Autor: admin

  • Odwrócona Carrie Bradshaw

    Odwrócona Carrie Bradshaw

    Czuję się jakbym tańczyła trzeźwa na imprezie, na której wszyscy są na kwasie, czyli tak, jestem niemal ostatnią singielką w grupie najbliższych przyjaciół i rodziny. Gdzie nie pójdę wszyscy trzymają się za ręce i tańczą opętani plagą, do której nie mam dostępu. Przesadzam? Na pewno. Ale kiedy słuchanie o kolorach bokserek nowego faceta stało się ważniejsze od rozmowy o książkach? Jakim cudem w całej tej emancypacji, z całkowicie wolną wolą, wykształceniem i wachlarzem możliwości ciągle i od nowa wybieramy facetów, jako nadrzędny temat naszych babskich rozmów? Gdzieś między dawnymi bajkami Disneya, w których książę mimo wstąpienia na ekran na ostatnie 5 minut jest zbawcą a nową płytą Sabriny Carpenter, która stawia mężczyzn w centrum uwagi, zgubiłyśmy wszystko, co w nas inne od romantycznej miłości. Ah żeby to jeszcze była miłość! Miłości hołduję, z miłością się zgadzam, z jako nadrzędnym celem egzystencji. Ale to jest uzależnienie, to jest umniejszanie samym sobie. Przyjaźń, sztuka, edukacja, książki, plany, marzenia, wyższe wartości! Jest tyle tematów do wyboru! Mogę podać ściągę, proszę, nie gadajmy już o jego ulubionych dodatkach na pizzy…

    I nie zrozumcie mnie źle. Z chęcią się dowiem, jak świetnie prosperuje nowa relacja mojej przyjaciółki, zdecydowanie wysłucham, gdy ma jakiś problem w związku. Są momenty, w których relacje romantyczne nas pochłaniają i wymagają naszej wzmożonej uwagi i to jest normalne. Ale mi nie chodzi o to. Chodzi mi o  stawianie kogoś na piedestale, o  zmianę swojego ulubionego koloru na jego, o wyplewianiu swojej osobowości i zastępowaniu jej miłością do niego, jakby była najwyższą wartością, jakby nic innego już nie miało znaczenia.

    Nie tak bardzo odeszłyśmy od mentalności XIX wieku. Jo March niczego nas nie nauczyła w swojej płomiennej przemowie, o tym, że kobiety mają nie tylko serca, ale też umysł i duszę. Gdzie ten umysł i dusza?

    Jest tyle rzeczy do odkrycia na świecie! Byłam na lodowcu! Chodziłam po lodowcu! Czułam się niczym reporter National Geographic. Spełniłam kolejne swoje dziecięce marzenia. I jakim cudem jest to mniejsze od chłopaka? Chodziłam po lodowcu i myślałam sobie, jak to możliwe, że kiedykolwiek martwiłam się o jakiegokolwiek faceta? Mogę dosłownie chodzić po lodowcu! Można robić w życiu tak wspaniałe rzeczy, można znaleźć tyle pasji i miłości w tak wielu nieoczywistych miejscach. A ja i tabuny innych dziewczyn postanawiamy aranżować swoje życie wokół chłopaka, bo przecież my jesteśmy Wenus, ale on jest słońcem.

    Ja wiem, że seks się sprzedaje. Nie ma drugiej tak budzącej powszechne zainteresowanie rzeczy. Obserwowałam to wiele razy, gdy mówiłam o swoich planach zawodowych czy rozterkach dotyczących życia i duchowości, a podskórnie czułam, że mój rozmówca tylko czeka, żeby zapytać „a jak tam u pana xxx?” albo „a spotykałaś się ostatnio z kimś nowym?”. I nagle mówiąc o nowej miłostce skupiałam na sobie uwagę wszystkich w pokoju. Seks albo nawet jego nikła obietnica to temat, który spaja każde towarzystwo. Nie wiesz o czym gadać? Zacznij gadać o chłopakach! Już w trakcie swojego pierwszego mieszkania za granicą zauważyłam, że tym tematem zjednam sobie wszystkie dziewczyny, poza tymi, z którymi mogłabym zbudować trwałą relację. Przy drugiej wyprowadzce nie popełniałam już błędu i tematu relacji romantycznych unikałam, jak ognia, dopóki nie nawiązałam z kimś relacji opartej na czymkolwiek innym. Bo nie ma dla mnie nic złego w rozmawianiu o miłostkach, byle nie paraliżowały całej reszty tematów i poznawania siebie.

    W (przynajmniej mojej) przestrzeni internetowej modne stało się ostatnio pojęcie decentralizacji mężczyzn. Temat podejmują oczywiście najchętniej nowo „uwolnione” singielki. Z tym, że niektóre z nich tę decentralizację przeprowadzają przez ciągłe gadanie o tym, jak bezużyteczni i beznadziejni są faceci, a inne przez zagłębianie się w swoje pasje, skupianie się na przyjaźniach czy karierze, odkrywanie siebie. Nie dość, że pierwszy zbiór jest zgorzkniałą, smutną grupą pseudofeministek to jeszcze nie sądzę, żeby osiągały zamierzony cel. Decentralizacja tematu przez wymienianie jego słabych stron jest jak niemyślenie o czerwonej piłce albo usiłowanie zasnąć odliczając czas do budzika –  nie działa. Natomiast do drugiej grupy mi znacznie bliżej, druga grupa mnie inspiruje do odkrywania samej siebie i wielu uroków życia. I po raz kolejny powiem, miłość romantyczna jest niewątpliwie wielkim, o ile nie największym szczęściem, jakie można mieć w życiu, ale im więcej szczęścia, tym więcej szczęścia. Nauczenie się doceniać innych jego aspektów, innych źródeł, nie odbiera niczego romantycznej miłości, a tylko może dodać więcej do naszego życia. Odnajdywanie piękna w spełnianiu dziecięcych marzeń, w szczerych, dobrych przyjaźniach, w rękach dziadka obierającego jabłka na kompot, w uśmiechu przypadkowego człowieka na ulicy i widoku jego uroczego psa… I stałe poszerzanie swojego świata, w którym przecież może być kilka słońc, jak nas uczy współczesna fizyka – to jest właśnie to o czym mówię i to,  czego chcę dla samej siebie, swoich przyjaciółek i ogółu dziewczyn na świecie.

    Mam oczywiście też w swoim życiu bliskie kobiety, z którymi bardzo doceniam nasze głębokie rozmowy, w których temat miłostek pada na końcu, jako dodatek albo czasami nie pojawia się nawet wcale w trakcie wielu godzin spędzonych ze sobą. Czasami drugie są też pierwszymi i to też jest okej. Nic w życiu nie jest stałe. Nie atakuję dziewczyn w związkach, ani singielek, które potrzebują odrobiny nienawiści by wyleczyć się z situationshipu, nie atakuję nawet rozmów o facetach. Atakuję adaptowanie mężczyzny i idei związku, jako rdzenia kobiecej osobowości. Czuję, że jesteśmy tak wieloma innymi rzeczami niż tylko zainteresowanie losowego chłopaka. To nasze marzenia, ambicje i spojrzenie na świat są centrum nas samych, nie czyjaś atencja. Czas zacząć się też tak zachowywać, tak mówić i tak traktować!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Drugi bis

    Drugi bis

    Warszawa, marzec 2025, koncert Skunk Anansie. Nie martwcie się, jeśli nie wiecie kto to (czapki z głów, jeśli ktoś zna), średnia wieku widowni 45+, ludzie, którzy byli młodzi, gdy zespół miał swoje największe przeboje – w tym mój tata, dzięki któremu znam połowę swojego obecnego Spotify. Skin nie zapowiada bisu, schodzi ze sceny, część ludzi wychodzi, ale część skanduje, więc jest bis. Prawdziwy bis, bo powtarza piosenki.

    Poznań, czerwiec 2025, festiwal Zorza. Tutaj sytuacja przedstawia się całkowicie inaczej. Dawid z Rojkiem schodzą ze sceny, nikt nie skanduje, przecież nie zaśpiewali „Długości dźwięku samotności”, przecież Dawid przed chwilą sam powiedział, że będzie bis. Tłum czeka, bo bis się należy, nie? Za to zapłacili, za Długość dźwięku samotności (nie wspominając o tym, że co poniektórzy analfabeci zapłacili za „Nie ma fal” na koncercie piosenek Myslovitz, ale to lepiej pomińmy). Wychodzą, jest bis z osobną aranżacją i efektami. Jest Długość dźwięku samotności, tłum zadowolony, piosenka się kończy, przez kilka sekund tłum skanduje na drugi bis, przez kilka sekund wierzę w to pokolenie, ale iskra szybko znika, wszyscy idą do domu.

    Gorzów, listopad 2013, koncert Curly Heads. Pierwszy koncert w moim życiu. Młodzieżowy Dom Kultury w Gorzowie, maleńka sala, maleńka scena, wielkie wspomnienie. Po koncercie fani czekają, żeby zrobić sobie zdjęcie ze wschodzącą gwiazdą Dawidem Podsiadło. Ja nie czekam, bo tata goni do domu, bo „jeszcze będą okazje”. Okazji nie było.

    Co się z nami stało? Czy naprawdę w dupach nam się poprzewracało od tego dobrobytu? Czy naprawdę musimy wychodzić z koncertu piosenkę wcześniej, „żeby nie stać w kolejce do szatni/korku na wyjeździe”? Czy naprawdę tak znormalizowaliśmy chwile, które niegdyś były najbardziej wyjątkowymi wydarzeniami w życiu? Momentami, które się wspomina całe lata? Przychodzimy na styk lub wbiegamy spóźnieni, wciskając koncert między obiad z przyjaciółką a drinka z chłopakiem. Gdzie oczekiwanie pod sceną? Gdzie zostawanie po koncercie, bo a nuż ktoś będzie dawał autografy? Gdzie gwizdanie na bis? Dlaczego sami odzieramy wyjątkowe rzeczy z całej magii? Koncerty, wakacje, spotkania z przyjaciółmi. Będąc gdzieś, już planujemy kolejny krok. Już myślimy o parkingu, o tym, że trzeba wstać na poranną jogę, a przedtem wykonać dziesięcio etapową wieczorną rutynę. Będąc w Chorwacji myślimy o Grecji, a będąc w Grecji myślimy o domu, za to w domu wspominamy Chorwację, nie zdając sobie sprawy, że coś nam ucieka.

    Czy jesteśmy straconym pokoleniem? Każde pokolenie, może poza Hemingwayowskim, tak o sobie myśli, wiem. Ale myślę, że naprawdę źle nam w tym nadmiarze. Nie umiemy doceniać małych rzeczy, to żadna nowość. Ale to, że nie umiemy doceniać dużych? To, że możemy przeżyć jedno z potencjalnie najlepszych wspomnień, ale myślami jesteśmy gdzieś indziej? To jest zatrważające. Przezwyczailiśmy się, że życie musi być piękne i instagramowe cały czas i nawet nie potrafimy docenić tego, co przeżywamy. Wyjeżdżamy na wakacje, idziemy na koncert, odwiedzamy restauracje, nie żeby przeżyć swoje doświadczenia, tylko, żeby skopiować cudze. Idziemy „odhaczyć” pewne punkty wycieczki, bo widzieliśmy ludzi na tik toku przeżywających tu pięknie wykadrowane chwile i chcemy tego samego.

    W kwietniu pojechałam z przyjaciółką do Keukenhof, to takie ogrody tulipanów obok Amsterdamu, holenderski klasyk wiosną. Była tam rzeźba cebulki tulipana, która do złudzenia przypominała pupę, więc będą sobą oczywiście zapozowałam tyłkiem wypięta do telefonu przyjaciółki i zaczęłyśmy się śmiać. „Wow this is so not MY experience of this place” jakaś młoda dziewczyna obok nas przewróciła oczami  i ustawiła się do niepozowanego zdjęcia w morzu ludzi robiących dokładnie to samo.  Zdjęcie z tulipanami jest, jeszcze tylko zdjęcie z wiatrakiem, stroopwafel i można wracać do domu. I nie zrozumcie mnie źle, nie widzę nic złego w planowaniu wycieczki i w posiłkowaniu się przy tym tik tokiem czy jakimkolwiek innym social medium. Ale jest różnica między doświadczeniem czegoś, a próbą odtworzenia czyjegoś doświadczenia. I ta różnica coraz bardziej się zaciera. I dziewczyny koło mnie na koncercie piosenek Myslovitz krzyczą „Nie ma fal”, bo chciały przeżyć to, co sobie zaplanowały, kompletnie zamknięte na to, co właśnie tak naprawdę przeżywają.

    Dajmy sobie przeżyć swoje własne piękne chwile. Nie jesteśmy tablicą z Pinteresta, a nasze doświadczenia nie są tylko (o ironio, mówię jako fotografka) galerią zdjęć. Dajmy sobie wyolbrzymić koncert, dajmy sobie w ekscytacji słuchać piosenek kilka dni przed, dajmy sobie ominąć poranną jogę, żeby zostać do końca i śpiewać pod sceną piosenkę, której artyści nie zaśpiewali, a którą tak kochamy. Dajmy sobie być głupimi fanami, dajmy sobie sami radość. Może nawet z przesadą, może nawet na wyrost. Bo co? Co się stanie? Ktoś krzywo spojrzy? Niech patrzy. My będziemy mieli lepsze doświadczenie, my przeżyjemy więcej, my zapamiętamy lepiej. Krzyczmy, śpiewajmy i płaczmy ze szczęścia. Pomnóżmy swoją radość, wierzmy w drugi bis.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Dzień Dorosłego Dziecka

    Dzień Dorosłego Dziecka

    W trakcie jednego z ostatnich muzycznych kryzysów wróciłam do słuchania podcastów przy pracy. W połowicznym skupieniu, jakie jest wymagane w hodowli komórkowej, byłam w stanie słuchać tylko mało poważnych rozmów w języku polskim, więc oczywistym wyborem został Podsiadło Kotarski Podcast. Kilka odcinków przesłuchanych w przeciągu paru dni wywołało we mnie jakieś uczucie tęsknoty i pustki, którego nie potrafiłam na początku zdefiniować. Z czasem jednak stało się jasne, że to uczucie wywołuje śmiech obu redaktorów.

    Śmiech – tak mało doświadczałam go ostatnio w moim życiu. Bynajmniej dlatego, że jestem smutna czy przechodzę gorszy okres, bo kilka minionych miesięcy było najszczęśliwszymi od dawna. Mimo tego, czegoś mi brakowało. Lekkości, poczucia dziecięcości, rozmowy o czymś bardziej abstrakcyjnym niż plany po studiach i śmianie się z czegoś bardziej niewinnego niż nieudane randki.

    Wyjechałam na 2-dniowy wypad do przyjaciół z Warszawy. Zaprosili mnie na składanie kanapy i wybieranie farb w nowym mieszkaniu. Brzmi to poważnie, brzmi to dorośle, a jakimś cudem tego dnia czułam więcej dziecięcej radości niż w ciągu wszystkich dni minionego miesiąca razem wziętych. Z czego ona wypływała?

    Jakiś czas temu niesiona na fali poznawania nowego chłopaka, wymyśliłam koncept dnia dziecka. Tak, wiem, że taki dzień już istnieje, ale mi chodziło o Dzień Dorosłego Dziecka. Zasady miałyby być następujące: brak wszelkich „wygód” dorosłego życia, takich jak samochód, nielimitowany internet w telefonie, pieniądze w portfelu przekraczające wartość 7 złotych; brak obowiązków ludzi dorosłych – pracy, zakupów, prania itd., rozmowy jedynie na poniższe tematy: marzenia, zwierzęta, kolory  i najważniejsze – zabawa, dużo zabawy bez substancji, bez wspomagaczy  o składzie bardziej złożonym niż wata cukrowa. Delikwent, który był inspiracją dla tego konceptu, zmył się z horyzontu zanim zdążyłam to zwerbalizować. Ale pomysł został ze mną i krążył nad moją głową boleśnie przypominając, że nie mam go z kim zrealizować.

    Dzień składania kanapy w Warszawie był kompletnym przeciwieństwem mojego Dnia Dorosłego Dziecka. Wybieraliśmy farby do mieszkania, byliśmy w prawdziwej restauracji, ja miałam na sobie białą koszulę, Artur loafersy, a Kasia debatowała nad wyborem lamp, gdy Janek wiózł nas autem przez Bielany. Do filmowej pełni dorosłości brakowało nam martini w jednej ręce i kija golfowego w drugiej. A jednak to był dzień jakiego szukałam. Czułam się, jakby był początek lipca, a ja właśnie otrzymałam promocję do następnej klasy w postaci uśmiechu czy gwiazdki zamiast oceny w skali 1-6.

    Zaskoczył mnie ten kontrast. Patrząc wieczorem w sufit próbowałam go uchwycić i zdefiniować. Ale chyba nie ma tutaj większej definicji niż ponadczasowa prawda, że wszystko zależy od towarzystwa. Z właściwymi ludźmi składanie kanapy jest jak najlepsza zabawa w przedszkolu. Z właściwymi ludźmi nie czujesz ciężaru poważnych rozmów, a jedynie ekscytację tym, że możecie je prowadzić.

    ***

    Tydzień później w rozmowie z Jankiem dowiedziałam się, że on przeżył swoje dni dziecka w czasie majówki. Krótka wymiana zdań między nami sprawiła, że ponownie odwiedziłam ten pokój w mojej głowie i wróciłam do tego tekstu, który wcześniej uznałam za niedokończony.

    „Został słodko-kwaśny posmak utraconej sielanki i dziecięcej miłości” tak to podsumował Janek po wysłaniu mi fotorelacji z podróży na Litwę. Poczułam w tym zdaniu ogrom tęsknoty, który mnie też przytłaczał od jakiegoś czasu – tęsknoty za dzieciństwem, tęsknoty za beztroską. Może to co pomaga nam odnaleźć to znowu to właśnie ta wspólna tęsknota? Może, gdy spotykamy człowieka, który tęskni do tego samego, chcąc mu to dać dajemy to samym sobie? Może 0+0 to tak naprawdę 2, tylko z tego prostego względu, że się wspólnie staramy to odnaleźć? Może czułam moją dziecięcą radość przy Janku, bo on też jej szukał i poczęstował mnie nią zanim sam mógł jej skosztować, zupełnie nieświadomie. A może tak bardzo staramy się znaleźć to czego szukamy, że przy odrobinie pomocy od bliskiej osoby jesteśmy w stanie nieświadomie rozdmuchać okruchy pozytywnych uczuć, które przeżywamy?

    A może chodzi też o poczucie bezpieczeństwa? Myśląc o procesie odnajdywania beztroski, dochodzę do wniosku, że najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Dopiero, gdy znajdujemy się w kompletnie bezpiecznym otoczeniu nasze wewnętrzne dziecko jest w stanie uchylić drzwi w naszej podświadomości i obdarzyć nas wyjątkowo prostym szczęściem. Brzmi to tak prozaicznie, a w rzeczywistości jest tak zaskakująco trudne. Ucząc się jako dziecko słowa „bezpieczeństwo” zestawiamy je z „niebezpieczeństwem”, które jest wojną, mordem, gwałtem i innymi strasznymi słowami mówionymi półgłosem w rozmowach dorosłych. Ale potem dorastamy i uczymy się, że prawdziwym przeciwieństwem bezpieczeństwa jest po prostu jego brak, który jest o wiele częstszy niż niebezpieczeństwo w codziennym życiu wielu z nas. Wystarczy trochę toksyny w znajomości, wystarczy trochę za dużo oceniających spojrzeń lub gestów, wystarczy trochę stresu, trochę niespełnionych oczekiwań i kilka słów wypowiedzianych w gniewie, żeby dziecko zamknęło swój pokój w naszej głowie i nie wychodziło się z nami bawić przez kilka dni, miesięcy lub nawet lat. Jesteśmy winni to jemu i sobie, żeby stale zabezpieczać naszą przestrzeń. Wybierać starannie ludzi i dbać o zdrowe relacje z nimi, ale też, a może przede wszystkim (co jest dla mnie personalnie wybitnie trudne) budować między nimi a nami zdrowe granice, żeby nie dotykały nas ich drobne humorki lub okazjonalna krytyka, która też jest przecież częścią prawdziwych relacji.

    Z chłopakami z Warszawy zawsze czułam się bezpiecznie.
     „Przy was w ogólne nie zużywam swojej baterii społecznej” powiedziałam im kiedyś po wspólnie spędzonym letnim dniu. „Ja mam wrażenie, że moja mi się przy Was wręcz ładuje” powiedział Janek , co wywołało szczery uśmiech na twarzy mojej i Artura. Chyba właśnie tak jest, gdy człowiek jest w pełni sobą i nie ma żadnej „samokontrolującej myśli”. Na swój własny użytek nazwałam tak myśli typu: „jak oni mnie teraz odbierają?”, „co oni pomyśleli o tej wypowiedzi?”, „czy jestem wystarczająco fajna?”, „czy to co przed chwilą powiedziałam nie było głupie?”, czyli wszystkie myśli o obrazie mnie w głowach innych osób. Dla mnie zawsze miały one znaczenie większe niż powinny. Z tego względu samokontrolujące myśli pojawiają się czasem w mojej głowie nawet w kontaktach z bliskimi i zaufanymi osobami. Starając się je zniwelować i być w pełni sobą w relacjach z innymi ludźmi trzeba spełnić w zasadzie jedynie dwa, ale dosyć trudne warunki. Po pierwsze trzeba faktycznie zaakceptować samego siebie, aby nie bać się pokazywać żadnej ze swoich stron, żadnej z emocji i nie warunkować ich wartości na podstawie tego, jak zostaną odebrane. A po drugie trzeba uwolnić się z szufladek, w których trzymają nas inni ludzie i my sami. To jest najtrudniejsze w relacjach w młodości, w latach dwudziestych – ciągła zmiana. Trzeba aktualizować swój obraz przyjaciół i obraz samych siebie u swoich przyjaciół przez dopuszczanie ich do nowych myśli i miejsc w naszej głowie i naszym życiu, zarówno jak pozwalać im prowadzić się po ich głowach.

    Te zmiany i tę pracę, którą czasem jest ciągłe poznawanie się od nowa, przetrwa niewiele relacji. I myślę, że wyznacznikiem tego (chociaż nie zawsze), czy dana relacja przetrwa taki szereg zmian, jest polubienie się z właściwych powodów. Jeśli lubimy naszych przyjaciół za sposób myślenia, za ich duszę, za to co jest głęboko, to nie będziemy się bać, że ich bądź nasze zmiany wpłyną na naszą relację. Myślę, że właśnie tak mamy z chłopakami. Nie siedzimy w żadnych szufladach, spacerujemy po swoich głowach i dlatego mogę się przy nich czuć tak bezpiecznie nawet, a może właśnie szczególnie, w okresie wielu zmian w moim życiu.

    Chcę częściej odwiedzać z dobrymi ludźmi dobre miejsca – szczególnie ten dziecięcy pokój w mojej głowie.

    ***

    Ponad rok później, 1 czerwca, jestem w Warszawie. Leżymy z chłopakami na hamakach w parku i z lekkim sercem prowadzimy głęboką rozmowę. Później siedzę w pociągu i odnajduję ten tekst, napisany jeszcze zanim miałam odwagę założyć bloga. Przypomniałam sobie o nim, bo dziś Dzień Dziecka, idealny moment, żeby go opublikować. Wertuję go wzrokiem, nie pamiętając za bardzo, co tu napisałam i uśmiecham się sama do siebie. Nie mogę uwierzyć, że rok później idealnie w Dzień Dziecka przeprowadzamy zupełnie przypadkiem rozmowę o tym wszystkim, co czułam i myślałam rok temu. Rozmawiamy o updatowaniu obrazu swoich bliskich, o powodach polubiania nowych ludzi i nadrzędności zauroczenia czyimś sposobem myślenia. „Wiesz, bo to nie chodzi o to, żeby mieć obok siebie tylko osoby z podobnym sposobem myślenia” mówię do Janka, gdy prosi, żebym sprecyzowała „Jak dla mnie największą wartość ma relacja z kimś, kto ma trochę inny sposób myślenia. Taki, który nadal się zgadza z moimi wartościami i jakimiś fundamentalnymi myślami, ale sama bym w ten sposób nie pomyślała, rozumiesz? Wtedy mogę się czegoś od tej osoby nauczyć, mogę się rozwijać, możemy nawzajem uzupełnić i poszerzyć swój horyzont, to jest dla mnie najlepsze”. Artur kiwa głową z hamaka. Rozmawiamy długo, o tym i na wiele innych tematów. Po raz kolejny ich poznaję i po raz kolejny nie mogę się przestać uśmiechać, bo tak bardzo lubię odwiedzać ich głowy.

  • Kogo to obchodzi

    Kogo to obchodzi

    Miałam zacząć już wiele razy i za każdym z nich coś stawało na mojej drodze. Albo raczej ja stawałam na swojej własnej drodze z moją wiecznie aktywną głową.  

    Na początku przeraziła mnie permanentność internetu, mój digital footprint. A przecież mam już go tak wiele. Każdy widział moje, udolne bądź nie, próby taneczne na instagram story, każdy mógł odnaleźć moje zdjęcia z aparatem na zębach i śmiać się z moich niewyszukanych opisów sprzed lat, tak jak moja młodsza kuzynka w ostatnie święta. Jeśli ktoś naprawdę chciałby się ze mnie pośmiać, daję ku temu bardzo dużo okazji , zarówno na żywo, jak i w przestrzeni internetowej. Od dziecka byłam wystawiona na sporą dawkę śmiechu ze strony mojej rodziny. Miałam przezwisko “lama”,  co teraz jest dla mnie śmieszne i urocze, a w tamtym czasie nauczyło mnie dystansu do siebie (ale oczywiście nie bez strat moralnych). Z tego względu zwykle, jako dorosły człowiek miałam poczucie, że stać mnie, by być autentyczną, by po prostu być sobą i pokazywać siebie w każdej przestrzeni, w jakiej się znajdywałam. Ale z pisaniem jest inaczej. Nie ma żadnej bariery między moimi myślami, a światem – najbardziej bezpośrednia z form ekspresji. Musiałam wypracować sobie nową przestrzeń bez lęku przed oceną. 

    Znajduję nieopisywalną rozkosz w byciu dziwną osobą w miejscach publicznych – tańczę w parku, jestem pierwsza na parkiecie w klubie, śmieję się głośno i ogólnie jestem tak bardzo daleka od bycia nonszalancką i tajemniczą, jak to tylko możliwe. I uwielbiam to w sobie. Nie mam żadnych obaw przed tym, co pomyślą nieznani mi ludzie. Po co miałabym je mieć? Zupełnie mnie nie obchodzi, że ktoś, kogo nie znam i kto nie zna mnie, osądzi mnie w jakikolwiek sposób. Także jeśli jesteś obcą mi osobą, czytającą to – nie boję się w żaden sposób tego, co pomyślisz. 

    Jeśli czytasz to, jako jedna z bliskich mi osób z grona rodziny lub przyjaciół – do pewnego stopnia wszystkie te rzeczy o mnie wiesz i mimo wszystko jesteśmy blisko, więc to też nie jest główne źródło mojego lęku przed upublicznieniem swojego wnętrza na użytek świata.  

    Myślę, że grupą, która powstrzymywała mnie w moich myślach najdłużej, jest jakże osobliwa i szeroka grupa ludzi, którzy znają mnie w małym stopniu i tylko z jednej strony. Ta ekipa, z którą się imprezowało na studiach, ale nic poza tym, ten chłopak, z którym byłam na dwóch randkach i nawet nie zdążyliśmy się przed sobą otworzyć, dziewczyny, z którymi myślałam, że się zaprzyjaźnię, a wyszło inaczej, ludzie, którzy znają mnie z poprzednich żyć, gdy nosiłam wyżej wspomniany aparat na zęby. Krótko mówiąc – ludzie, którzy nigdy nie poznali prawdziwej mnie albo nie znają obecnej mnie, ale nasze drogi gdzieś się przecięły. Myśl o tym, że któraś z tych osób odczytuje innym fragment tego tekstu i wspólnie się z niego śmieją napawała mnie lękiem wystarczająco paraliżującym, żeby powstrzymać mnie od upubliczniania swoich myśli. Potem stała się rzecz wyjątkowo prozaiczna – przeprowadziłam się kompletnie sama do innego kraju i po paru miesiącach, zauważyłam, że mam to gdzieś. Te myśli zniknęły. Skoro mogłam sama odnaleźć się w innym kraju, to mogę też mieć w dupie, co pomyśli o mnie tamta dziewczyna z liceum. Jakże uwalniające uczucie. Nie obchodzi mnie to. I w całym swoim egoizmie pominęłam to, że pewnie tych ludzi też to wcale nie obchodzi. Bo czemu w sumie by miało?  

    Ale wtedy pojawiła się druga strona medalu: kogo to obchodzi? 

    Skoro nikogo w sumie to nie obchodzi, to po co ja w ogóle piszę ten tekst? 

    W całej swojej cynicznej powłoce, nadal wierzę w pokrewieństwo dusz, nadal wierzę w sztukę i w wielki wpływ przypadkowych niekiedy ludzi na nasze życie. Bo przeczytałam tekst Karoliny i poczułam, że część mnie, która nigdy nie czuła się zrozumiana, dostała siostrę. Bo tyle razy słuchałam piosenek, które potrafiły opisać dokładnie, co czuję. Bo zobaczyłam obraz Georgii O’Keeffe Abstarction blue w nowojorskiej MoMie i się rozpłakałam. Bo tak bardzo potrafię poczuć tak wiele momentów i to piękne, i trudne, i może ktoś poczuje się zrozumiany. 

    Oraz egoizm. Jak zwykle egoizm. Robię to głównie dla siebie, tak jak wszyscy artyści przede mną i wszyscy po mnie i nie ma w tym nic szokującego, ani złego. 

    Także oddaję na Wasze ręce moje myśli, te piękne i brzydkie,  ale wszystkie prawdziwe. I pewnie zaprzeczę sobie milion razy, i drugie milion – zmienię zdanie. I będę myślała, że już coś zrozumiałam, coś odkryłam, a później okaże się, że jestem nadal na początku drogi. 

     I to zabrzmi,  jak banał, ale powiem to i tak: czas leci szybko, a ja nie chcę choć przez minutę nie być w pełni sobą. 

    (Perfect places od Lorde, bo przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że tak, jak w tej piosence, jestem osobą, która stwarza sobie piękne miejsca i piękne życie. Do teraz to najlepszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. Nie mogę się zgodzić w pełni, ale może coś w tym jest, bo właśnie stwarzam sobie tu nowe, piękne miejsce). 

    Komentarze

    2 odpowiedzi do „Kogo to obchodzi”

    1. Awatar zolti
      zolti

      Piękny tekst! Napisałem komentarz na Ig ale chyba masz zablokowane 🙁 w każdym razie szacunek za odwagę i mega fajnie się to czytało 😁

      1. Awatar admin

        Rzeczywiście muszę mieć coś zablokowane, bo nic nie dotarło :/ Dziękuję pięknie <3

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *