Tag: przyjaźń

  • Egoizm świętego spokoju

    Egoizm świętego spokoju

    Nie zaskoczę chyba nikogo, gdy powiem, że żyjemy w coraz bardziej zindywidualizowanym społeczeństwie (do którego popycha nas our beloved kapitalizm, ale to już inna rozmowa, a ja wiem za mało, by publikować eseje polityczne). Nadrzędnym celem młodych ludzi dookoła mnie jest znaleźć kogoś z kim nie tyle spłodzą potomstwo, ile wezmą kredyt na mieszkanie. Wszechobecne w socjalach (tak, będę je nadal winić za wszystko, bo naprawdę są winne) obrazy młodych osób odnoszących „życiowy sukces” w postaci freelancerskiej pracy, pięknych wnętrz KUPIONEGO mieszkania i miesięcznej podróży, co cztery tygodnie, stoją nam przed oczami we śnie i ością w gardle. Pokolenie naszych rodziców chciało mieć pieniądze, a my chcemy mieć czas, a ściślej mówiąc, chcemy mieć tyle pieniędzy, żeby pozwolić sobie mieć czas, bo przecież doba ma niezmiennie 24 godziny. Nie chcemy czekać do pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki, żeby się dorobić i „zacząć żyć”. Chcemy tego już teraz, a więc dążymy do tego zaoferowanym nam przez świat sposobem – produktywnością (nie mylić z ciężką pracą). W naszym pokoleniu większą niż kiedykolwiek wagę przykłada się do samorozwoju. W swoich latach dwudziestych musisz pracować i zarabiać, ale sprytnie, dużo i małym nakładem czasowym, podróżować jak najdalej i jak najczęściej, pójść na terapię i się „naprawić” do ostatniej nadszarpniętej struny, mieć pasję, a najlepiej kilka i najlepiej jakieś nietypowe i czytać, bo czytanie jest teraz hot, a no i jeszcze w międzyczasie poznać miłość swojego życia, tą z którą weźmiesz kredyt na mieszkanie i oczywiście też kupić to mieszkanie i urządzić tak, żeby przyjaciołom kapcie spadły… tylko no właśnie, kogo Ty tam zaprosisz? Bo w całej tej wyliczance zgubiliśmy przyjaźnie, zgubiliśmy wspólnotę i bycie aktywnym członkiem społeczności, w której żyjemy.

    Gdy umawiam się z moimi przyjaciółmi, żyjącymi w tym samym mieście, pada termin „za miesiąc” raz za razem. Nie jest to dla mnie żadna nowość, mam wrażenie, że żyję w tym schemacie już od dość dawna. Zawsze byłam zorganizowana, pamiętam o planach, urodzinach, potrafię zgrabnie balansować między życiem zawodowym, socjalnym i swoimi osobistymi projektami i pasjami, dlatego takie odległe terminy przyjmowałam przez długi czas, jako coś normalnego. Ale potem pomyślałam o „Przyjaciołach”, o opowieściach z młodości moich rodziców, a wreszcie o moim czasie spędzonym w Holandii, gdzie często co drugi dzień robiliśmy wspólny obiad czy wychodziliśmy na spacer i jakoś każdy z nas (pracujących na pełen etat ludzi!) znajdował na to czas. Na instagramie ten koncept nazywają „doorbell friends”, a moja koleżanka ostatnio nazwała to „kumpelą od peta”, kiedy to w liceum przychodziło się pod czyjś blok, tylko po to, żeby pół godziny pogadać, paląc przysłowiowego peta. I nie było szkoda nikomu czasu na dojazd, bo chwila z przyjacielem po prostu była taka cenna. „Bo mieliśmy więcej czasu” powiedzieliby moi przyjaciele. Ale nie wiem, czy to prawda, bo przecież już nie mamy sprawdzianów i sesji, a jeszcze nie mamy dzieci, nie mieszkamy pod miastem, większość z nas nie ma nawet psa, którego musi wyprowadzić, a jakimś cudem jesteśmy chronicznie zajęci. Nie wychodzimy z przyjaciółmi na spontaniczne spacery, bo świeci słońce, wychodzimy wtedy, kiedy mamy wpisane w kalendarz, nawet gdy pada deszcz (bo przecież miesiąc temu nie dało się przewidzieć pogody). Nie przychodzimy wypić razem herbaty, bo przyjaciółka miała ciężki tydzień. Nie dzwonimy, czasem nawet nie odpisujemy, generalnie nie pojawiamy się wtedy, kiedy nie jest to dla nas wygodne. A jak jesteśmy umówieni i nie mamy tego dnia humoru? Odwołujemy, bo przecież musimy za wszelką cenę chronić swój święty spokój. Szanujemy swoje własne „granice”, zapominając, że to przyjaciel może poprawić nam humor, że może ten telefon lub spotkanie, do którego w pierwszym momencie musimy się zmusić może zrobić nam dzień, a nawet jeśli nie, to możemy się podzielić z kimś bliskim naszym smutkiem czy gniewem.

    „Ale przecież ja nie chcę się spotykać z kimś, żeby nie było fajnie”. No jasne, nikt nie chce. Najlepiej jak jest fajnie, też mi nowość. Ale życie nie składa się tylko z przyjemnych elementów. Jeśli chcemy z kimś dzielić tylko przyjemności i oczekujemy od kogoś tylko pozytywnych emocji, to nie jest to prawdziwa przyjaźń. Przyjaciele są na dobre i na złe. Chyba trochę o tym zapomnieliśmy, karmiąc się filmikami z przygód obcych ludzi w Internecie, gdzie wszyscy wyglądają na szczęśliwych i zgodnych. Więc zamiast spędzić z kimś bliskim czas, który może nie będzie najpiękniejszy, najmilszy, może będzie trochę trudny, może będzie trochę nudny (ale może temu komuś bardzo potrzebny), wolimy poczytać książkę, oddać się swojej pasji, poscrollować instagrama, jako substytut życia społecznego, posłuchać samorozwojowego podcastu. Przecież to da mi więcej  k o r z y ś c i  niż pokazanie komuś, że jestem, kiedy ten ktoś nie czuje się najbardziej rozrywkową wersją siebie, prawda?

    Sprzedają nam tę produktywność opakowaną w piękny papier, przewiązaną wstążką – self-love, self-development, me time – i my to wszystko z radością kupujemy i ustawiamy na półkach naszej duszy, którą prezentujemy coraz mniejszej liczbie osób, bo „oni nie są tego warci”, bo chronimy „swoją energię”, bo nie chcemy, nie daj Boże, zmarnować piątkowego wieczoru na pomoc koleżance w przeprowadzce. Wybieramy skrajną produktywność, licząc że te pieniądze, ta pasja, ta terapia, ten samorozwój, ta książka i podcast nas naprawią, że wreszcie będziemy wystarczająco wartościowi, tylko dla kogo? Skupiając się tak bardzo na sobie tracimy relacje z osobami, które chcemy do siebie przekonać – a ostatecznie od zawsze musieliśmy tylko przekonać samych siebie. Zamiast skupiać się na projektowaniu konkretnego wizerunku, tworzenia obrazu siebie w oczach innych, powinniśmy się odważyć być sobą, otwierać się, pielęgnować przyjaźnie i osobę, którą jesteśmy, gdy jesteśmy wśród bliskich nam ludzi. Nie zostaliśmy stworzeni do życia samemu, jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy siebie nawzajem.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Wyznania miłosne

    Wyznania miłosne

    Gdy po raz pierwszy i póki co jedyny w moim życiu mówiłam „kocham Cię” w kontekście romantycznym, wiedziałam, że pozostanie ono nieodwzajemnione. A jednak, prawie jak Rachel wyznawająca Rossowi miłość na krótko przed jego ślubem, czułam, że muszę to powiedzieć (na szczęście daleko mi było do toksycznej relacji z Przyjaciół, bo chłopak będący odbiorcą mojego wyznania był singlem pełną parą). Wypowiedzenie na głos tych słów przyniosło mi ulgę. Jednak wydarzenia, które nastąpiły później i moje wybory doprowadziły mnie do przykrej krainy cynizmu. Owinęłam się jego warstwą, jak kokonem, gotowa uwierzyć, że miłość jest iluzją, fantazją, złudzeniem, a nawet jeśli jest prawdziwa, to nie jest dostępna dla mnie i nie jest mi potrzebna.

    Moi przyjaciele, rodzina oraz liczne komedie romantyczne mówiły, że mój cyniczny pancerz samoistnie się rozpadnie, gdy poznam „właściwego” chłopaka.

    Ale lata mijały, a ja nie poznawałam nikogo, kto chciałby próbować być „tym właściwym”, a jeśli się taki zdarzył, to nie był to kandydat w kręgu moich zainteresowań. W międzyczasie zaliczyłam kilka situationshipów – prób udawania, że umiem w coś casual, trochę przekonywania się do tego, że przyjaźń + dobry seks to wszystko, czego potrzeba do udanego związku, że wcale nie istnieje ten nieuchwytny, nieco magiczny element zakochania, który biolodzy przypisują feromonom, a astrolodzy – kosmogramom. Nie działało, cyniczny pancerz zaczynał uwierać, czułam, że coś gubię, jakąś część siebie, której nie byłam jeszcze gotowa odnaleźć. Ale powoli kroczek po kroczku zbliżałam się do kolejnego wyznania, być może nawet ważniejszego:

    I’m a lover girl

    Gdy wreszcie to sobie powiedziałam, gdy pozwoliłam sobie znowu być romantyczna, pragnąć romantyczności, pragnąć miłości, włączać ją do swojej wizji przyszłości, zrzuciłam tę za małą skorupę cynizmu, która już zaczęła mnie dusić i poczułam się wolna.

    Przez długi czas myślałam, że nie mogę być lover girl bez partnera, że będę mogła uaktywnić całą swoją romantyczność dopiero, gdy wejdę w związek. Ale to nie jest prawda. Bycie romantycznym nie zależy od statusu relacji, tylko od sposobu patrzenia na świat i odnoszenia się do niego – zauważanie magii, tam gdzie wcześniej widziało się szarość.

     I jest w tym coś kruchego i bezbronnego – w takim podejściu do życia – ale mi jest o wiele lepiej być bezbronną sobą niż tkwić w za ciasnej skorupie, która ma mnie chronić. Bądźmy vulnerable – na tym etapie życia już chyba niemal każdy został chociaż raz poważnie zraniony, nikt nie chce tego powtarzać i o ile łatwiej i przyjemniej by było, jakbyśmy pozwalali sobie być sobą i poznawali się bez tych zasłaniających nasze oblicza skorupa to z uważnością, z delikatnością, aby nie ranić siebie nawzajem.

    Niezależnie od tego czy spędzasz Walentynki (czy jakikolwiek inny dzień roku) samotnie czy w duecie, jeśli jesteś lover girl/boy, to bądź. Napisz kartkę do przyjaciółki, idź na romantyczny spacer solo, spójrz na parę zakochanych nastolatków z czułością, wyobraź sobie swoje życie w jasnej, może trochę podkoloryzowanej wersji, a potem przenieś tę wersję do rzeczywistości. Ostatecznie różowe okulary można nosić zawsze, nie tylko jako ogłupiający dodatek do honeymoon phase. A kiedy nauczysz się je samodzielnie zakładać, życie po prostu stanie się lepsze.

    ***

    Pomysły na romantyzowanie:

    • Romantyczna muzyka na słuchawkach (polecam soundtrack „Her”, ogólnie soundtracki wszystko od Sigur Ros)
    • Czytanie/szkicowanie/pisanie w przestrzeni publicznej (może ostatnio zyskało to wydźwięk performatywny, ale nadal jest super)
    • Napisanie listu/pocztówki do przyjaciółki
    • Wywołanie zdjęć i zrobienie albumu
    • Fotografowanie analogiem albo starą cyfrówką (nie jestem zbyt obiektywna, wiem)
    • Spacer z wymyślaniem historii obcych ludzi, których mijasz
    • Zatrzymywanie wzroku na przypadkowej scenerii i wyobrażenie sobie, jaka byłaby kontynuacja, gdyby to był film
    • Przejrzenie albumów dziadków/rodziców i spytanie ich o historie z młodości
    • Wyjście w jakimś nietypowym outficie (jak będzie wiosna, bo teraz ciężko), w którym poczujecie się wyjątkowo
    • Kupienie sobie (albo komuś) kwiatów lub innej małej, nieużytecznej rzeczy, która sprawia radość
    •  Obejrzenie czarno-białego filmu

    Jeśli macie coś do dodania do tej listy, piszcie!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Odzyskiwanie nadziei

    Odzyskiwanie nadziei

    Wraz z początkiem jesieni po raz kolejny rozpoczyna się cuffing season. Moi przyjaciele są już od jakiegoś czasu w parach, więc nie czuję specjalnej presji otoczenia, ale biologia jest biologią i jej wpływ odczuwam, więc odpalam po raz kolejny tindera bez większej determinacji czy wiary w tę przestrzeń internetową. Mam świadomość, że gdy mój organizm przywyknie trochę do braku słońca i braku dawek oksytocyny zapewnianych latem przez spędzanie czasu z bliskimi, pewnie znowu odinstaluję tę pogardzaną przeze mnie aplikację, ale póki co „co mi szkodzi”, jak to wiele razy mawiała moja przyjaciółka.

    Po kilku niezbyt udanych interakcjach, przypominam sobie, „co mi szkodzi”. Nie jest mi szkoda mojego czasu, mam go w tym momencie sporo, nie jest mi nawet tak bardzo szkoda mojej energii, na której brak też nie narzekam. Nie, to czego najbardziej mi szkoda, to moja nadzieja.

    Wspaniale jest być w stanie wiary w miłość, w stanie inspiracji, do poznawania nowych ludzi (niekoniecznie w kontekście romantycznym, tylko tak po prostu), w którym znajdywałam się przez niemal całą wiosnę i  lato, pewnie głównie dlatego, że wycofałam się z „rynku matrymonialnego” i po raz pierwszy w życiu naprawdę skupiłam się przez dłuższy czas na sobie dla siebie. To swoiste przepełnienie inspiracją do miłości objawia się u mnie w dostrzeganiu jej źródeł wszędzie – w przyjaźni, w rodzinie, w pasjach, w naturze, w sztuce. Jest to kompletne przeciwieństwo cynizmu, zgorzknienia czy zazdrości. Jest to stan, w którym kocham kochać miłość, kiedy para całująca się w parku wywołuje na mojej twarzy uśmiech zamiast przewrócenia oczami, a widok matek z dziećmi pod żłobkiem stawia mi w głowie pytanie „czy poślę moje dzieci do żłobka?” zamiast fatalistycznego „pewnie mi się nie uda założyć rodziny”.   

    Jako,  że nauczyłam się podsycać w sobie ten stan inspiracji przez sztukę i literaturę, jest on bardzo trwały i stabilny tak długo, jak długo nie próbuję wchodzić w interakcje z mężczyznami z zamiarem romantycznym.

    „No bo ile razy można iść na randkę, poznawać kogoś nowego, mieć jakąś nadzieję, tylko po to, żeby znowu nie kliknęło?” mówi do mnie koleżanka na początku weekendu, a ja i tak podziwiam jej nadzieję topniejącą o wiele wolniej niż moja, gdyż ja po jednej nieudanej randce nie mam przez kilka miesięcy ochoty na kolejną.

    Przyjechałam do Krakowa na weekend. Było to zaskakujące nawet dla mnie samej, albowiem przyjechałam odwiedzić znajomą, dla której nawet określenie „znajoma” było na wyrost. Widziałyśmy się wcześniej na żywo dwa razy na imprezach ponad 4 lata wcześniej, a od wtedy cały nasz kontakt ograniczał się do wymiany co jakiś czas kilku wiadomości na instagramie.  Ale tak od słowa do słowa i oto siedziałam w jej krakowskiej kuchni, a tematy nam się nie kończyły.

    Czułam, jakbyśmy znały się od dawna. Cały weekend miałam to przyjemne ciepło w sercu, które zwykle czuję w otoczeniu rodziny albo najbliższych przyjaciół. Jakiś czas temu słuchałam podcastu psycholożki Izy Skowrońskiej „Dziewczyny z Nelsons Row”, w którym Iza opowiadała, jak pojechała do Londynu do znajomych i czuła się taka mentalnie przytulona przez cały pobyt tam. Zastanawiałam się wtedy od jak dawna nie czułam w swoim życiu takiego nowego połączenia. Zdarzały mi się wcześniej takie momenty (Dzień dziecka w Warszawie, wizyta u mojej przyjaciółki w Kopenhadze 2 lata temu), ale nigdy nie była to zupełnie nowa osoba. Od dawna też nikt nowy nie sprawił, że czułam się tak widziana w rozmowie. 

    Rozmawiałyśmy o wszystkim – rodzinie, miłości, siostrzeństwie, związkach, przyjaźni, pisaniu, budowaniu swojego wymarzonego życia, studiach, mieszkaniu za granicą, książkach, muzyce i wielu, wielu innych. Świeczki się paliły, a ja czułam się tak cozy, jak tylko możliwe jest się czuć.

    Przeczuwałyśmy raczej, że będziemy się dobrze razem bawić, ale żadna z nas nie przewidziała, że tak ze sobą klikniemy. „Takie momenty przywracają mi nadzieję, że to w ogóle jest jeszcze możliwe, że to istnieje, że można po prostu z kimś tak kliknąć” powiedziała przed naszym pożegnaniem. „Niesamowite, że jest jeszcze tyle ludzi, z którymi możemy to poczuć, nie?”

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Powrót do przeszłości

    Powrót do przeszłości

    „It’s so weird being happy for such a long time” powiedziałam do mojego byłego współlokatora,  jadąc nocą rowerem (a jakby inaczej) do miejsca, które w pierwszym kwartale tego roku nazywałam domem.

    Zawsze lubiłam powroty. Uwielbiam z nostalgią chodzić po dobrze znanych mi uliczkach, kupować chleb w tej samej piekarni, co zwykle i przyglądać się duchom swojego poprzedniego życia. Zapewne wracanie do tego samego hotelu w Kołobrzegu i do tego samego miasteczka w Chorwacji przez całe moje dzieciństwo,  w takiej postaci zbiera swoje żniwo. Ogromna chęć stabilizacji i bezpieczeństwa, którą muszę przezwyciężać przy każdej życiowej zmianie, pewnie też macza w tym palce. Ale nie przeszkadza mi to. Uwielbiam słodko-gorzki smak nostalgii, a ten, który poczułam w trakcie wizyty w Holandii był najintensywniejszym z doświadczanych dotychczas.

    Skłamałabym, mówiąc że Holandia była moim miejscem albo że za nią tęskniłam. Pierwsze dwa miesiące po przeprowadzce czułam się tam fatalnie. Nigdy w moim 24 (na tamten moment) letnim życiu nie czułam się tak samotna. Płakałam wszędzie i ciągle. Mój wcześniej wspomniany współlokator, anioł nie człowiek, zbierał mnie z podłogi w kuchni kilka razy w listopadzie 2024 roku. Czułam, jakby ktoś wyrwał mnie z korzeniami i rzucił na skalisty, kompletnie niepodatny grunt. Niedługo przed wyjazdem, w Polsce, wyrwałam się z toksycznej znajomości, która zatrzęsła posadami mojego zaufania. Trudno mi było otworzyć się przed nowymi ludźmi, trudno mi było wpasować się w holenderski tryb pracy. Nie lubiłam swojego projektu, nie lubiłam języka, nie lubiłam zimnego pokoju i dzielenia kuchni z 4 obcymi osobami. Ciągle wiał wiatr i padał deszcz, zarówno na dworze, jak i we mnie. „I wasn’t sure you’re gonna come back, but you look different now” powiedział mój współlokator, gdy wróciłam po świętach do naszego domu. Wyglądałam inaczej, bo czułam się inaczej. Podczas świątecznych trzech tygodni w Polsce, czułam że jestem zawieszona gdzieś pomiędzy. Pomiędzy Holandią a Polską, pomiędzy starą a nową mną. Czułam, że powinnam zobaczyć dokąd zaprowadzi mnie holenderska droga, to nie był moment, żeby zawracać. Wtedy powoli wszystko się zmieniło, nawiązałam głębsze relacje, drzewa zaczęły się zielenić, zmieniłam projekt, wreszcie wyszło słońce – dosłownie i w przenośni.

    Odwiedzając znajome zakamarki prawie rok po tym, gdy poznawałam je po raz pierwszy, widziałam starą siebie, tak inną, tak niepewną, tak przestraszoną. Pamiętam, że moja dawna przyjaciółka odwiedziła mnie wtedy i powiedziała wprost, że straciłam my spark. To był moment, w którym byłam niemal pewna, że na zawsze. Ale oto jestem, szczęśliwsza niż kiedykolwiek, spokojniejsza niż kiedykolwiek i bardziej pewna siebie niż kiedykolwiek. Zrobiłam ten trudny i odważny skok i zawsze będę z siebie dumna, że nie poddałam się wtedy w grudniu. Nie wiem, czy jakiekolwiek doświadczenie w moim życiu nauczyło mnie tyle, ile to pół roku w Holandii.

    Łatwo jest wracać, gdy jest dobrze. Łatwo jest wracać, gdy czujesz, że się rozwinąłeś jako człowiek. Na wszystkie pytania „how are you?” od wielu osób, z którymi przez ten weekend miałam przyjemność się spotkać, mogłam z czystym sumieniem i wielkim uśmiechem odpowiadać „great, really great”. Mieszkając w swoim wymarzonym mieszkaniu, po dostaniu się na dokładnie ten doktorat, na który chciałam, po naprawdę przecudownym, chyba dotychczas najlepszym lecie mojego życia, jestem ogromnie szczęśliwa i spełniona. Life is good. Wizyta w miejscu, w którym przeżyłam tyle niepokoju, tylko utwierdziła mnie w tym poczuciu.

    Z wielką przyjemnością, stwierdziłam też, że poza mną, niewiele się zmieniło. Gdy spędzałam czas z przyjaciółmi, honorując nasze stare rytuały, jak picie buble tea czy poniedziałkowy pub quiz, czułam, jakbym nigdy nie wyjechała. To zabawne – gdy jesteś daleko od ludzi, przeżywasz swoje życie, oni swoje, czujesz tęsknotę i czujesz, że wszystko się zmienia, a później jesteście razem i nie czujesz żadnego dystansu w waszej relacji, wszystko jest dokładnie tak, jak było 5 miesięcy wcześniej. To mnie zaskoczyło. I to, jak często podczas 3 dni można mieć w oczach łzy i gardło ściśnięte ze wzruszenia, także.

  • Odwrócona Carrie Bradshaw

    Odwrócona Carrie Bradshaw

    Czuję się jakbym tańczyła trzeźwa na imprezie, na której wszyscy są na kwasie, czyli tak, jestem niemal ostatnią singielką w grupie najbliższych przyjaciół i rodziny. Gdzie nie pójdę wszyscy trzymają się za ręce i tańczą opętani plagą, do której nie mam dostępu. Przesadzam? Na pewno. Ale kiedy słuchanie o kolorach bokserek nowego faceta stało się ważniejsze od rozmowy o książkach? Jakim cudem w całej tej emancypacji, z całkowicie wolną wolą, wykształceniem i wachlarzem możliwości ciągle i od nowa wybieramy facetów, jako nadrzędny temat naszych babskich rozmów? Gdzieś między dawnymi bajkami Disneya, w których książę mimo wstąpienia na ekran na ostatnie 5 minut jest zbawcą a nową płytą Sabriny Carpenter, która stawia mężczyzn w centrum uwagi, zgubiłyśmy wszystko, co w nas inne od romantycznej miłości. Ah żeby to jeszcze była miłość! Miłości hołduję, z miłością się zgadzam, z jako nadrzędnym celem egzystencji. Ale to jest uzależnienie, to jest umniejszanie samym sobie. Przyjaźń, sztuka, edukacja, książki, plany, marzenia, wyższe wartości! Jest tyle tematów do wyboru! Mogę podać ściągę, proszę, nie gadajmy już o jego ulubionych dodatkach na pizzy…

    I nie zrozumcie mnie źle. Z chęcią się dowiem, jak świetnie prosperuje nowa relacja mojej przyjaciółki, zdecydowanie wysłucham, gdy ma jakiś problem w związku. Są momenty, w których relacje romantyczne nas pochłaniają i wymagają naszej wzmożonej uwagi i to jest normalne. Ale mi nie chodzi o to. Chodzi mi o  stawianie kogoś na piedestale, o  zmianę swojego ulubionego koloru na jego, o wyplewianiu swojej osobowości i zastępowaniu jej miłością do niego, jakby była najwyższą wartością, jakby nic innego już nie miało znaczenia.

    Nie tak bardzo odeszłyśmy od mentalności XIX wieku. Jo March niczego nas nie nauczyła w swojej płomiennej przemowie, o tym, że kobiety mają nie tylko serca, ale też umysł i duszę. Gdzie ten umysł i dusza?

    Jest tyle rzeczy do odkrycia na świecie! Byłam na lodowcu! Chodziłam po lodowcu! Czułam się niczym reporter National Geographic. Spełniłam kolejne swoje dziecięce marzenia. I jakim cudem jest to mniejsze od chłopaka? Chodziłam po lodowcu i myślałam sobie, jak to możliwe, że kiedykolwiek martwiłam się o jakiegokolwiek faceta? Mogę dosłownie chodzić po lodowcu! Można robić w życiu tak wspaniałe rzeczy, można znaleźć tyle pasji i miłości w tak wielu nieoczywistych miejscach. A ja i tabuny innych dziewczyn postanawiamy aranżować swoje życie wokół chłopaka, bo przecież my jesteśmy Wenus, ale on jest słońcem.

    Ja wiem, że seks się sprzedaje. Nie ma drugiej tak budzącej powszechne zainteresowanie rzeczy. Obserwowałam to wiele razy, gdy mówiłam o swoich planach zawodowych czy rozterkach dotyczących życia i duchowości, a podskórnie czułam, że mój rozmówca tylko czeka, żeby zapytać „a jak tam u pana xxx?” albo „a spotykałaś się ostatnio z kimś nowym?”. I nagle mówiąc o nowej miłostce skupiałam na sobie uwagę wszystkich w pokoju. Seks albo nawet jego nikła obietnica to temat, który spaja każde towarzystwo. Nie wiesz o czym gadać? Zacznij gadać o chłopakach! Już w trakcie swojego pierwszego mieszkania za granicą zauważyłam, że tym tematem zjednam sobie wszystkie dziewczyny, poza tymi, z którymi mogłabym zbudować trwałą relację. Przy drugiej wyprowadzce nie popełniałam już błędu i tematu relacji romantycznych unikałam, jak ognia, dopóki nie nawiązałam z kimś relacji opartej na czymkolwiek innym. Bo nie ma dla mnie nic złego w rozmawianiu o miłostkach, byle nie paraliżowały całej reszty tematów i poznawania siebie.

    W (przynajmniej mojej) przestrzeni internetowej modne stało się ostatnio pojęcie decentralizacji mężczyzn. Temat podejmują oczywiście najchętniej nowo „uwolnione” singielki. Z tym, że niektóre z nich tę decentralizację przeprowadzają przez ciągłe gadanie o tym, jak bezużyteczni i beznadziejni są faceci, a inne przez zagłębianie się w swoje pasje, skupianie się na przyjaźniach czy karierze, odkrywanie siebie. Nie dość, że pierwszy zbiór jest zgorzkniałą, smutną grupą pseudofeministek to jeszcze nie sądzę, żeby osiągały zamierzony cel. Decentralizacja tematu przez wymienianie jego słabych stron jest jak niemyślenie o czerwonej piłce albo usiłowanie zasnąć odliczając czas do budzika –  nie działa. Natomiast do drugiej grupy mi znacznie bliżej, druga grupa mnie inspiruje do odkrywania samej siebie i wielu uroków życia. I po raz kolejny powiem, miłość romantyczna jest niewątpliwie wielkim, o ile nie największym szczęściem, jakie można mieć w życiu, ale im więcej szczęścia, tym więcej szczęścia. Nauczenie się doceniać innych jego aspektów, innych źródeł, nie odbiera niczego romantycznej miłości, a tylko może dodać więcej do naszego życia. Odnajdywanie piękna w spełnianiu dziecięcych marzeń, w szczerych, dobrych przyjaźniach, w rękach dziadka obierającego jabłka na kompot, w uśmiechu przypadkowego człowieka na ulicy i widoku jego uroczego psa… I stałe poszerzanie swojego świata, w którym przecież może być kilka słońc, jak nas uczy współczesna fizyka – to jest właśnie to o czym mówię i to,  czego chcę dla samej siebie, swoich przyjaciółek i ogółu dziewczyn na świecie.

    Mam oczywiście też w swoim życiu bliskie kobiety, z którymi bardzo doceniam nasze głębokie rozmowy, w których temat miłostek pada na końcu, jako dodatek albo czasami nie pojawia się nawet wcale w trakcie wielu godzin spędzonych ze sobą. Czasami drugie są też pierwszymi i to też jest okej. Nic w życiu nie jest stałe. Nie atakuję dziewczyn w związkach, ani singielek, które potrzebują odrobiny nienawiści by wyleczyć się z situationshipu, nie atakuję nawet rozmów o facetach. Atakuję adaptowanie mężczyzny i idei związku, jako rdzenia kobiecej osobowości. Czuję, że jesteśmy tak wieloma innymi rzeczami niż tylko zainteresowanie losowego chłopaka. To nasze marzenia, ambicje i spojrzenie na świat są centrum nas samych, nie czyjaś atencja. Czas zacząć się też tak zachowywać, tak mówić i tak traktować!

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *