenia, także.

  • Lek na samotność

    Lek na samotność

    Zawsze myślałam, że to, co uratuje mnie przed samotnością, to co ratuje przed nią wszystkich ludzi według Garcii Gabriela Marqueza to wielka, romantyczna miłość. Poniekąd nadal tak myślę – odpowiedzią jest miłość. Ale brak tej romantycznej, nie musi oznaczać samotności – to wiedziałam już wcześniej. Ale przecież miałam świetną rodzinę, miałam świetnych przyjaciół i nadal czułam się dobitnie samotna. Aż tego lata w książce (wybitnej swoją drogą, bardzo polecam!) „Conversations on Love” Natashy Lunn, przeczytałam fragment mówiący o byciu samotnym w związku:

    „No one really wants to be idealized – we want to be seen and  accepted and forgiven, and to know that we can be ourselves in our less edifying moments. So to be on the recieving end of somebody’s idealizing feelings is alienating. It looks like we’re being seen and admired like never before, but actually, many import ant parts of us are being forgotten.”

    Czytając to przeniosłam się myślami do chwili, gdy bezgłośnie płakałam u przyjaciółki pod prysznicem pół roku temu. Nie chciałam, żeby słyszała, ale jej obecność za ścianą tylko podkreślała moją samotność tego wieczoru. Dopiero po przeczytaniu tych zdań, dotarło do mnie, że mimo że nie prezentuję przed swoimi bliskimi jakiejś wyidealizowanej wersji siebie, większości wcale nie dopuszczam też do tej pełnej, prawdziwej, bardzo emocjonalnej. Dorastałam w przekonaniu, że jestem trudna i że powinnam sobie z tym sama poradzić, a nie obarczać tym osoby trzecie. Często czułam, że moje całe życie będzie wyglądało, jak wers z „Hyper-ballad” Björk :

    „I go through all this

    Before you wake up

    So I can feel happier

    To be safe up here with you”

    Sama sobie budowałam ten mur między mną a ludźmi, którzy mnie kochają.

    Test praktyczny z nowo zdobytej wiedzy, przyszedł szybciej niż zakładałam.

    Pojechałam z przyjaciółmi i rodziną do Chorwacji, żeby uczcić tam moje 25 urodziny, leżąc razem na mojej ulubionej plaży, w „moim szczęśliwym miejscu”.  Kojarzycie, gdy się stresujecie albo macie trudniejszy moment i ktoś wam mówi, żebyście wyobrazili sobie jakieś miejsce, w którym czujecie się bezpieczni i szczęśliwi? Tak, ta plaża to właśnie takie moje miejsce. Jeździliśmy do tego samego miasteczka w Chorwacji na wyspie Brač co roku odkąd skończyłam 10 lat. Znam jego każdy zakamarek i czuję się tam, jak w domu. W sklepach uparcie mówię „Dober dan” i „Hvala, dobro jutro”, żeby wszyscy wiedzieli, że ja nie jestem turystką, ja jestem u siebie. Dlatego właśnie tam zaprosiłam moich bliskich i właśnie tam chciałam rozpocząć swoje nowe ćwierćwiecze po 5 latach od ostatniej wizyty.

    Niewiele jest w życiu perfekcyjnych chwil. A ja miałam ogromne szczęście przeżyć perfekcyjny tydzień. I nie mówię, że przez tydzień nie odczułam ani razu smutku czy frustracji, bo to byłoby kłamstwo. Perfekcją dla mnie nie jest wychuchany, idealny, jakby odegrany ze scenariusza czas. Jednak nadal uważam, że to był najlepszy tydzień w moim 25 letnim życiu i był tak bliski perfekcji, jak tylko może być bliskie perfekcji ludzkie życie. Pływaliśmy razem na wyprawy supami, łowiliśmy muszelki, jedliśmy lody, tańczyliśmy do piosenek Pitbulla i czytaliśmy książki. Rankiem, zanim jeszcze zrobiło się gorąco, chodziłam z siostrą na długie spacery, wieczorami jedliśmy pyszne jedzenie, a pomiędzy chłonęliśmy słońce i dużo się śmialiśmy. Jakimś cudem, ludzie, którzy za bardzo się wcześniej nie znali, a niektórzy nawet widzieli po raz pierwszy, zgrali się lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. „Osoby, które Cię otaczają to świadectwo tego, jaką jesteś osobą, a ty jesteś świetna i takich ludzi przyciągasz” powiedziała mi przyjaciółka po tym wyjeździe. I nawet chyba trochę zaczęłam jej wierzyć. Nigdy wcześniej nie czułam tak bardzo ogromu miłości od tak wielu osób na raz. Czułam się tak wdzięczna, że wszyscy tam znaleźli się dla mnie. Jednego dnia nawet wszyscy wstali wcześnie, żeby zorganizować mi (stout out to my sister) niespodziankowe śniadanie na plaży rodem z pinteresta. No czy można mieć lepszych przyjaciół i rodzinę?

    Jednak mimo tych wszystkich przecudownych, lekkich jak piórko chwil, jedną z najważniejszych dla mnie pozostanie trudniejszy moment. Wynikiem zlepku kilku głupich powodów od rana tego dnia czułam się źle. Wznosiłam mur milczenia między mną a bliskimi, bo twierdziłam, że nie chcę nikomu psuć zabawy i powinnam poradzić sobie sama. Mimo tylu kochających mnie ludzi dookoła, poczułam znajomy oddech samotności na karku. I wtedy przyjaciółka mnie przytuliła, a ja zmęczona swoim własnym murem, postanowiłam zrobić coś innego niż zwykle – powiedziałam jej, co czuję. Powiedziałam jej wszystkie wątpliwości, które zagościły w mojej głowie, o tym, że może na to nie zasłużyłam i może nie jestem wystarczająco dobra. I, o dziwo, to wszystko wcale nie brzmiało tak przerażająco w rzeczywistości, jak brzmiało w mojej głowie. Brzmiało to ludzko. Dopuściłam kogoś (innego niż siostrę) do swoich, jak o nich myślałam najczarniejszych, myśli i nic złego się nie stało, a ja przestałam czuć się samotna.

    Po latach poszukiwań, po godzinach przemyśleń, po wielu książkach, wreszcie znalazłam furtkę, wreszcie odkryłam lek na samotność. Jest to lek, który wymaga ciągłej reaplikacji, jedna dawka nie wystarczy. I pewnie to podróż na całe życie i pewnie jeszcze poczuję się samotna nie raz. Ale teraz wiem, co robić. 25 urodziny dały mi odpowiedź. Może to rzeczywiście, jak powiedział mój tata w czasie mojego urodzinowego toastu, między 25 a 50 rokiem jest najlepsze 25 lat życia. Może Bob z Lost in translation ma rację, może „it does get easier”, gdy zaczynasz wiedzieć kim jesteś. Wszystko, co wiem na ten moment, to to, że nigdy nie byłam tak wypełniona miłością i tak pozytywnie nastawiona do przyszłości, jak jestem teraz i to uczucie wraca za każdym razem, kiedy wspominam ten cudowny, perfekcyjny tydzień w Chorwacji.

    ***

    Z archiwum (rok wcześniej, fragment tekstu)

    […]

    Od pięciu lat jestem permanentnie samotna. Oczywiście bywają momenty, kiedy się tak nie czuję – gdy spędzam czas z bliskimi, głównie. Ale w ogólnym rozrachunku odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego nie przestałam czuć się samotna. A teraz, siedząc w moim maleńkim pokoju na poddaszu nieogrzewanego domu w Holandii, czuję brzemię samotności jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Pięć lat, a ja nadal jej nie oswoiłam. Jest tak samo czarna i obezwładniająca, jak za pierwszym razem, gdy powitała mnie w trakcie spaceru po Arenie we wrześniu 2019 roku przy akompaniamencie „Ribs” Lorde w słuchawkach.

    To z czym całkiem dobrze sobie poradziłam to bycie samej. Lubię być sama, lubię spędzać czas sama, lubię swoje własne towarzystwo, lubię czytać, pisać, malować, tańczyć w swoim pokoju. Tym bardziej przytłaczający wydaje mi się paradoks mojej samotności. „Polub swoje towarzystwo, a nigdy nie będziesz samotny” co za bzdura. Pracowałam (i nadal pracuję) ciężko by polubić swoje towarzystwo i nie przestałam być samotna. Te dwie rzeczy powinny być tożsame, a dzieli je przepaść nie do pokonania. Czy wszyscy się tak czują? Czy to po prostu fundamentalna część ludzkiej egzystencji? I większość społeczeństwa po prostu to ukrywa? Pewnie tak. Książki, filmy, muzyka i moje kilka doświadczeń życiowych podpowiadają, że tak. A więc co? Co jest odpowiedzią? Proste: miłość. Tak przynajmniej stwierdził Marquez w „Stu latach samotności”. Ale czy ja mam wierzyć, że miłość wszystko naprawi?

    […]

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • W poszukiwaniu Alaski

    W poszukiwaniu Alaski

    Siedziałam na nocnym rejsie po rzece Hudson i oglądałam brzeg magicznego Nowego Jorku. Byłam zachwycona złotymi światłami otulającymi miasto i delikatną bryzą na moich nagich ramionach, a mimo wszystko, nie czułam Tego. Grupka nastoletnich dziewczyn koło mnie robiła mnóstwo zdjęć z flashem. „Może to mi zaburza wczucie się?” pomyślałam i przeszłam na drugą stronę pokładu, gdzie było spokojniej, a dla zintensyfikowania klimatu wsadziłam słuchawki do uszu i włączyłam piosenkę „Manhattan” Kings of Leon, a potem Cat Power o tym samym tytule. Ta druga, piosenka otwierająca film Materialiści, idealnie wkomponowywała się w moment, w którym się właśnie znajdowałam. Słuchając jej przed wyjazdem myślałam, jak cudownie będzie oglądać to miasto, słuchając jej. A więc słuchałam, zatapiałam spojrzenie w rozświetlonym brzegu, a jednak nie działo się nic. Może to straciłam? Może już taka nie jestem? Przed wyjazdem przeżyłam kilka trudnych momentów, z których pomogła mi się oswobodzić moja cudowna rodzina, ale może…może nie do końca mi przeszło? Może pozostałości kumulacji tamtych przykrych emocji, powstrzymują mnie przed poczuciem Tego. Myślałam i myślałam, kiedy ostatnio To czułam. Skończył się rejs, skończył się dzień, wsiedliśmy do samolotu, wylecieliśmy z miasta Empire State Building, a ja nadal nie mogłam sobie przypomnieć. W Holandii? Chyba nie. Podczas codziennych spacerów po Malcie? Nie, też nie. Poprzedniego lata na pewno nie… Nie mogłam znaleźć żadnego wspomnienia z ostatniego roku, które przyniosłoby mi odpowiedź. „W sumie bardzo się zmieniłam w ciągu tego roku, może To też zniknęło, jako wypadkowa zmian” myślałam. Wiedziałam jedno – na siłę się nie uda. Próbując uchwycić uczucie, odbierasz mu magię. Oczekując go, sprawiasz, że nie nadejdzie. Uczucie to płochliwy bezdomny kot, a nie wytresowany owczarek niemiecki. Odpuściłam więc, z bólem godząc się z tym, że ta podróż może się odbyć bez Tego.

    Polecieliśmy na Alaskę. Jak to się w ogóle stało? Jakiś rok wcześniej tata powiedział, że jego znajomy był na Alasce i zdecydował, że nie równa się to z niczym, co widział. Alaska nie była nigdy na mojej liście, zimna i odległa, nie wydawała się stanowić dobrego celu podróży dla miłośniczki upalnego lata, jaką byłam. Ale w myślach taty, pomysł ten zagnieździł się na dobre, a gdy z siostrą zaczęłyśmy czytać i planować, też się w nim zakochałyśmy. Lodowce na wyciągnięcie ręki? Misie brunatne łowiące łososie? Wielkie przestrzenie wypełnione polami kwiatów? Wydry, orki, wieloryby, łosie? Wszystko to brzmiało jak bajka. A rzeczywistość okazała się jeszcze lepsza.

    Na początku oniemiała mnie zieleń Alaski. Ta zieleń była najbardziej intensywnym kolorem, jaki widziałam w życiu. Gdy zamykałam oczy, zostawała pod powiekami. Nie mogłam oderwać wzroku od okna podczas pierwszej jazdy samochodem. Następnego dnia rejs. Wszystkie obiecane zwierzęta, cudownie błękitne lodowce i ogrom fiordów otaczających zatokę Alaskańską. Później wyprawa po górach i długie rozmowy z moją siostrą. Było cudownie, byłam taka szczęśliwa, czułam, że piękno tego miejsca przelewa się przeze mnie, jednocześnie mnie napełniając. Alaska, której nigdy nie planowałam, której początkowo nawet nie chciałam, okazała się spełnieniem marzenia, które nie wiedziałam, że mam. Dzień w Parku Narodowym Katmai, który cechuje się największym zagęszczeniem występowania niedźwiedzi brunatnych, wypełnił moje serce dziecięcą radością. Czułam się, jak reporter National Geographic, którym przez wiele lat chciałam zostać, gdy byłam mała. W najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że zobaczę misie łowiące łososie na wodospadzie, ani że będę lecieć awionetką, ani oglądać łosie z helikoptera, ani chodzić po lodowcu. To wszystko było przecudną bajką, nigdy nie czułam się tak po brzegi wypełniona szczęściem, jak tam. Coś w prostocie tego miejsca, tego życia, uwalniało moje schematy myślenia. Wizja, że można prościej, można bardziej w zgodzie z naturą była porywająca. Przestrzeń powstająca w mojej głowie, sprawiała, że mogłam oddychać głębiej. Pozwalała na doświadczenie tak wielu niesamowitych emocji. Kompletnie zapomniałam, że nadal nie poczułam Tego. Gdybym sobie o tym przypomniała, pewnie nie poświęciłabym tej obserwacji więcej, niż jednej sekundy. Było tyle pięknych emocji, które mnie wypełniały, nie warto było koncentrować się na braku.

    Usiłując zwalczyć jet lag zabrałam się za lekturę wciągającego kryminału (żeby nad nim nie zasnąć). Chciałam zobaczyć alaskańską noc. Czy w ogóle jest noc? Kładłam się spać, gdy było jasno i budziłam się, gdy było jasno, nie wiedziałam jak ciemna jest tu noc o tej porze roku, a moje wewnętrzne dziecko aspirujące do posady w National Geographic, bardzo chciało to odkryć. W pewnym momencie podniosłam wzrok znad książki i otuliło mnie czerwone światło zachodu odbijające się od gór nad zatoką w Homer. Wybiegłam na dwór, jak oparzona. Feeria barw, która tańczyła po górskich szczytach i wiszących nad nimi chmurach sprawiła, że napłynęły mi łzy do oczu. Próbowałam obudzić siostrę, która tylko przekręciła się na drugi bok. Chwyciłam analoga, zrobiłam wiele zdjęć, a potem siedziałam i chłonęłam i płakałam i pozwoliłam, by mnie to porwało. I wtedy poczułam To, poczułam To jak nigdy wcześniej, okraszone wieloma innymi cudownymi emocjami – poczucie, że życie jest wielkie. To moje ulubione zdanie, to moje ulubione uczucie. Życie jest wielkie – wypełnione ogromem szczęścia, ogromem cierpienia i wszystkim co pomiędzy. Miłość, przyjaźń, rozmowy, gwiazdy, trudności, płacz, księżyc, lęki, uśmiechy, objęcia,dom, praca, sukcesy, porażki, sztuka, muzyka, miejsca, ludzie, wybory, drogi, wszystko, wszystko, cała masa doświadczeń i wspomnień przepływa przeze mnie w tym momencie, który wydaje się być doświadczeniem co najmniej religijnym. Może to moja nirwana? Nieważne, nie musi mieć nazwy, nie musi być dzielone z innymi ludźmi, nie musi być wyjaśnione. Jest moje i nigdy nie czułam go tak bardzo, jak tam na Alasce.

    Znalazłam To i wiele innych uczuć, dla których słowa jeszcze we mnie dojrzewają. Uczuć, których nie szukałam, których się nie spodziewałam, które nie wiedziałam, że istnieją. Minął miesiąc od tego zachodu, a ja mam wrażenie, że moje serce nadal jest oblane jakimś nowym rodzajem szczęścia. Coś we mnie się zmieniło. Czuję że  na Alasce moja dusza rozszerzyła się, jakby dopasowując się do przestrzeni, do wolności, jakiej tam doświadczyłam. Powrót – upchnięcie duszy między ciasno upakowane bloki naszego świata, przestrzeń, w której nagle się nie mieszczę. Odczuwam jakiś nowy rodzaj tęsknoty i chociaż trochę boli, jest to cudowne doświadczenie. Sprawia, że myślę o wszystkim, co jeszcze poczuję, a o czym teraz nie mam pojęcia.

    ***

    Cała twórczość Sigur Ros (dla mnie) opowiada o złożoności życia, a ten utwór wyraża dokładnie To uczucie, że życie jest wielkie.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *