Gdy po raz pierwszy i póki co jedyny w moim życiu mówiłam „kocham Cię” w kontekście romantycznym, wiedziałam, że pozostanie ono nieodwzajemnione. A jednak, prawie jak Rachel wyznawająca Rossowi miłość na krótko przed jego ślubem, czułam, że muszę to powiedzieć (na szczęście daleko mi było do toksycznej relacji z Przyjaciół, bo chłopak będący odbiorcą mojego wyznania był singlem pełną parą). Wypowiedzenie na głos tych słów przyniosło mi ulgę. Jednak wydarzenia, które nastąpiły później i moje wybory doprowadziły mnie do przykrej krainy cynizmu. Owinęłam się jego warstwą, jak kokonem, gotowa uwierzyć, że miłość jest iluzją, fantazją, złudzeniem, a nawet jeśli jest prawdziwa, to nie jest dostępna dla mnie i nie jest mi potrzebna.
Moi przyjaciele, rodzina oraz liczne komedie romantyczne mówiły, że mój cyniczny pancerz samoistnie się rozpadnie, gdy poznam „właściwego” chłopaka.
Ale lata mijały, a ja nie poznawałam nikogo, kto chciałby próbować być „tym właściwym”, a jeśli się taki zdarzył, to nie był to kandydat w kręgu moich zainteresowań. W międzyczasie zaliczyłam kilka situationshipów – prób udawania, że umiem w coś casual, trochę przekonywania się do tego, że przyjaźń + dobry seks to wszystko, czego potrzeba do udanego związku, że wcale nie istnieje ten nieuchwytny, nieco magiczny element zakochania, który biolodzy przypisują feromonom, a astrolodzy – kosmogramom. Nie działało, cyniczny pancerz zaczynał uwierać, czułam, że coś gubię, jakąś część siebie, której nie byłam jeszcze gotowa odnaleźć. Ale powoli kroczek po kroczku zbliżałam się do kolejnego wyznania, być może nawet ważniejszego:
I’m a lover girl
Gdy wreszcie to sobie powiedziałam, gdy pozwoliłam sobie znowu być romantyczna, pragnąć romantyczności, pragnąć miłości, włączać ją do swojej wizji przyszłości, zrzuciłam tę za małą skorupę cynizmu, która już zaczęła mnie dusić i poczułam się wolna.
Przez długi czas myślałam, że nie mogę być lover girl bez partnera, że będę mogła uaktywnić całą swoją romantyczność dopiero, gdy wejdę w związek. Ale to nie jest prawda. Bycie romantycznym nie zależy od statusu relacji, tylko od sposobu patrzenia na świat i odnoszenia się do niego – zauważanie magii, tam gdzie wcześniej widziało się szarość.
I jest w tym coś kruchego i bezbronnego – w takim podejściu do życia – ale mi jest o wiele lepiej być bezbronną sobą niż tkwić w za ciasnej skorupie, która ma mnie chronić. Bądźmy vulnerable – na tym etapie życia już chyba niemal każdy został chociaż raz poważnie zraniony, nikt nie chce tego powtarzać i o ile łatwiej i przyjemniej by było, jakbyśmy pozwalali sobie być sobą i poznawali się bez tych zasłaniających nasze oblicza skorupa to z uważnością, z delikatnością, aby nie ranić siebie nawzajem.
Niezależnie od tego czy spędzasz Walentynki (czy jakikolwiek inny dzień roku) samotnie czy w duecie, jeśli jesteś lover girl/boy, to bądź. Napisz kartkę do przyjaciółki, idź na romantyczny spacer solo, spójrz na parę zakochanych nastolatków z czułością, wyobraź sobie swoje życie w jasnej, może trochę podkoloryzowanej wersji, a potem przenieś tę wersję do rzeczywistości. Ostatecznie różowe okulary można nosić zawsze, nie tylko jako ogłupiający dodatek do honeymoon phase. A kiedy nauczysz się je samodzielnie zakładać, życie po prostu stanie się lepsze.
***
Pomysły na romantyzowanie:
Romantyczna muzyka na słuchawkach (polecam soundtrack „Her”, ogólnie soundtracki wszystko od Sigur Ros)
Czytanie/szkicowanie/pisanie w przestrzeni publicznej (może ostatnio zyskało to wydźwięk performatywny, ale nadal jest super)
Napisanie listu/pocztówki do przyjaciółki
Wywołanie zdjęć i zrobienie albumu
Fotografowanie analogiem albo starą cyfrówką (nie jestem zbyt obiektywna, wiem)
Spacer z wymyślaniem historii obcych ludzi, których mijasz
Zatrzymywanie wzroku na przypadkowej scenerii i wyobrażenie sobie, jaka byłaby kontynuacja, gdyby to był film
Przejrzenie albumów dziadków/rodziców i spytanie ich o historie z młodości
Wyjście w jakimś nietypowym outficie (jak będzie wiosna, bo teraz ciężko), w którym poczujecie się wyjątkowo
Kupienie sobie (albo komuś) kwiatów lub innej małej, nieużytecznej rzeczy, która sprawia radość
Wraz z początkiem jesieni po raz kolejny rozpoczyna się cuffing season. Moi przyjaciele są już od jakiegoś czasu w parach, więc nie czuję specjalnej presji otoczenia, ale biologia jest biologią i jej wpływ odczuwam, więc odpalam po raz kolejny tindera bez większej determinacji czy wiary w tę przestrzeń internetową. Mam świadomość, że gdy mój organizm przywyknie trochę do braku słońca i braku dawek oksytocyny zapewnianych latem przez spędzanie czasu z bliskimi, pewnie znowu odinstaluję tę pogardzaną przeze mnie aplikację, ale póki co „co mi szkodzi”, jak to wiele razy mawiała moja przyjaciółka.
Po kilku niezbyt udanych interakcjach, przypominam sobie, „co mi szkodzi”. Nie jest mi szkoda mojego czasu, mam go w tym momencie sporo, nie jest mi nawet tak bardzo szkoda mojej energii, na której brak też nie narzekam. Nie, to czego najbardziej mi szkoda, to moja nadzieja.
Wspaniale jest być w stanie wiary w miłość, w stanie inspiracji, do poznawania nowych ludzi (niekoniecznie w kontekście romantycznym, tylko tak po prostu), w którym znajdywałam się przez niemal całą wiosnę i lato, pewnie głównie dlatego, że wycofałam się z „rynku matrymonialnego” i po raz pierwszy w życiu naprawdę skupiłam się przez dłuższy czas na sobie dla siebie. To swoiste przepełnienie inspiracją do miłości objawia się u mnie w dostrzeganiu jej źródeł wszędzie – w przyjaźni, w rodzinie, w pasjach, w naturze, w sztuce. Jest to kompletne przeciwieństwo cynizmu, zgorzknienia czy zazdrości. Jest to stan, w którym kocham kochać miłość, kiedy para całująca się w parku wywołuje na mojej twarzy uśmiech zamiast przewrócenia oczami, a widok matek z dziećmi pod żłobkiem stawia mi w głowie pytanie „czy poślę moje dzieci do żłobka?” zamiast fatalistycznego „pewnie mi się nie uda założyć rodziny”.
Jako, że nauczyłam się podsycać w sobie ten stan inspiracji przez sztukę i literaturę, jest on bardzo trwały i stabilny tak długo, jak długo nie próbuję wchodzić w interakcje z mężczyznami z zamiarem romantycznym.
„No bo ile razy można iść na randkę, poznawać kogoś nowego, mieć jakąś nadzieję, tylko po to, żeby znowu nie kliknęło?” mówi do mnie koleżanka na początku weekendu, a ja i tak podziwiam jej nadzieję topniejącą o wiele wolniej niż moja, gdyż ja po jednej nieudanej randce nie mam przez kilka miesięcy ochoty na kolejną.
Przyjechałam do Krakowa na weekend. Było to zaskakujące nawet dla mnie samej, albowiem przyjechałam odwiedzić znajomą, dla której nawet określenie „znajoma” było na wyrost. Widziałyśmy się wcześniej na żywo dwa razy na imprezach ponad 4 lata wcześniej, a od wtedy cały nasz kontakt ograniczał się do wymiany co jakiś czas kilku wiadomości na instagramie. Ale tak od słowa do słowa i oto siedziałam w jej krakowskiej kuchni, a tematy nam się nie kończyły.
Czułam, jakbyśmy znały się od dawna. Cały weekend miałam to przyjemne ciepło w sercu, które zwykle czuję w otoczeniu rodziny albo najbliższych przyjaciół. Jakiś czas temu słuchałam podcastu psycholożki Izy Skowrońskiej „Dziewczyny z Nelsons Row”, w którym Iza opowiadała, jak pojechała do Londynu do znajomych i czuła się taka mentalnie przytulona przez cały pobyt tam. Zastanawiałam się wtedy od jak dawna nie czułam w swoim życiu takiego nowego połączenia. Zdarzały mi się wcześniej takie momenty (Dzień dziecka w Warszawie, wizyta u mojej przyjaciółki w Kopenhadze 2 lata temu), ale nigdy nie była to zupełnie nowa osoba. Od dawna też nikt nowy nie sprawił, że czułam się tak widziana w rozmowie.
Rozmawiałyśmy o wszystkim – rodzinie, miłości, siostrzeństwie, związkach, przyjaźni, pisaniu, budowaniu swojego wymarzonego życia, studiach, mieszkaniu za granicą, książkach, muzyce i wielu, wielu innych. Świeczki się paliły, a ja czułam się tak cozy, jak tylko możliwe jest się czuć.
Przeczuwałyśmy raczej, że będziemy się dobrze razem bawić, ale żadna z nas nie przewidziała, że tak ze sobą klikniemy. „Takie momenty przywracają mi nadzieję, że to w ogóle jest jeszcze możliwe, że to istnieje, że można po prostu z kimś tak kliknąć” powiedziała przed naszym pożegnaniem. „Niesamowite, że jest jeszcze tyle ludzi, z którymi możemy to poczuć, nie?”
Zawsze myślałam, że to, co uratuje mnie przed samotnością, to co ratuje przed nią wszystkich ludzi według Garcii Gabriela Marqueza to wielka, romantyczna miłość. Poniekąd nadal tak myślę – odpowiedzią jest miłość. Ale brak tej romantycznej, nie musi oznaczać samotności – to wiedziałam już wcześniej. Ale przecież miałam świetną rodzinę, miałam świetnych przyjaciół i nadal czułam się dobitnie samotna. Aż tego lata w książce (wybitnej swoją drogą, bardzo polecam!) „Conversations on Love” Natashy Lunn, przeczytałam fragment mówiący o byciu samotnym w związku:
„No one really wants to be idealized – we want to be seen and accepted and forgiven, and to know that we can be ourselves in our less edifying moments. So to be on the recieving end of somebody’s idealizing feelings is alienating. It looks like we’re being seen and admired like never before, but actually, many import ant parts of us are being forgotten.”
Czytając to przeniosłam się myślami do chwili, gdy bezgłośnie płakałam u przyjaciółki pod prysznicem pół roku temu. Nie chciałam, żeby słyszała, ale jej obecność za ścianą tylko podkreślała moją samotność tego wieczoru. Dopiero po przeczytaniu tych zdań, dotarło do mnie, że mimo że nie prezentuję przed swoimi bliskimi jakiejś wyidealizowanej wersji siebie, większości wcale nie dopuszczam też do tej pełnej, prawdziwej, bardzo emocjonalnej. Dorastałam w przekonaniu, że jestem trudna i że powinnam sobie z tym sama poradzić, a nie obarczać tym osoby trzecie. Często czułam, że moje całe życie będzie wyglądało, jak wers z „Hyper-ballad” Björk :
„I go through all this
Before you wake up
So I can feel happier
To be safe up here with you”
Sama sobie budowałam ten mur między mną a ludźmi, którzy mnie kochają.
Test praktyczny z nowo zdobytej wiedzy, przyszedł szybciej niż zakładałam.
Pojechałam z przyjaciółmi i rodziną do Chorwacji, żeby uczcić tam moje 25 urodziny, leżąc razem na mojej ulubionej plaży, w „moim szczęśliwym miejscu”. Kojarzycie, gdy się stresujecie albo macie trudniejszy moment i ktoś wam mówi, żebyście wyobrazili sobie jakieś miejsce, w którym czujecie się bezpieczni i szczęśliwi? Tak, ta plaża to właśnie takie moje miejsce. Jeździliśmy do tego samego miasteczka w Chorwacji na wyspie Brač co roku odkąd skończyłam 10 lat. Znam jego każdy zakamarek i czuję się tam, jak w domu. W sklepach uparcie mówię „Dober dan” i „Hvala, dobro jutro”, żeby wszyscy wiedzieli, że ja nie jestem turystką, ja jestem u siebie. Dlatego właśnie tam zaprosiłam moich bliskich i właśnie tam chciałam rozpocząć swoje nowe ćwierćwiecze po 5 latach od ostatniej wizyty.
Niewiele jest w życiu perfekcyjnych chwil. A ja miałam ogromne szczęście przeżyć perfekcyjny tydzień. I nie mówię, że przez tydzień nie odczułam ani razu smutku czy frustracji, bo to byłoby kłamstwo. Perfekcją dla mnie nie jest wychuchany, idealny, jakby odegrany ze scenariusza czas. Jednak nadal uważam, że to był najlepszy tydzień w moim 25 letnim życiu i był tak bliski perfekcji, jak tylko może być bliskie perfekcji ludzkie życie. Pływaliśmy razem na wyprawy supami, łowiliśmy muszelki, jedliśmy lody, tańczyliśmy do piosenek Pitbulla i czytaliśmy książki. Rankiem, zanim jeszcze zrobiło się gorąco, chodziłam z siostrą na długie spacery, wieczorami jedliśmy pyszne jedzenie, a pomiędzy chłonęliśmy słońce i dużo się śmialiśmy. Jakimś cudem, ludzie, którzy za bardzo się wcześniej nie znali, a niektórzy nawet widzieli po raz pierwszy, zgrali się lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. „Osoby, które Cię otaczają to świadectwo tego, jaką jesteś osobą, a ty jesteś świetna i takich ludzi przyciągasz” powiedziała mi przyjaciółka po tym wyjeździe. I nawet chyba trochę zaczęłam jej wierzyć. Nigdy wcześniej nie czułam tak bardzo ogromu miłości od tak wielu osób na raz. Czułam się tak wdzięczna, że wszyscy tam znaleźli się dla mnie. Jednego dnia nawet wszyscy wstali wcześnie, żeby zorganizować mi (stout out to my sister) niespodziankowe śniadanie na plaży rodem z pinteresta. No czy można mieć lepszych przyjaciół i rodzinę?
Jednak mimo tych wszystkich przecudownych, lekkich jak piórko chwil, jedną z najważniejszych dla mnie pozostanie trudniejszy moment. Wynikiem zlepku kilku głupich powodów od rana tego dnia czułam się źle. Wznosiłam mur milczenia między mną a bliskimi, bo twierdziłam, że nie chcę nikomu psuć zabawy i powinnam poradzić sobie sama. Mimo tylu kochających mnie ludzi dookoła, poczułam znajomy oddech samotności na karku. I wtedy przyjaciółka mnie przytuliła, a ja zmęczona swoim własnym murem, postanowiłam zrobić coś innego niż zwykle – powiedziałam jej, co czuję. Powiedziałam jej wszystkie wątpliwości, które zagościły w mojej głowie, o tym, że może na to nie zasłużyłam i może nie jestem wystarczająco dobra. I, o dziwo, to wszystko wcale nie brzmiało tak przerażająco w rzeczywistości, jak brzmiało w mojej głowie. Brzmiało to ludzko. Dopuściłam kogoś (innego niż siostrę) do swoich, jak o nich myślałam najczarniejszych, myśli i nic złego się nie stało, a ja przestałam czuć się samotna.
Po latach poszukiwań, po godzinach przemyśleń, po wielu książkach, wreszcie znalazłam furtkę, wreszcie odkryłam lek na samotność. Jest to lek, który wymaga ciągłej reaplikacji, jedna dawka nie wystarczy. I pewnie to podróż na całe życie i pewnie jeszcze poczuję się samotna nie raz. Ale teraz wiem, co robić. 25 urodziny dały mi odpowiedź. Może to rzeczywiście, jak powiedział mój tata w czasie mojego urodzinowego toastu, między 25 a 50 rokiem jest najlepsze 25 lat życia. Może Bob z Lost in translation ma rację, może „it does get easier”, gdy zaczynasz wiedzieć kim jesteś. Wszystko, co wiem na ten moment, to to, że nigdy nie byłam tak wypełniona miłością i tak pozytywnie nastawiona do przyszłości, jak jestem teraz i to uczucie wraca za każdym razem, kiedy wspominam ten cudowny, perfekcyjny tydzień w Chorwacji.
***
Z archiwum (rok wcześniej, fragment tekstu)
[…]
Od pięciu lat jestem permanentnie samotna. Oczywiście bywają momenty, kiedy się tak nie czuję – gdy spędzam czas z bliskimi, głównie. Ale w ogólnym rozrachunku odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego nie przestałam czuć się samotna. A teraz, siedząc w moim maleńkim pokoju na poddaszu nieogrzewanego domu w Holandii, czuję brzemię samotności jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Pięć lat, a ja nadal jej nie oswoiłam. Jest tak samo czarna i obezwładniająca, jak za pierwszym razem, gdy powitała mnie w trakcie spaceru po Arenie we wrześniu 2019 roku przy akompaniamencie „Ribs” Lorde w słuchawkach.
To z czym całkiem dobrze sobie poradziłam to bycie samej. Lubię być sama, lubię spędzać czas sama, lubię swoje własne towarzystwo, lubię czytać, pisać, malować, tańczyć w swoim pokoju. Tym bardziej przytłaczający wydaje mi się paradoks mojej samotności. „Polub swoje towarzystwo, a nigdy nie będziesz samotny” co za bzdura. Pracowałam (i nadal pracuję) ciężko by polubić swoje towarzystwo i nie przestałam być samotna. Te dwie rzeczy powinny być tożsame, a dzieli je przepaść nie do pokonania. Czy wszyscy się tak czują? Czy to po prostu fundamentalna część ludzkiej egzystencji? I większość społeczeństwa po prostu to ukrywa? Pewnie tak. Książki, filmy, muzyka i moje kilka doświadczeń życiowych podpowiadają, że tak. A więc co? Co jest odpowiedzią? Proste: miłość. Tak przynajmniej stwierdził Marquez w „Stu latach samotności”. Ale czy ja mam wierzyć, że miłość wszystko naprawi?
W trakcie jednego z ostatnich muzycznych kryzysów wróciłam do słuchania podcastów przy pracy. W połowicznym skupieniu, jakie jest wymagane w hodowli komórkowej, byłam w stanie słuchać tylko mało poważnych rozmów w języku polskim, więc oczywistym wyborem został Podsiadło Kotarski Podcast. Kilka odcinków przesłuchanych w przeciągu paru dni wywołało we mnie jakieś uczucie tęsknoty i pustki, którego nie potrafiłam na początku zdefiniować. Z czasem jednak stało się jasne, że to uczucie wywołuje śmiech obu redaktorów.
Śmiech – tak mało doświadczałam go ostatnio w moim życiu. Bynajmniej dlatego, że jestem smutna czy przechodzę gorszy okres, bo kilka minionych miesięcy było najszczęśliwszymi od dawna. Mimo tego, czegoś mi brakowało. Lekkości, poczucia dziecięcości, rozmowy o czymś bardziej abstrakcyjnym niż plany po studiach i śmianie się z czegoś bardziej niewinnego niż nieudane randki.
Wyjechałam na 2-dniowy wypad do przyjaciół z Warszawy. Zaprosili mnie na składanie kanapy i wybieranie farb w nowym mieszkaniu. Brzmi to poważnie, brzmi to dorośle, a jakimś cudem tego dnia czułam więcej dziecięcej radości niż w ciągu wszystkich dni minionego miesiąca razem wziętych. Z czego ona wypływała?
Jakiś czas temu niesiona na fali poznawania nowego chłopaka, wymyśliłam koncept dnia dziecka. Tak, wiem, że taki dzień już istnieje, ale mi chodziło o Dzień Dorosłego Dziecka. Zasady miałyby być następujące: brak wszelkich „wygód” dorosłego życia, takich jak samochód, nielimitowany internet w telefonie, pieniądze w portfelu przekraczające wartość 7 złotych; brak obowiązków ludzi dorosłych – pracy, zakupów, prania itd., rozmowy jedynie na poniższe tematy: marzenia, zwierzęta, kolory i najważniejsze – zabawa, dużo zabawy bez substancji, bez wspomagaczy o składzie bardziej złożonym niż wata cukrowa. Delikwent, który był inspiracją dla tego konceptu, zmył się z horyzontu zanim zdążyłam to zwerbalizować. Ale pomysł został ze mną i krążył nad moją głową boleśnie przypominając, że nie mam go z kim zrealizować.
Dzień składania kanapy w Warszawie był kompletnym przeciwieństwem mojego Dnia Dorosłego Dziecka. Wybieraliśmy farby do mieszkania, byliśmy w prawdziwej restauracji, ja miałam na sobie białą koszulę, Artur loafersy, a Kasia debatowała nad wyborem lamp, gdy Janek wiózł nas autem przez Bielany. Do filmowej pełni dorosłości brakowało nam martini w jednej ręce i kija golfowego w drugiej. A jednak to był dzień jakiego szukałam. Czułam się, jakby był początek lipca, a ja właśnie otrzymałam promocję do następnej klasy w postaci uśmiechu czy gwiazdki zamiast oceny w skali 1-6.
Zaskoczył mnie ten kontrast. Patrząc wieczorem w sufit próbowałam go uchwycić i zdefiniować. Ale chyba nie ma tutaj większej definicji niż ponadczasowa prawda, że wszystko zależy od towarzystwa. Z właściwymi ludźmi składanie kanapy jest jak najlepsza zabawa w przedszkolu. Z właściwymi ludźmi nie czujesz ciężaru poważnych rozmów, a jedynie ekscytację tym, że możecie je prowadzić.
***
Tydzień później w rozmowie z Jankiem dowiedziałam się, że on przeżył swoje dni dziecka w czasie majówki. Krótka wymiana zdań między nami sprawiła, że ponownie odwiedziłam ten pokój w mojej głowie i wróciłam do tego tekstu, który wcześniej uznałam za niedokończony.
„Został słodko-kwaśny posmak utraconej sielanki i dziecięcej miłości” tak to podsumował Janek po wysłaniu mi fotorelacji z podróży na Litwę. Poczułam w tym zdaniu ogrom tęsknoty, który mnie też przytłaczał od jakiegoś czasu – tęsknoty za dzieciństwem, tęsknoty za beztroską. Może to co pomaga nam odnaleźć to znowu to właśnie ta wspólna tęsknota? Może, gdy spotykamy człowieka, który tęskni do tego samego, chcąc mu to dać dajemy to samym sobie? Może 0+0 to tak naprawdę 2, tylko z tego prostego względu, że się wspólnie staramy to odnaleźć? Może czułam moją dziecięcą radość przy Janku, bo on też jej szukał i poczęstował mnie nią zanim sam mógł jej skosztować, zupełnie nieświadomie. A może tak bardzo staramy się znaleźć to czego szukamy, że przy odrobinie pomocy od bliskiej osoby jesteśmy w stanie nieświadomie rozdmuchać okruchy pozytywnych uczuć, które przeżywamy?
A może chodzi też o poczucie bezpieczeństwa? Myśląc o procesie odnajdywania beztroski, dochodzę do wniosku, że najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Dopiero, gdy znajdujemy się w kompletnie bezpiecznym otoczeniu nasze wewnętrzne dziecko jest w stanie uchylić drzwi w naszej podświadomości i obdarzyć nas wyjątkowo prostym szczęściem. Brzmi to tak prozaicznie, a w rzeczywistości jest tak zaskakująco trudne. Ucząc się jako dziecko słowa „bezpieczeństwo” zestawiamy je z „niebezpieczeństwem”, które jest wojną, mordem, gwałtem i innymi strasznymi słowami mówionymi półgłosem w rozmowach dorosłych. Ale potem dorastamy i uczymy się, że prawdziwym przeciwieństwem bezpieczeństwa jest po prostu jego brak, który jest o wiele częstszy niż niebezpieczeństwo w codziennym życiu wielu z nas. Wystarczy trochę toksyny w znajomości, wystarczy trochę za dużo oceniających spojrzeń lub gestów, wystarczy trochę stresu, trochę niespełnionych oczekiwań i kilka słów wypowiedzianych w gniewie, żeby dziecko zamknęło swój pokój w naszej głowie i nie wychodziło się z nami bawić przez kilka dni, miesięcy lub nawet lat. Jesteśmy winni to jemu i sobie, żeby stale zabezpieczać naszą przestrzeń. Wybierać starannie ludzi i dbać o zdrowe relacje z nimi, ale też, a może przede wszystkim (co jest dla mnie personalnie wybitnie trudne) budować między nimi a nami zdrowe granice, żeby nie dotykały nas ich drobne humorki lub okazjonalna krytyka, która też jest przecież częścią prawdziwych relacji.
Z chłopakami z Warszawy zawsze czułam się bezpiecznie. „Przy was w ogólne nie zużywam swojej baterii społecznej” powiedziałam im kiedyś po wspólnie spędzonym letnim dniu. „Ja mam wrażenie, że moja mi się przy Was wręcz ładuje” powiedział Janek , co wywołało szczery uśmiech na twarzy mojej i Artura. Chyba właśnie tak jest, gdy człowiek jest w pełni sobą i nie ma żadnej „samokontrolującej myśli”. Na swój własny użytek nazwałam tak myśli typu: „jak oni mnie teraz odbierają?”, „co oni pomyśleli o tej wypowiedzi?”, „czy jestem wystarczająco fajna?”, „czy to co przed chwilą powiedziałam nie było głupie?”, czyli wszystkie myśli o obrazie mnie w głowach innych osób. Dla mnie zawsze miały one znaczenie większe niż powinny. Z tego względu samokontrolujące myśli pojawiają się czasem w mojej głowie nawet w kontaktach z bliskimi i zaufanymi osobami. Starając się je zniwelować i być w pełni sobą w relacjach z innymi ludźmi trzeba spełnić w zasadzie jedynie dwa, ale dosyć trudne warunki. Po pierwsze trzeba faktycznie zaakceptować samego siebie, aby nie bać się pokazywać żadnej ze swoich stron, żadnej z emocji i nie warunkować ich wartości na podstawie tego, jak zostaną odebrane. A po drugie trzeba uwolnić się z szufladek, w których trzymają nas inni ludzie i my sami. To jest najtrudniejsze w relacjach w młodości, w latach dwudziestych – ciągła zmiana. Trzeba aktualizować swój obraz przyjaciół i obraz samych siebie u swoich przyjaciół przez dopuszczanie ich do nowych myśli i miejsc w naszej głowie i naszym życiu, zarówno jak pozwalać im prowadzić się po ich głowach.
Te zmiany i tę pracę, którą czasem jest ciągłe poznawanie się od nowa, przetrwa niewiele relacji. I myślę, że wyznacznikiem tego (chociaż nie zawsze), czy dana relacja przetrwa taki szereg zmian, jest polubienie się z właściwych powodów. Jeśli lubimy naszych przyjaciół za sposób myślenia, za ich duszę, za to co jest głęboko, to nie będziemy się bać, że ich bądź nasze zmiany wpłyną na naszą relację. Myślę, że właśnie tak mamy z chłopakami. Nie siedzimy w żadnych szufladach, spacerujemy po swoich głowach i dlatego mogę się przy nich czuć tak bezpiecznie nawet, a może właśnie szczególnie, w okresie wielu zmian w moim życiu.
Chcę częściej odwiedzać z dobrymi ludźmi dobre miejsca – szczególnie ten dziecięcy pokój w mojej głowie.
***
Ponad rok później, 1 czerwca, jestem w Warszawie. Leżymy z chłopakami na hamakach w parku i z lekkim sercem prowadzimy głęboką rozmowę. Później siedzę w pociągu i odnajduję ten tekst, napisany jeszcze zanim miałam odwagę założyć bloga. Przypomniałam sobie o nim, bo dziś Dzień Dziecka, idealny moment, żeby go opublikować. Wertuję go wzrokiem, nie pamiętając za bardzo, co tu napisałam i uśmiecham się sama do siebie. Nie mogę uwierzyć, że rok później idealnie w Dzień Dziecka przeprowadzamy zupełnie przypadkiem rozmowę o tym wszystkim, co czułam i myślałam rok temu. Rozmawiamy o updatowaniu obrazu swoich bliskich, o powodach polubiania nowych ludzi i nadrzędności zauroczenia czyimś sposobem myślenia. „Wiesz, bo to nie chodzi o to, żeby mieć obok siebie tylko osoby z podobnym sposobem myślenia” mówię do Janka, gdy prosi, żebym sprecyzowała „Jak dla mnie największą wartość ma relacja z kimś, kto ma trochę inny sposób myślenia. Taki, który nadal się zgadza z moimi wartościami i jakimiś fundamentalnymi myślami, ale sama bym w ten sposób nie pomyślała, rozumiesz? Wtedy mogę się czegoś od tej osoby nauczyć, mogę się rozwijać, możemy nawzajem uzupełnić i poszerzyć swój horyzont, to jest dla mnie najlepsze”. Artur kiwa głową z hamaka. Rozmawiamy długo, o tym i na wiele innych tematów. Po raz kolejny ich poznaję i po raz kolejny nie mogę się przestać uśmiechać, bo tak bardzo lubię odwiedzać ich głowy.
Dodaj komentarz